poniedziałek, 11 listopada 2013

Kamil Bazydło: Muzyczna podróż w otchłań

Recenzja płyty "Void Mother", 2013, Obscure Sphinx.


Pierwsze dźwięki trafiające do naszych uszu niosą się echem, odbijane od ścian pustej piwnicy czy opuszczonego magazynu. W tle brudny winyl..., a może to paląca się świeca, której niespokojny płomień zakłócany jest przez powiewy powietrza, przedzierające się przez szczeliny? Tak zaczyna się "Lunar Caustic", który swoją nazwę zawdzięcza związkowi chemicznemu zwanemu również "kamieniem piekielnym". Złowroga nazwa po chwili przekłada się na przytłaczający mocny riff i wrzask wokalistki. Jesteśmy w domu, oto nowe dziecko Obscure Sphinx.

Czy "Void Mother" - bo tak nazywa się najnowszy album kapeli - należy analizować poprzez tytuły utworów? Kryje się w nich jakiś klucz czy mają po prostu "fajnie" brzmieć? Nawet jeśli tylko to drugie, to warto się nad nimi zastanowić, jako że nawet sama okładka ma w sobie coś godnego odkrywania. Posępna lalka z martwymi oczami i wizerunkiem ćmy z gatunku acherontia, nieprzypadkowo pochodząca z rodziny motyli-sfinksów.

Ale może wróćmy do samej muzyki. Po "Lunar Caustic" od razu słychać styl zespołu, który na "Void Mother" brzmi pewniej niż na debiutanckim albumie, który był być może bardziej eksperymentalny, bardziej poszukujący. "Lunar caustic" odpowiada na pytanie: Co to jest Obscure Sphinx?

Kolejne na płycie "Velorio" inna kapela wrzuciłaby prawdopodobnie jako intro poprzedzające wyżej wspomnianą piosenkę. Tutaj jest przejściem między pierwszym a trzecim kawałkiem. Wzniośle brzmiący wokal i dźwięczne gitary rzucają w nieco inny klimat. Rytuał wezwania pradawnej mocy? Wchodzimy głębiej w... idąc tropem tytułu płyty, chciałoby się powiedzieć: pustkę.

"Waiting For The Bodies Down The River Floating", będąc drugim najdłuższym kawałkiem na płycie może pozwolić sobie na powolne rozkręcanie się wyrazistym bębnienien i sukcesywnym spiętrzaniem kolejnych dźwięków. Rośnie, aż do około trzeciej minuty kiedy wbija się na odpowiednio wysoki pułap i jedzie swoim rytmem, aby po chwili delikatności zaatakować z dużą siłą zrzucając uniesiony ciężar na słuchacza. Napięcie rośnie i opada kilka razy podczas jego trwania. Na końcu motyw jak z kina grozy w postaci frywolnego nucenia małej dziewczynki.

Po raz kolejny posiłkując się w pierwszej kolejności tytułem "Feverish" zapowiada, że nie będzie niczym standardowym, normalnym i przyjemnym. Faktycznie taki nie jest. To prawdopodobnie najciekawsza kompozycja na płycie. Wielebna wykrztusza z siebie słowa jakby odzierali ją ze skóry i zaraz potem, na krótką chwilę, woła wabiąco, wciąga słuchacza, namawia do postawienia kolejnego kroku ku otchłani.

"Nasciturus" pomimo intrygującej nazwy nie pozostaje tak dobrze w pamięci jak poprzedzający go kawałek. Nie robi nic specjalne źle, ale na tle całego albumu nie robi też nic wyjątkowo dobrze.

W "Meredith" słychać szum morza, smutną gitarę, przy której dźwięku wydaje się jakby grał to Santaolalla. Przyjemne nucenie. Odpływ? Przejście na drugą stronę? Skojarzenia ze śmiercią zdecydowanie nie są tutaj obce. Wiedzie nas to do (mówiąc wprost) zajebistego "Decimation", który naturalnie przechodzi w  kawałek "Void". Co otrzymujemy po dotarciu do pustki? Jak się wydaje, ukojenie? Spojrzenie jednak jeszcze raz na okładkę przypomina mi, abym nie spodziewał się tego po kolejnym numerze czyli "The Presence Of Goddess". Czuć, że będzie to gruby patetyczny kolos. Piętnastominutowy kawałek wcześnie wprowadza chór, po raz pierwszy pojawiający się na wydawnictwie. Budzi to pewne obawy, jako że jest to coś co jest nadużywane w dwóch kategoriach muzyki: ścieżkach filmowych i w metalu. Ciężko mi się zdecydować czy jest to pretensjonalnie nadmuchana auto afirmacja skali albumu czy odważny, znakomicie wpasowany element wzbogacający muzyczne mistrzostwo? Na to pytanie niech każdy słuchacz odpowie sobie sam.

Znając już płytowy debiut Obscure Sphinx sprzed dwóch lat, "Void Mother" objawia się jako album nie dający się skojarzyć z żadnym innym zespołem. Kapeli jednocześnie udaje się nie kopiować samych siebie, a po prostu tworzyć oryginalne kompozycje, które ściśle stanowią o ich muzycznej tożsamości. Dla mnie jest opowieścią, przez którą zespół prowadzi słuchacza od początku do końca. Dziewięć utworów, niczym dziewięć kręgów piekielnych. Brak tu trzyminutowych hitów, które można wrzucić w przypadkową playlistę. Chyba zresztą nikt tego nie oczekiwał. I choć nie kończy się tak imponująco jak się zaczyna (również nie tak wspaniale brutalnie jak album "AIR") to nie można żałować spędzenia z nim 68 minut. A potem jeszcze raz i jeszcze raz i...


Tracklista:

1. Lunar Caustic
2. Velorio
3. Waiting For The Bodies Down The River Floating
4. Feverish
5. Nasciturus
6. Meredith
The Fine Art Of Self Destruction:
7. Decimation
8. Void
9. The Presence Of Goddess


Zdjęcie: obscuresphinx.com

poniedziałek, 7 października 2013

Człowiek z nienawiści.

