niedziela, 27 lutego 2011

Wyniki Oscarów

Wiemy już kogo postanowiła w tym roku uhonorować Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej. Najlepszym filmem okazał się być Jak zostać królem; najlepszą aktorką została Natalie Portman, aktorem Colin Firth natomiast za reżyserię, złotą statuetkę otrzymał Tom Hooper. Czy tak to powinno wyglądać?

Czołówka była dość łatwa do przewidzenia a największym przegranym w tym wszystkim było Prawdziwe męstwo, które nie dotrzymało tempa konkurencji i nie zgarnęło żadnego Oscara. Poniżej pełna lista zwycięzców.

Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej, 2011:

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

  • Colin Firth za “Jak zostać królem”

Najlepszy aktor drugoplanowy

  • Christian Bale za “The Fighter”

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

  • Natalie Portman za “Czarnego Łabędzia”

Najlepsza aktorka drugoplanowa

  • Melissa Leo za “The Fighter”

Najlepszy film animowany

  • “Toy Story 3” Lee Unkrich

Scenografia

  • “Alice in Wonderland” Robert Stromberg, Karen O'Hara

Zdjęcia

  • “Incepcja” Wally Pfister

Najlepsze kostiumy

  • “Alice in Wonderland” Colleen Atwood

Reżyseria

  • “Jak zostać królem” Tom Hooper

Najlepszy dokument

  • “Inside Job” Charles Ferguson i Audrey Marrs

Najlepszy dokument krótkometrażowy

  • “Strangers No More” Karen Goodman i Kirk Simon

Montaż

  • “The Social Network” Angus Wall i Kirk Baxter

Najlepszy film nieanglojęzyczny

  • “In a Better World” Dania

Charakteryzacja

  • “Wilkołak” Rick Baker i Dave Elsey

Najlepsza muzyka

  • “The Social Network” Trent Reznor i Atticus Ross

Najlepsza piosenka

  • “We Belong Together” z “Toy Story 3", muzyka i słowa: Randy Newman

Najlepszy film

  • “Jak zostać królem” Iain Canning, Emile Sherman i Gareth Unwin

Animowany film krótkometrażowy

  • “The Lost Thing” Shaun Tan i Andrew Ruhemann

Film krótkometrażowy

  • “God of Love” Luke Matheny

Najlepszy montaż dźwięku

  • “Incepcja” Richard King

Najlepszy dźwięk

  • “Incepcja” Lora Hirschberg, Gary A. Rizzo i Ed Novick

Efekty specjalne

  • “Incepcja” Paul Franklin, Chris Corbould, Andrew Lockley i Peter Bebb

Scenariusz adaptowany

  • “The Social Network” Scenariusz Aaron Sorkin

Scenariusz oryginalny

  • “Jak zostać królem” Scenariusz David Seidler

Oscarowe ankiety

Dzisiejszej nocy dowiemy się które filmy sięgnęły w tym roku po statuetkę Oscara.  W 24. kategoriach walczą najbardziej interesujące produkcje  oraz najlepsi aktorzy pierwszo i drugoplanowi razem z reżyserami, scenarzystami i specjalistami od zdjęć czy efektów specjalnych i muzyki. Uroczystość w Kodak Theatre rozpocznie się bardzo wcześnie, 28 lutego więc zapewne nie wszyscy będą na tyle wytrwali by zobaczyć rozdanie nagród na żywo. Niemniej zapraszam do zapoznania się z wynikami głosowań, w których brała udział społeczność internetowa.


Zakończyło się głosowanie nieOBIEKTYWNYCH na najlepszy film zeszłego roku (uwzględniając tylko pretendentów do złotej figurki). Zwyciężył Jak zostać królem, na miejscu drugim uplasowała się Incepcja natomiast trzecie miejsce przypadło ex aequo dla Czarnego łabędzia i The Social Network.

W ankiecie największego, polskiego portalu filmowego - Filwebu, palmę pierwszeństwa otrzymała Incepcja, Nolana a zaraz za nią pojawił się Czarny Łabędź. Miejsce trzecie zajął Jak zostać królem, czyli nasz faworyt.

Użytkownicy portalu IMDb postawili w tym roku na Incepcję, w dalszej zaś kolejności na Jak zostać Królem oraz The Social Network.

Tegoroczna gala Oscarów będzie już 83. rozdaniem tych prestiżowych nagród. Chętnych zapraszamy do obejrzenia uroczystości, 28 lutego o godzinie 01:45 w telewizji.

czwartek, 24 lutego 2011

Warner Brothers szykuje remake Bodyguarda

Dla miłośników starego, dobrego Bodyguarda (bez względu na stosunek do tego filmu, stał się on w pewien sposób kultowy) z Kevinem Costnerem i Whitney Houston w rolach głównych, mam szczęśliwą/tragiczną wiadomość. Wspominałem już o remake`ach, które Warner Brothers ma wytrzepać z rękawa.Wśród nich znalazł się również wspomniany tytuł.