Recenzja filmu Wałęsa. Człowiek z nadziei, 2013, reż. Andrzej Wajda.

W Internecie aż huczy, że Wajda fałszuje historię, że jest kłamcą i nakręcił film o kłamcy. Wygląda na to, że zdaniem niektórych internautów prawdziwy Wałęsa nigdy nie powinien otrzymać takiej laurki a najlepiej gdyby szczezł pod czołgiem ze swoją nagrodą Nobla, która nic nie znaczy. Niektórzy podają źródła, fakty. Ogólne oburzenie przekłada się poniekąd na relatywnie niską ocenę Człowieka z nadziei na jednym z branżowych serwisów. Tylko czy aby na pewno film zasługuje na tak tęgie baty? Czy to jeszcze ocena filmu? Wydaje mi się, że nie i że nikt tu nikogo nie okłamuje.

Wałęsa. Człowiek z Nadziei trafia w dobry czas. Przede wszystkim pokolenie ludzi urodzonych "wtedy" wchodzi w dorosłość, a wielu z młodszych odbiorców mogło o Wałęsie i Solidarności ledwie słyszeć. Idealna chwila, by przypomnieć o tych, którzy pchnęli ludzi do walki z władzą i film nie sugeruje, że był to wyłącznie Lech Wałęsa.

Nikt tu nikogo nie wybiela chociaż z całą pewnością nie pokazuje wszystkiego. Wałęsa z ekranu jest człowiekiem ze wszystkimi drobnymi uchybieniami, bywa małostkowy, samolubny ale też przebiegły i zdeterminowany. W jednej z pierwszych scen znana włoska reporterka Oriana Fallaci jedzie do mieszkania, które rodzina Wałęsów otrzymała od państwa, co samo w sobie stawia ich w złym świetle. Bohater nie pozostawia złudzeń co do swojej osoby, uważa się za człowieka prostego i takim jest pokazany. W jednej se scen mówi wprost, że nie jest politykiem ale elektrykiem. Historia obraca się więc wokół jednej osoby ponieważ to film biograficzny, ale tłem dla tej historii są przecież dużo ważniejsze wydarzenia wśród których Bolek, prawdę powiedziawszy, pokazany jest jako człowiek od machania rękami i mocnych słów.

W filmie przedstawiono niektóre, ważniejsze sceny z życia Wałęsy i jego rodziny jak i samej Solidarności, te jasne i nieco ciemniejsze. Widać moment podpisywania przez niego dokumentów o współpracy z SB, widać to, jak stara się zapewnić rodzinie byt korzystając z własnego nazwiska i dla mnie to wystarczy, by zrozumieć w jakich czasach żyli ci ludzie. Ale żeby wszystko było jasne Wajda pokazuje też permanentną inwigilację i skrajną biedę, która pcha ludzi do chwytania się wszystkiego. Czego nie pokazuje Wajda, to Wałęsy tworzącego Solidarność. Pokazuje tytułowego człowieka z nadziei, który nie bał się stanąć w pierwszej linii nowego porządku i wykrzyczeć tego, o czym marzyli inni. Ale byli z nim inni.

Nie jest to film historyczny. To biografia osoby żyjącej, w dodatku oparta o konkretne wydarzenia. Skutkiem tego stajemy się świadkami przemian, które zachodziły w Polsce również dzięki Wałęsie ale też tylko niektórych wydarzeń z jego życia. Najważniejsze w tym wszystkim wydaje mi się tło i zrozumienie pewnych decyzji, z których ludzie są rozliczani do dziś. Nie jest to również film szkalujący imię czołowego, polskiego elektryka. Jeśli ktoś chce skonfrontować prawdę ekranu z prawdą czasu powinien sięgnąć po lekturę książek i materiałów prasowych i wym wypadku głosy sprzeciwu należy traktować jako dobry kontrapunkt dla całej historii. Jako głosy świadczące o tym, że jest tam coś więcej, że każda historia ma też swoje czarne strony. W żadnym wypadku nie jestem jednak w stanie zredukować zasług kogoś, kto miał w sobie tyle jaj, żeby stanąć naprzeciw władzy. Przez całą tę internetową burzę mam wrażenie, że tylko w Polsce rozlicza się zwycięzców. Przydałoby się w tym kraju trochę więcej pozytywnego myślenia na temat ludzi, którzy go tworzyli. Szczególnie, że często są oceniani przez ludzi, którzy nie musieli podpisywać żadnych dokumentów, nie byli też podsłuchiwani ani zapraszani na rozmowy.


Film jest oszczędny w formie chociaż zrealizowany dobrze. Nie miałem wrażenia sztuczności planu czy zachowań ludzi. Kamera radzi sobie całkiem nieźle, nie ma tu zbędnych scen czy fajerwerków, jest za to przyjemne mieszanie ujęć ze scenami dokumentalnymi. Postać Wałęsy zagrana jest bezbłędnie do tego stopnia, że miałem wrażenie, że Więckiewicz w tym filmie nie gra, ale nim jest. Gorzej wypada drugi plan ze względu na postacie, które nie mają zbyt wiele do powiedzenia przez co produkcja traci na głębi. Można powiedzieć, że oprócz żony Wałęsy, reszta ludzi wypada po prostu papierowo. Bardzo podobało mi się również tło muzyczne, które było dla mnie zaskoczeniem bo spodziewałem się u Wajdy czegoś co miałoby podkreślać patos. Nie ma jednak ani patosu, ani łzawej muzyki. Są buntownicze, punkowe kawałki, które świetnie wpasowują się w tematykę.

Jak dla mnie Wajda zrobił dobrą robotę, a kto chce więcej niech sięgnie po książki. Film pozostawia bowiem otwarte zakończenie i nikogo nie rozlicza.

Fotografie pochodzą z serwisu filmweb.pl.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Co u starego, dobrego Sala Paradise?

Recenzja filmu W drodze, 2012, reż. Walter Salles.

Od razu powiem, uprzedzę, że film będzie w pełni zrozumiały jedynie dla tych, którzy przeczytają książkę. Podobnie jak wspomnianą papierową wersję tej historii, tak i wersję filmową toczy ta sama choroba. Otóż miejscami nie wiadomo dokąd zmierza. Może właśnie to powinno być osią dla jednej i drugiej historii, ponieważ w istocie znacząco się od siebie różnią posiadając jednocześnie kilka, wspólnych mianowników. Ten brak, obecny w obydwu przypadkach wypełnia się gdzieś pomiędzy. Trzeba go zapełnić samemu wyciągając wnioski z tych postrzępionych, hulackich wizji. Cel trzeba samemu odkryć.

Do rzeczy jednak. Jest końcówka lat czterdziestych dwudziestego wieku, w Stanach Zjednoczonych następuje era bopu i młodzieńczego buntu. Dwaj przedstawiciele młodego pokolenia zakochują się w swoich charakterach bez pamięci i jest to miłość gorąca i duszna, platoniczna i przyjacielska. Obaj mają jeden cel – drogę. Wraz z grupą przyjaciół podróżują po Stanach odwiedzając coraz to dziwniejsze postaci i bawiąc się wbrew przyjętym kodeksom moralnym. Podobnie jak oryginał, tak i ekranizacja Sallesa pełna jest najdziwniejszych zdarzeń, które kształtują tych młodych buntowników.


Przyznać trzeba, że Salles ducha książki oddaje nieźle i za to muszę pochylić przed nim moje czoło, ponieważ (nie wiem czy ze względu na ograniczenia czasowe) dokonał tego, czego Kerouac nie zdołał. Nie znudził mnie. To, co widzimy na ekranie to esencja trywialnej potęgi, która trawi mężczyzn od zarania dziejów – ciekawości. Dlaczego mężczyzn? Abstrahując od tego, że to oni są głównymi bohaterami tej historii, muszę powiedzieć, że dla mnie, wbrew popularnym opisom spotykanym na obwolucie czy to książki czy filmu, jest to opowieść nie o buncie, ale o facetach właśnie. Facetach w różnej postaci, której centrum stanowi wybuchowy i zgubiony w życiu Dean Moriarty (w tej roli świetny Garrett Hedlund). Idealny włóczęga stanowi ucieleśnienie idei drzemiącej w facetach – ciągłej potrzeby parcia przed siebie. Jednocześnie nie pominięto trudnego losu kobiet, które cierpiąc kochają się w ludziach, których zupełnie nie rozumieją. Jest to zresztą prawda znana nawet dziś, dlatego podoba mi się uniwersalność  zawarta na ekranie.



Występuje tu ten zabieg w ekranizacjach, którego nie lubię, powiedzmy – nie całkiem. Na ekranie następuje niesamowita kondensacja tego co jest w książce i odnoszę wrażenie, że tylko z korzyścią dla napisanej przez Kerouaca powieści, którą w większości uważam za dość nudną. Pomimo tego, ten zbędny trik jest konieczny dla zrozumienia całości i żeby chaos zdarzeń nabrał konkretnego kształtu i ze stosowną prędkością rozwalił mózg odbiorcy. Tak być powinno i tak jest, nawet jeśli tego nie lubię. Pojawiający się na ekranie aktorzy świetnie odzwierciedlają książkowe pierwowzory (które nota bene zostały zaczerpnięte żywcem z życiorysu Kerouaca). Oglądając nie czułem się oszukany, nie czułem tego bolesnego ukłucia, które towarzyszy mi wówczas, gdy widzę brak spójności odgrywanego charakteru z aktorem.



Paradoksalnie, istotnym problemem tego filmu jest jego największa zaleta -  skrótowość. Trik, który uznałem za kluczowy, miejscami przeszkadza w zrozumieniu tego co widzimy na ekranie a dzieje się przecież dużo, bo pojawiają się interesujące postaci. Szczególnie na początku następuje lekka dezorientacja, gdy pojawiają się niewyjaśnione przeskoki czasowe. Takie trochę scenariuszowe wszystko i nic. Na szczęście nie jest to problem stały i film został przyzwoicie pocięty na odpowiadające wydarzeniom ramy czasowe. 



A propos wykonania. Kiedy w filmie widać połacie gołej, spalonej słońcem ziemi, którą przecina idealnie prosta droga, można dojść do wniosku, że film trafia w sedno tej powieści a to znaczy, że został nieźle zrobiony. Obecny jest duch tamtych czasów (lub jego wiarygodne wyobrażenie) i nie czułem się zawiedziony tym, co Èric Gautier (znany również z filmu Wszystko za życie) pokazał na ekranie. Jego zdjęcia są dobre. Podoba mi się scenografia i dobór muzyki, która w książce odgrywa ważną rolę. Pojawiają się te ważne sceny ciasnych pomieszczeń wypełnionych ludźmi pragnącymi chłonąć każdy dźwięk natchnionych, czarnoskórych muzyków. Piękne, kolorowe i żywiołowe sceny doskonale zgrywają się z wymęczonymi wizerunkami młodzieńców beat generation.



Dla tych, którzy lubią historie wyzwolonych postaci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś o facetach albo dla tych, którzy lubią drogę jest to pozycja obowiązkowa. Nie tak filozoficzna, niestety, jak książka, ale za to ciekawsza w odbiorze. Nie jest to poszukiwanie samego siebie i alienacja od tego co ludzkie jak we Wszystko za życie, ale opowieść o zupełnie innym rodzaju „drogi”.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Filmweb.

środa, 20 lutego 2013

Nie tylko dla Amerykanów



Recenzja filmu Lincoln, 2012, reż. Steven Spielberg.

Steven Spielberg ostatnio chyba więcej produkuje niż reżyseruje, ale przed napisaniem tego tekstu i tak zerknąłem na rodzimy serwis poświęcony filmom by podejrzeć jakie oceny całościowe wystawiłem jego poprzednim obrazom. Równo z Lincolnem było tam kilka ósemek i ani trochę nie czułem się tym zawiedziony. Zastanawiałem się bowiem czy ten reżyser nadal jest w dobrej formie czy tylko przypadkiem nakręcił tak dobry film.

Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy podczas pierwszych minut seansu, to że jestem do niego zupełnie nieprzygotowany. Powiedzmy, że częściowo znam historię Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, jednak pomimo tego zajęło mi trochę czasu nim przypomniałem sobie czego dokładnie Lincoln dokonał i w jaki sposób. Nie wspominając już o całej brygadzie jego popleczników i politycznych przeciwników, z którymi miałem największy problem (polecam zapoznać się z opisem jego osoby przed seansem). Na szczęście reżyser tak  skonstruował film, że szybko zaczniemy orientować się w wachlarzu arcyciekawych postaci. Oczywiście pod warunkiem, że będziemy jeszcze w kinie. Jest to bowiem film wymagający. Wymaga przede wszystkim skupienia. Gwoli wyjaśnienia wypada napisać, że Spielberg opowiada o drodze prezydenta Lincolna do uchwalenia trzynastej poprawki do konstytucji USA, dzięki której miliony czarnoskórych amerykanów przestało być niewolnikami. Nie brzmi zbyt porywająco? Ostrzegam – dużo polityki, trochę wojny i masa spraw z życia osobistego.


Jestem pod wrażeniem monumentalności - to dobre słowo - tego filmu a jednocześnie jego precyzji. Historia jest poważna, kreacje pierwszo i drugoplanowe są rewelacyjne, czasy przedstawione - trudne. Na szczęście nie zabrakło w tym filmie momentów lżejszych. To nie Django, gdzie zobaczymy gołe plecy chłostanych niewolników. Lincoln jednak pokazuje, że walka o wyzwolenie ludzi toczyła się nie tylko na polach bitew wojny secesyjnej, ale przede wszystkim w ludziach samych w sobie. 

Charakterystyczne jest tu bardzo dobre przedstawienie realiów, pokazanie walki politycznej na tle wojny toczonej przy użyciu dział i muszkietów. Precyzja tego filmu to głównie dobrze zagrane postacie. Daniel Day-Lewis stworzył genialnego Lincolna, który niemalże zadręczał wszystkich wokół swoimi filozoficznymi opowiastkami. Sally Field nakreśliła kreację jego zwariowanej żony a Tommy Lee Jones wcielił się w rolę amerykańskiego senatora, który zdobywa serca widzów swoim bezkompromisowym znieważaniem politycznych przeciwników ale, co najważniejsze, również oddaniem się idei walki z niesprawiedliwością.

Jest w tym filmie kilka naprawdę istotnych scen. Mocna jest choćby sekwencja kłótni pomiędzy Lincolnem i jego żoną, podczas której tak naprawdę zdałem sobie sprawę, że jest to człowiek pozostający pod naciskiem nie tylko politycznych adwersarzy, ale również rodziny. Imponujące są również starcia polityków w senacie, gdzie najbardziej odczujemy sposób myślenia ówczesnych mężów stanu. Znamienna jest choćby scena, w której jeden z politycznych oponentów wypowiada się na temat tego, co miałoby nastąpić po zniesieniu niewolnictwa. – Prawa wyborcze dla kobiet? Pyta retorycznie. I choć dziś budzi to uśmiech, wtedy jak widać, było nie do pomyślenia. Widać jak na dłoni, że niektórzy ludzie zostali stworzeni do walki bronią, inni zaś wspierali sprawę słowem.



Zdjęcia do filmu robił Janusz Kamiński, który nie pierwszy raz kręci dla Spielberga. I dobrze bo dzięki temu obraz nabiera stosownego rozmachu. Może faktycznie brakuje tu nieco intymności, jesteśmy bowiem świadkami rzeczy wielkich i czuć to w każdej scenie, czasami chce się powiedzieć - niestety. Nie ma tu miejsca (zarówno ze strony scenariuszowej jak i zdjęciowej) chociażby na chorobę Lincolna. Brak takich osobistych wstawek uważam za dość duży minus, gdyż trzeba przyznać, że poszedłem do kina na film o Lincolnie. Rozumiem jednak zabiegi upraszczające.

 
Jest to film zdecydowanie dla wybranej grupy odbiorców, pomimo tego, że Spielberg jest znany z kręcenia kina rodzinnego. W tym sensie, że potrafi w jednym obrazie zawrzeć tak wiele skrajnych emocji bez nachalnego rzucania nimi w oczy odbiorcy.  Zrezygnowano tu z fajerwerków wizualnych na rzecz spokojnych, przeciągłych kadrów. Próżno szukać wartkiej akcji, chociaż film przyśpiesza w stosownych momentach. Mogę powiedzieć, że polityka jeszcze nigdy nie była tak pasjonująca jak tu. Miejmy nadzieję, że ten obraz stanie się w pewnym sensie wyznacznikiem jakości dla tych, którzy podejmą się biografii znanych osób.

Zdjęcia pochodzą z serwisu filmweb.pl

sobota, 1 grudnia 2012

Wstrząśnięte, nie mieszane.

Recenzja filmu Skyfall, reż. Sam Mendes, 2012.


Szczerze powiedziawszy darowałem sobie ostatnie filmy o brytyjskim szpiegu, szkockiego pochodzenia. Jakoś bez echa przeszedł obok mnie Casino Royale czy Quantum of Solace. Nie obchodziły mnie też wszystkie wersje przygód agenta 007 z Brosnanem w roli głównej, wszystkie po Golden Eye. Dlatego teraz, gdy na srebrnym ekranie zawitał chyba najtańszy z epizodów z udziałem Craiga, nadszedł wreszcie czas by wyrwać się do kina na akcję pierwszej klasy. Czy film sprostał stawianym mu wymaganiom? (nie były wysokie :)).

Cóż, z nowym Dżejmsem jest tak, że równocześnie daje radę i daje ciała. Ten ambiwalentny osąd uzasadnię za chwilę. Teraz po prostu trzeba wspomnieć, że Daniel Craig w roli agenta kojarzącego mi się do tej pory z eleganckim mężczyzną w średnim wieku, o przyzwoitej sylwetce i inteligentnym, zawadiackim spojrzeniu, wypada zaskakująco dobrze. Co prawda w pierwszej chwili przypomina amatora chłodnych trunków, który lubi swoje hobby, jednak w skrojonym na miarę garniturze tworzy wizerunek faceta, który nie rzuca słów na wiatr. Craig podobał mi się już zresztą w amerykańskiej adaptacji książki „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” (Stieg Larsson) i tamta postać wypadła wg mnie lepiej, jednak nie sposób odmówić mu prezencji w Skyfall, nawet pomimo twarzy zmęczonego pracą kołchoźnika.