Kilka branżowych portali z Zachodu podaje, że nowa wersja ma skupiać się wokół postaci weterana wojny w Iraku, który przyjmuje nową pracę jako pierwsze zadanie po opuszczeniu armii. Bohater odkryje między innymi, że dużym zagrożeniem dla gwiazd są współczesne portale społecznościowe. Obsada jeszcze nie jest znana ale Houston zastąpi prawdopodobnie jedna z wschodzących gwiazd muzyki. Wśród propozycji do żeńskiej roli pojawiło się nazwisko Beyoncé. Scenariuszem miałby zająć się Jeremiah Friedman i Nick Palmer. Obydwaj panowie mają za sobą jedynie krótkometrażowe produkcje.

Niespełna 20 lat to kawał czasu. Warto zastanowić się, które jeszcze filmy z 1992 roku mogłyby nadawać się na reboot? Warner Brothers idzie na ostro.

wtorek, 22 lutego 2011

Marcin Piotrowski: Hierro

Dobre filmy, to dla mnie między innymi sprawnie zrealizowane widowiska. Przy czym abstrahuję od pojęcia czysto technicznego, jak efekty specjalne, to również i przede wszystkim odpowiednia estetyka kadrów, która zapewnia doznania na właściwym poziomie.  O Wyspie zaginionych można powiedzieć, że jest to film dobrze nakręcony.

Temat wyspiarski stał się ostatnimi czasy popularny. Mieliśmy Wyspę Tajemnic - Scorsese, Wyspę strachu - Twohy`ego, nadeszła więc pora by dokonać w tej materii czegoś nowego. Na Wyspę zaginionych przenosi nas Gabe Ibáñez. Ten nieznany do tej pory szerszej publiczności, hiszpański reżyser, drobnymi kroczkami (ale nie bez potknięć) próbuje przekonać nas, że drzemie w nim duży potencjał.

Wyspa wpisuje się dla mnie w nurt hiszpańskiego pomysłu na kręcenie filmów. Akcja rozgrywa się dość szybko, nie następują większe przestoje fabularne i gdy bohaterowie mają coś zrobić, po prostu to robią. Niestety widoczne są fabularne przeskoki, o tyle niewygodne, że dezorientujące. W pewnym momencie po prostu stajemy przed faktem, że reżyser potraktował nas zdumiewającym skrótem myślowym. Doceniam wiarę Ibáñeza w inteligencję odbiorców, ale gdyby zechciał choć zarysować upływ czasu między pewnymi ujęciami, jego obraz zdecydowanie nabrałby głębi. Dzięki temu nie czułbym, że przegapiłem jakiś istotny fragment tej, dramatycznej (chociaż powierzchownej) historii.

Fabuła jest przewidywalna, to prawda, ale intryga jest też na tyle sprytnie upleciona, że pozwoliła na szersze spekulacje co do intencji niektórych bohaterów. Za to należą się brawa. Są jednak momenty w filmie, gdy dosłownie drapiąc się w głowę zadawałem sobie pytanie – o co chodzi z tą postacią? Ibáñez nie pokazuje wszystkiego, nawet na koniec filmu każe nam domyślać się roli jaką odegrał w tym wszystkim miejscowy szeryf. Jego (reżysera) niedopowiedzenia skracają film, nadają mu pewnego dynamizmu, ale i wprawiają w konsternację – nie do końca wiem, czy potrzebną. Chciałbym bardzo aby był to efekt zamierzony.

Hierro, 2009.

Gdy pisałem o estetyce kadrów, miałem na myśli kawał dobrej roboty ze strony Alejandro Martíneza odpowiedzialnego za zdjęcia. Film jest przestrzenny (chociaż nie do przesady), nieco teatralny. Z szybko rozwijającą się fabułą Wyspy, kontrastują szerokie, spokojne kadry. Bohaterowie sportretowani są ciasnymi, miękkimi ujęciami, biorąc pod uwagę, że mieszkańców posępnej, górzystej wysepki jest niewielu, potęguje to poczucie zamknięcia. Statyka obrazu trzyma w napięciu ale rozrywana jest w kilku miejscach przez zgrabnie wplecione dodatki będące ukłonem w stronę bardziej uważnego odbiorcy. Polecam przyglądać się elementom otoczenia, które czasami potrafią przyprawić o przyjemny dreszcz.

Hierro, 2009.

Film jest też przyzwoicie zilustrowany od stony muzycznej. Wspominam o tym głównie ze względu na scenę śmiertelnej walki dwóch kobiet, którą doskonale wzbogacono wzniosłymi chórkami i akompaniamentem orkiestry symfonicznej urywanym nagle w decydujących momentach. Idealnie. Oczywiście pod warunkiem, że zdarza Ci się, drogi widzu, zwrócić uwagę na podobne perełki. Szczerze polecam.

Jeżeli szukasz szybkiej akcji albo zawiłej fabuły zwiedziesz się, to nie ten rodzaj kina. Film jest prosty ale, drogi widzu – taki właśnie ma być. Wyspa zaginionych to dla mnie filmowy czarny koń ostatnich seansów, który co prawda nie zachwyca jako całość, ale przyprawia o solidne dreszcze jeśli chodzi o detale.

Wyspa zaginionych (aka Hierro), 2009, reż. Gabe Ibáñez.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Kamil Bazydło: 127 Hours (2010) reż. Danny Boyle

Tytuł polski: 127 godzin


O historii Arona Ralstona usłyszałem kilka lat temu oglądając reportaż o jego traumatycznym wypadku. W pierwszej chwili to zdarzenie wydawało mi się zupełnie nieprawdopodobne. A jednak, miało miejsce. W końcu stało się nieuniknione i Ralstonem zainteresowało się także kino. W filmie "127 godzin" wycieczkę młodego chłopaka, która miała zmienić całe jego życie, do kanionu Bluejohn, przedstawia zasłużenie uznany Danny Boyle. Historia na tyle ekstremalna, że nie potrzebuje specjalnie dodatkowego udramatyzowania, co wbrew pozorom wcale nie odjęło reżyserowi wysiłków w próbie stworzenia trzymającego w napięciu wyścigu z czasem.

Filmy koncentrujące swoją uwagę na jednym aktorze nigdy nie są proste. Jak przez półtorej godziny utrzymać skupienie widzów nie zanudzając ich do granic przyzwoitości? Boyle'owi udaje się nie tylko wzbudzenie ciekawości, ale wręcz przykucie widowni do foteli. Jego film nie jest perfekcyjny, ale nie można mu odmówić, że jest cholernie dobry.

Już samo uzmysłowienie sobie, że oglądamy odtworzone przeżycia prawdziwej osoby wystarczałoby na dosiedzenie seansu do końca. Reżyser nie idzie jednak na łatwiznę i kręci film biograficzny, na którym możemy spokojnie zapomnieć, że jest filmem biograficznym. No, może "spokojnie" nie jest najtrafniejszym słowem w tym wypadku. Ale przejdźmy do konkretów.


Aron Ralston. Kadr z filmu.
W 2003 roku Aron Ralston wybrał się połazić po kanionie. Wpadł w szczelinę, a jego ręka została przygnieciona przez spory głaz, zaklinowana między skałami. Dla ratowania życia zdecydował się poświęcić więcej niż większość ludzi by się odważyła. James Franco znakomicie się w niego wcielił. W jego grze nie chodzi o odwzorowanie żyjącej osoby, skopiowanie jej atrybutów, cech i zachowań. Największym sukcesem aktora jest wykreowanie filmowej postaci, uwydatnienie jej charakteru. Franco nie jest pretensjonalnym lustrzanym odbiciem Arona Ralstona, a człowiekiem z krwi i kości, którego losem się przejmujemy. Bezbłędnie przekonuje nas do swojej wiarygodności. Napełnia widza nadzieją na pozytywne zakończenie, choć racjonalna ocena sytuacji na to nie wskazuje. Jeśli jednak jest ktoś, kto miałby wyjść z tego żywy, to jest to właśnie Aron - Franco tworzy dla nas naiwną iluzję, która okazuje się prawdą. Jego występ jest podstawą do sukcesu wielu scen. Z niezafałszowanymi emocjami pokazuje kolejne etapy zmieniającego się stanu psychicznego i fizycznego.

Siłą napędzającą film jest pragnienie. Z początku rozrywki, zabawy, doznania kontrolowanego dreszczyku; pragnienie udowodnienia sobie, że się może. Kiedy sprawy obracają się wbrew planom, zamienia się to w pragnienie wydostania się, wolności. Pragnienie poczucia padającego promienia ciepłego słońca; pragnienie jednego łyku Gatorade zostawionego w samochodzie; pragnienie bliskości drugiej osoby... Każdy z nas miał kiedyś np. olbrzymią chęć napicia się chłodnej wody po całym dniu spędzonym poza domem w upalny, letni dzień. Film sprawia, że możemy wyobrazić sobie tego typu pragnienie spotęgowane według nieporównywalnej skali, które w miarę oglądania staje się naszym własnym, przynajmniej w kwestii zbliżenia się do zrozumienia sytuacji bohatera.


Aron Ralston. Kadr z filmu.