Do rzeczy jednak, czyli jak to się stało, że nowy Bond jest tak dobry a miejscami wręcz słaby? Nie do końca wiem, czy wynika to z problemów finansowych studia Metro Goldwyn Meyer, czy może z pójścia z duchem czasu, ale okazuje się, że Skyfall dorobił się miejscami naprawdę słabych efektów specjalnych. Niektóre sceny przypominają film mocno średniej klasy, oczywiście biorąc pod uwagę pracę speców od komputerowych śmigłowców i niby tylnej projekcji. Tu postawiłbym zdecydowany minus, skoro już poszli w tę stronę. Warto było wykazać się i dać widzom coś pierwszej wody. Z drugiej strony, film jest czymś w rodzaju epilogu, chociaż to jest zbyt mocne słowo, dla działań MI6 i samego Bonda, być może to właśnie jest przyczyną skromnego ujęcia? Trudno orzec, ale efekt końcowy miejscami niemile zaskakuje.

Nowy Q.
 
O ironio, z tym duchem czasu, gdyż fabuła mocno nawiązuje do idei globalnej wioski połączonej gęstą siecią internetową, w której agenci jej królewskiej mości sprowadzeni  zostali do roli cyngli wykonujących wyroki. To starcie nowego ze starym odzwierciedlono tu dosłownie. Na ekranie spotykamy nowego Q, który przypomina pryszczatego nastolatka i starego, dobrego Bonda, który docenia tradycyjne metody pracy. Przeciwnikiem MI6 i całego świata, tym razem staje się przestępca uniwersalny, który nie tylko doskonale włada klawiaturą ale jest też świrem pierwszej wody.  Widać wyraźnie zmęczenie materiału. 007 nie jest już tak szybki, często pudłuje a jego włosy przyprószyła już lekka siwizna. Jest to ten moment w jego karierze, który mówi człowiekowi czy jeszcze jest dobry, czy już powinien spasować. Ale nasz bohater rozkręca się powoli.

Strzelaniny, pościgi...

Fabularnie nie należy tu oczywiście oczekiwać zawiłości, producenci poszli tradycyjną drogą, i dobrze. Bond ma swój poziom i nie chciałbym, żeby ktokolwiek niepotrzebnie robił z niego Bourne`a. Jest intryga, się strzelają, się całują i ganiają. Są garnitury, drinki i szybkie samochody. W skrócie to co w opowieści o tym szpiegu jest najukochańsze.  Akcja będzie miała charakter właściwie lokalny (nie licząc kilku scen zagranicznych), czyli Londyn i mogę zapewnić, że w niektórych momentach, swoją intensywnością aż wbija w fotel. Z drugiej strony są też chwile, w których chce się ziewać. Zaskakujące jest to jak głęboko postanowiono pokazać relację pomiędzy M i Jamesem. To już nie są tylko zawodowe rozmowy, ich znajomość staje się bardziej personalna a miejscami sentymentalna. Dosłownie jak matki z synem. Znajdzie to zresztą swoje zwieńczenie w epilogu tej historii. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, kariera Bonda i wielu z jego agencji staje tu pod mocnym znakiem zapytania. Inna sprawa, że znajdziemy tu kilka naprawdę głupich rzeczy, jak chociażby pościg w tunelach londyńskiego metra. To chyba najsłabsza część filmu, którą można było skutecznie zastąpić czymś ciekawszym. Znaczy ja rozumiem, że Bond to film rozrywkowy, ale ten pociąg wypadający z torów… zresztą sam zobacz, czytelniku.

Javier Bardem wypada nieźle jako zły.

Miłośników piosenki wykorzystanej w czołówce filmu, informuję, że na oficjalnym soundtracku jej nie znajdziecie. Takie sprytne zagranie producenta by zwiększyć wpływy ze ścieżki dźwiękowej. Wielu ludzi się na to złapało. Mało tego, singiel w wykonaniu Adele nosi tytuł Skyfall i dokładnie taki sam tytuł nosi jeden z utworów na krążku zawierającym muzykę z filmu. Genialne. Piosenkę można kupić jako oddzielny singiel, ale czołówka jest rewelacyjna więc dla miłośników serii nie będzie to pewnie żaden problem. Muzycznie zresztą (żaden ze mnie krytyk muzyczny), Skyfall wypada przyzwoicie. Pojawiają się związane z Bondem motywy a soundtrack nadaje się do samodzielnego przesłuchania.
Nie mogło zabraknąć pięknej kobiety (Bérénice Marlohe).

Mieszanka nowego i starego wypada korzystnie, ale dostarczenie dużej dawki słabych efektów psuje smak tego Martini. I nawet wstrząsanie nie pomaga. Pomimo tego polecam całym sercem gdyż akcja pasuje do wspaniałej historii JB.


niedziela, 29 lipca 2012

Koniec Mrocznego Rycerza

Recenzja filmu Mroczny Rycerz Powstaje, 2012, reż. Christopher Nolan.

Jest to już ostatni film o przygodach Zamaskowanego Mściciela, którym zajmuje się Christopher Nolan. Tym bardziej warto rzucić okiem na to co udało się osiągnąć, czego zabrakło i jakie są perspektywy na przyszłość. To wszystko w kontekście poprzednich części, do których warto się odnieść by zwrócić uwagę na szczegóły w tle wydarzeń, których widz jest świadkiem w filmie Mroczny Rycerz Powstaje.

Jestem zdania, że to co w serii o Batmanie ma największą wartość, to co buduje postać Człowieka-Nietoperza jest zawarte w świecie, który bohatera otacza. Tło, którym jest Gotham City jest właściwą treścią filmu i Batmanem samym w sobie. Tym bardziej ucieszyłem się, że antybohaterem w epilogu Nolanowskiej epopei stał się ten, o którym mówi się, że złamał Nietoperza. Bane, bo o nim mowa, to znakomity materiał na podsumowanie osiągnięć Bruce`a Wayne`a w przebraniu. Dlatego chociażby, że komiksowy pierwowzór tego złoczyńcy o nadludzkiej sile scharakteryzował kiedyś swojego przeciwnika słowami "Batman is Gotham City". Ale kim on właściwie jest? Kim jest człowiek w masce, którego wszyscy się boją?


Bane nie miał szczęścia do mediów i jego dotychczasowe wcielenia ograniczyły się jedynie do przedstawienia głupiego, niewyraźnego mięśniaka, którego zaletą była tężyzna fizyczna (w najbardziej groteskowej formie można było go zobaczyć w filmie Batman i Robin, 1997, reż, Joel Schumacher) i dopiero Nolan pchnął tę postać we właściwym kierunku. Można powiedzieć, że Bane z Mroczny Rycerz Powstaje to nadal jedynie interpretacja tego błyskotliwego stratega o posturze kolosa, ale nie pozostająca cieniem własnej postaci. Inne są tu fakty z życia terrorysty, historia jest zmieniona ale to co najbardziej soczyste, rdzeń, Nolan zarysował idealnie a Tom Hardy wyeksponował w jednej z najbardziej wyrazistych kreacji ze świata Batmana. Bane jest adwersarzem na miarę Jokera, którego zagrał kilka lat temu zmarły już Heath Ledger i dlatego właśnie tak znakomicie buduje atmosferę Gotham City. Dlatego to co dzieje się na ekranie jest tak ważne. Inteligentny, brutalny i nadludzko silny Bane, cierpliwie wyczekuje właściwego momentu, by uderzyć w targanego wyrzutami sumienia Mrocznego Rycerza Gotham. Przeciwnik Wayne`a to wychowanek jednego z najcięższych więzień na świecie, który urodził się tam i dorastał a gdy opuścił miejsce w którym miał skończyć życie, zaczęła się dla niego nowa era. Czas dominacji i czas zemsty.

Tom Hardy nie pozostawia wątpliwości co do wyrazistości swojej postaci, która przez 99% filmu pojawia się w masce na twarzy. Sposób w jaki Hardy gra przekonuje mnie całkowicie a kwintesencją jest zdanie wypowiedziane przez tego super złoczyńcę w jednej z kluczowych dla jego wizerunku, scen w filmie - Do you feel like you`re in charge? Pyta jednego ze swoich mocodawców, Bane. Żeby nie zepsuć zabawy nie chcę mówić zbyt wiele, ale trzeba samemu poczuć moc jaka bije od człowieka, którego mimiki twarzy właściwie nie widzimy!


Aktorstwo w tej części ma dwa oblicza, mam bowiem świetnie zrealizowane postacie drugoplanowe (Lucius Fox i Alfred Pennyworth) i błyszczącego adwersarza Batmana a jednak nie zapomnijmy, że poruszamy się w rodzaju kina popcornowego gdzie znajdzie się dużo, niestety, miejsca na wiele innych, płytkich postaci. Film jest długi więc może to służyć za uzasadnienie pojawienia się armii ludzi będących tłem, czasami dość marnym, dla wydarzeń które oglądamy.


Osobne miejsce warto poświęcić Kobiecie Kot (Anne Hathaway), pamiętając, że Batman Nolana zrywa z baśniową konwencją poprzednich produkcji o Rycerzu z Gotham. Selina Kyle to kobieta posiadające wiele wdzięku ale zdecydowanie za mało sexapealu, którym jej bohaterka wręcz ocieka i to zarówno w poprzedniej ekranizacji jak i w komiksie. Hathaway jedynie ociera się o ten aspekt swojej postaci i przypomina bardziej kapryśną dziewczynę, niż kotkę na rozgrzanym, blaszanym dachu, która potrafi boleśnie zadrapać. Inna sprawa, że należy się jej honor za to, że idealnie wpasowała się w rzeczywisty świat nowego Gotham i stała się bardziej prawdziwa, przyciśnięta (zgodnie z pierwowzorem) do muru, idąca zawsze swoimi ścieżkami.


Odniesienie do poprzednich części trylogii, ma tu bardzo duże znaczenie. Szczególnie warto przypomnieć sobie część pierwszą gdyż znajdzie się w nowym Batmanie wiele odniesień do treści pokazanych wcześniej a niekoniecznie eksponowanych w Mrocznym Rycerzu. Muszę przyznać, że dzięki temu miałem poczucie, że oglądam kawał dobrze zrealizowanego kina akcji, w którym wszystko układa się w dobrze przemyślaną całość. Nasycenie postaci przeszłością (film trwa ponad 2,5 godziny więc jest na to czas) dobrze służy ich zrozumieniu, szczególnie gdy pod koniec filmu widać łzy w oczach człowieka, po którym najmniej można się tego spodziewać! Takie szczegóły, którym poświęcono niemałą ilość czasu, wynoszą pewne postacie do rangi niemalże ikony. W moich oczach oczywiście.


Ostatnie sceny, będące podsumowaniem trylogii dają nam jednak jeszcze więcej! Żeby nie zdradzać szczegółów napiszę, że w filmie pojawia się jeszcze jedna z ważniejszych postaci w uniwersum Batmana. Ale po szczegóły zapraszam do kin. I tak, miejscami jest to film dla miłośników Batmana, ale chwileczkę, czy nie o to właśnie chodzi?

Pomimo tych wszystkich błyszczących kreacji wynoszących film Nolana niemalże do arcydzieła popcorn movie, nie mogłem przeboleć kilku spraw. Bez względu na to jak bardzo kocham Bane`a (to mój ulubiony przeciwnik Nietoperza), nie podobało mi się nazbyt swobodne manipulowanie pewnymi faktami z jego przeszłości. I chociaż efekt końcowy był niesamowity, po prostu trudno mi odżałować pewnych zmian, które musiały nastąpić. Trudno mi też zrozumieć pewne sprawy związane z jego kreacją w filmie. Problemem jest również traktowanie, miejscami, widza jak idioty, który nie zada sobie pytań, dlaczego akcja, która rozpoczęła się za dnia nagle kończy się nocy, dlaczego spośród biegnących na siebie band prawie nikt nie ginie skoro wszyscy mają broń? Dlaczego.... znajdzie się jeszcze sporo takich pytań, było to dla mnie bardzo irytujące i powodowało  mieszane uczucia. Również scenografia drugiej partii filmu pozostawiała dla mnie wiele do życzenia i właściwie na tych drobnostkach i szczególikach kończy się moje narzekanie na ten obraz. Niektórzy twierdzą jeszcze, że jest to film akcji bez akcji. Trudno się nie zgodzić z tym, że wszystko rozgrywa się tu powoli, ale nie oszukujmy się, to jest epilog, trzecia część, która formalnie i fabularnie jest inna od poprzednich i to widać i chyba trzeba przyjąć, że tak ma być. Mi takie wytłumaczenie sobie pomogło, tym bardziej, że mogłem zwrócić dzięki temu większą uwagę na tło całej historii.


Po seansie mogłem jedynie powiedzieć, wiedząc, że to ostatnia część zrobiona przez Nolana "Nolan Ty Chu*u! Jak mogłeś nam to zrobić?". Czy wyszedłem z kina z uczuciem niedostatku? Tak! Powoli doszedłem jednak do wniosku, że to znacznie lepsze niż nadmiar. Poza tym, nie wszystkie furtki zostały w tym filmie zamknięte i mocnej akcji, towarzyszą zdumiewające, czasami, zwroty fabularne. Mocna rzecz. Ale jakie są zatem perspektywy na przyszłość? Nolan zapowiedział, że nie robi kolejnego filmu o Batmanie, Bale zadeklarował, że w przypadku pojawienia się w kontynuacji jednej z istotnych postaci w Gotham on również zdecydowanie rezygnuje. Jednocześnie Mroczny Rycerz Powstaje daje tak wielkie pole do interpretacji, że ciężko się oprzeć wrażeniu, że jeszcze nie wszystko stracone. Są na to perspektywy a jaka będzie rzeczywistość, zapewne dowiemy się w przyszłości. Nie można bowiem zaprzeczyć, że w perspektywie czasu ktoś znów sięgnie po człowieka w czarnej pelerynie.

Podsumowując muszę napisać, że ogólne wrażenie po obejrzeniu Mroczny Rycerz Powstaje było takie, że nie jest to najlepszy film z serii, ale jednak posiada najbardziej zajebiste postacie i najlepsze tło fabularne.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Filmweb.pl

niedziela, 22 lipca 2012

"Promoteusz"

Recenzja filmu Prometeusz, 2012, reż. Ridley Scott.

Zastanawiałem się, jakby zwiedziony tym błędnie napisanym tytułem, który przeczytałem na zapowiedzi w metrze, czy protoplasta serii o Obcych to tylko odcinanie kuponów, jak określają go niektórzy, czy poważna pozycja na polu współczesnego science-fiction? Wiedziony instynktem postanowiłem sprawdzić to na klasycznym seansie 2D. Wrażenia poniżej, i będą spojlery, uprzedzam.

Film otwiera scena, z której dowiadujemy się jak, prawdopodobnie powstało życie na Ziemi. Mocny, otwierający akcent można interpretować jako zapowiedź kina sci-fi z nutką filozofii, czyli najwyższych lotów uczta dla oczu. Zresztą, czego można się spodziewać po ojcu serii o Obcych i kilku innych kasowych produkcji, które odcisnęły swoje piętno w kinematografii? Wreszcie mamy okazję zobaczyć od czego wszystko się zaczęło! Mam wrażenie, że podobne myślenie spowodowało wśród wielu fanów przypływ dużej porcji entuzjazmu w stosunku do tego co zobaczymy ostatecznie na ekranie.  Mam też wrażenie, że Scott uległ modnej ostatnio tendencji, żeby cały film streścić w zwiastunie, który miał go promować.



Ale po kolei. Wspomniana przeze mnie sekwencja otwierająca nadaje sens, a właściwie bezsens całej historii. Jak się bowiem później okazuje, grupa naukowców odnajduje w szkockich jaskiniach naścienne malowidła na których, podobnie jak w innych rejonach ziemi, utrwalono pewien wzór składający się z kropek. Wspomniane tęgie głowy wymyślają więc, że ten wspólny mianownik prehistorycznych kultur musi być rodzajem drogowskazu, który być może odpowie nam na pytania związane z tajemnicą powstania człowieka i doprowadzi nas do Inżynierów, a więc kogoś w rodzaju naszych stwórców. Odkrycia tego dokonuje dość dziwna para składająca się z przystojnego sceptyka (Charlie) i pełnej religijnej wiary, piękności (Shaw). Ich konflikt interesów w kwestii narodzin człowieka dawno już ewoluował poza teorię Darwina czy boskiej ręki. Oczywiście stanie się to wszystko przyczyną całej wyprawy mającej na celu zbadanie co też ciekawego kryje się na końcu króliczej nory. I tak rozpoczyna się seria zdarzeń, które doprowadzą bohaterów nie do odpowiedzi na postawione sobie pytanie, ale do dramatycznej walki o przetrwanie nie tylko swoje ale również gatunku ludzkiego.


By wyjaśnić bezsens zawarty we wstępie do tego filmu i rzutujący na całość fabuły muszę napisać, że wspomniany drogowskaz to współrzędne konkretnego miejsca w kosmosie, które jak wierzą bohaterowie tej story, jest miejscem zamieszkanym przez obcą rasę. W rzeczywistości księżyc planety, na którym ląduje ekipa zebrana przez znaną lub nieznaną korporację Weyland, okazuje się być jedynie bazą wypadową wspomnianych Obcych. To znaczy, że Ridley Scott wydymał nie tylko nas, ale także całe pokolenia prehistorycznych ludów a przede wszystkim członków ekspedycji. Po co bowiem praludzie mieliby umieszczać na swoich malowidłach adres bazy wypadowej? Oto jest pytanie na które odpowiedzi nie uzyskamy.

Skoro już wiemy, że film nie ma sensu to zajmijmy się analizą tego co ma sens, albo mieć powinno i co można zinterpretować i ocenić w sposób prosty. Fabuła chwieje się na glinianych nogach więc zwyczajowo mamy do dyspozycji jeszcze grę aktorską, scenografię, efekty wizualne i dźwiękowe itp. I trzeba przyznać, że od strony technicznej trudno zarzucić coś Prometeuszowi. Wizualnie, choć ascetycznie, film prezentuje się okazale, wspaniałe widoki wyglądają zjawiskowo. Oko cieszy charakteryzacja, kostiumy i skromność obrazu nawiązująca do surowej estetyki innych filmów z serii o Obcych. Nie ma tu niepotrzebnych fajerwerków ani świecidełek a całość przypomina nieco bardziej rozwiniętą współczesność.


W filmowej współczesności dominująca rolę ma odgrywać korporacja a tu już coś zaczyna kuleć. Odczuwam wsteczność w stosunku do tego co mieliśmy w starych filmach o Obcych. Powiedzmy, że byłem przyzwyczajony do wszechobecnej korporacyjności, ducha "parcia na szkło", na osiąganie sukcesów, na znalezienie w kosmosie czegoś co rozsławi Weyland po granice znanego świata. Dlatego w każdym filmie z tej serii musiał się znaleźć jakiś "skurwiel w krawacie" reprezentowany w ten czy inny sposób. Tutaj mamy Charlize Theron aka Vickers, która jako członek zarządu korporacji ma pilnować czy załoga wypełnia cele ekspedycji. Jakież było moje rozczarowanie gdy okazało się, że urocza Charlize jest w tym filmie właściwie po to, żeby się bzyknąć z kapitanem statku? Jej obecność na ekranie jest właściwie stratą czasu i nie do końca wiem z czego to wynika ale mam silne wrażenie, że po prostu jej postać została źle napisana. Zimna suka jaką stara się być Vickers ma jakieś swoje rozkazy, którymi nie bardzo chce się dzielić z załogą Prometeusza ale jednocześnie kompletnie ich nie realizuje. Taki trochę pies ogrodnika z niej. Totalna klapa jeśli chodzi o wykorzystanie postaci. Dwójka głównych bohaterów o których pisałem to oddzielny temat. Ta para, której związek napiętnowany jest naukowo-religijnym sporem o korzenie rasy ludzkiej mogła być znakomitym materiałem podpierającym filozoficzną stronę filmu. I co? Zamiast tego mamy kilka pocałunków, przytulasków, seks i śmierć. To aż zbyt mocno akcentuje związek między dwojgiem i to w miejscu, które akcentu potrzebuje najmniej. Jako, że reszta załogi stanowi w zasadzie tło skupię się na ostatniej, wartej wspomnienia postaci czyli Davidzie, granym przez Fassbendera. Roboty w ludzkiej postaci są nieodłączną częścią firmy Weyland i zawsze należy się spodziewać, że pod tą zaprogramowaną chęcią pomocy uczestnikom wyprawy, kryje się lojalność wobec interesów firmy. Właściwie Fassbender jest jedyną osobą godną zapamiętania. Jego beznamiętne oddanie całej sprawie i wyższy cel, który ukrywa przed współpracownikami są świetnie pokazane w kilku scenach. Jest to postać, która świetnie zaczepia o temat ludzkich uczuć, religijnych przesądów czy naukowego poświęcenia. Jego beznamiętność to idealna metoda na wprowadzenie obiektywnej narracji na tematy nurtujące członków załogi, idealna metoda odpowiedzi na pytania które powinny zostać tu zadane, a które nie padły! Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli nie Fassbender to kto? Wygląda na to, że mocne tło kończy się na korelacji akcji z nazwą statku, którym załoga przybywa na miejsce.

Niezależnie od tego jak dobrze czy źle wypadają bohaterowie trzeba wspomnieć o absurdalnych (nadal dających się uzasadnić ale jednak absurdalnych) rozwiązaniach fabularnych, których w filmie doświadczymy dość sporo. Przede wszystkim mamy tu mnogość wątków zaczerpniętych z uniwersum Obcego, które pozostają niewykorzystane. Wielu bohaterów i ich historie sprawiają wrażenie, że film się rozjechał w szwach. Żadna z tych historii nie jest pchnięta wystarczająco daleko by zaciekawić a nie jest też tak płytka by tylko o niej wspomnieć. To niestety widać, tak jak absurdy związane z akcją dziejącą się na ekranie, czego operacja na brzuchu, Shaw, jest błyszczącym przykładem. Takie rzeczy zrzucam jednak na barki kina sci-fi i stwierdzam, że mogę to zaakceptować między jednym a drugim łykiem coli.

Byłem zaskoczony tym jak bardzo Scott rozwodnił temat. Jego Inżynierowie i towarzyszące im stwory mają być protoplastami rasy znanej z poprzednich części Obcego i wszystko jest tu zrozumiałe ale mnogość obcych form jakie spotkamy w tym filmie chyba przerosła twórców, skutkiem czego moja uwaga była podzielona gdy próbowałem się doszukać, kto jest kim. Za dużo, Scott. Za dużo. Za dużo akcji, za mało treści. Oczywiście trzeba sobie powiedzieć jedno. Kolejna część już w produkcji, tak? Dobrze, że nie dotarliśmy jeszcze do czasów, gdy musimy sobie kupić zakończenie filmu.

Ogólnie mogę powiedzieć, że to co zrobił Scott jest w porządku. Wizualnie mnie nie obraził a rola Davida ratuje temat (nie wspominając o urodzie Noomi Rapace) ale fabularnie, chociaż można go wytłumaczyć, jest po prostu słaby. Przypomina to dobrą pozycję na wspólne popołudnie przed telewizorem z dvd,z  colą i popcornem. Szkoda kasy na kino.

Mogli to tak zagrać.

Zdjęcia pochodzą z serwisu: Filmweb.pl, oraz strony http://mojeulubionepostacie.blox.pl