Pora na mały zgrzyt. Jedyne co w filmie uznaję za jego wadę. Film jest bardzo ładnie sfotografowany, wypełniony intensywnymi barwami, głęboką ostrością i ogólną dynamiką. Dodajmy do tego powrót do współpracy z A.R. Rachmanem w kwestii oprawy muzycznej i wyraźnie widzimy, że Boyle nie rezygnuje ze stylu "Slumdoga". No tak, ale w takim razie co w tym złego? Zapowiedzianym zgrzytem jest wykorzystanie poliwizji. Jest to niemal nic nie wnoszący efekt, bez którego film oglądałoby się równie dobrze. Przymknąłbym na to oko, gdyby nie okropne wrażenie jakbym momentami oglądał sequel "Requiem dla snu". Scena "teleturnieju" oraz ujęcia ze SnorriCamu wcale nie pomagają tego wrażenia zatrzeć. Wracając do rzeczy bardziej - lub tak naprawdę mniej - przyjemnych, muszę przejść do najbardziej spektakularnej części.

Najdotkliwiej kłującym wrażliwość widzów fragmentem filmu jest zdecydowanie kulminacyjna scena, w której Aron podejmuje próbę oswobodzenia się w najbardziej radykalny ze sposobów. Kamera dokładnie obserwuje cały proces, wraz z soczystymi szczegółami. Jak na złość zawiesza się na makabrycznym widoku i nie odpuszcza dopóki widzowie sami nie zaczną odczuwać, mówiąc delikatnie, dyskomfortu. Jest to scena tortury, ale torturowany jest tutaj widz. Jeśli komuś sam obraz nie wystarcza, jest jeszcze dźwięk. Dla mnie był on jeszcze mocniejszy. Łamania kości nie można pomylić z niczym innym, ale oglądając dalej przypomniałem sobie fragment wywiadu z Ralstonem, gdzie wspominał najbardziej bolesny moment: przecinanie nerwów. Dźwięku temu towarzyszącemu nie da się w pełni opisać. Jest to palący pisk, wrzask rozdzieranego wnętrza kończyny, który może doprowadzić dosłownie do omdlenia. Wśród widzów z mniejszą wytrzymałością byłoby to w pełni zrozumiałe.




Poza tym, na przestrzeni całego filmu, jest jeszcze kilka znakomitych motywów. Operując jednowyrazowymi hasłami: halucynacje, orzeł, kamera, Scooby-Doo itp. No i wyżej wspomniana scena programu telewizyjnego, która pomimo moich skojarzeń, sama w sobie jest naprawdę świetna. Dziwne, ale podczas seansu właśnie na niej, z rzędu za plecami, usłyszałem ignoranckie "to głupie".

"127 godzin" to Danny Boyle w wysokiej formie, tym razem bez bajkowości, ale wciąż z silnie pozytywnym przesłaniem. Mimo, że moim ulubionym jego filmem pozostaje "28 dni później" to tegoroczny kandydat w wyścigu po sześć Oscarów jest filmem przeze mnie bardzo mocno polecanym.


Tekst pochodzi z filmowego bloga KB: PRAWIE JAK ZAPAŚNIK.

piątek, 18 lutego 2011

Marcin Piotrowski: Francuska bułka z masłem

Kto może nam lepiej opowiedzieć o miłości jeżeli nie Francuzi? Co dopiero, gdy za produkcję miłosnej historii wezmą się wspólnie z Belgami i Włochami? Postanowiłem sprawdzić ten stereotyp przy okazji Kochałem ją, Zabou Breitmana. Miało być czarująco, wyszło trochę ślisko. 

Z kinem francuskim nie miałem do tej pory wiele wspólnego, przynajmniej nie z tym dramatycznym, dlatego do Kochałem ją podszedłem praktycznie bez przygotowania. Tym bardziej, że jest to ekranizacja powieści pod tym samym tytułem. Może był to błąd, niemniej uczucie ślizgania się przez fabułę towarzyszyło mi nieprzerwanie podczas seansu.

Pierre (Daniel Auteuil) jest francuskim przedsiębiorcą, którego zmarnowane życie uczuciowe zmienia bieg gdy podczas podróży do Chin spotyka piękną tłumaczkę Mathilde (Marie Josée-Croze). Od tego momentu, zakochany w sporo młodszej kobiecie Francuz, będzie przemierzał cały świat by spotykać się ze swoją wybranką w hotelach, restauracjach, na spacerach; dryfując między prawdą i kłamstwem. Mathilde jest bowiem jego sekretem, skrupulatnie ukrywanym przed obliczem rodziny mieszkającej w Paryżu. Jednak każdy sen, nawet najpiękniejszy ma kiedyś swój koniec. I tak wokół sekretnego związku w końcu gromadzą się chmury, których Pierre, poprzez swoje niezdecydowanie nie potrafi rozwiać.

Wydawać się może, że w tej klasycznej opowieści są dwie drogi. Albo zostaniemy oczarowani kunsztem reżyserskim a co za tym idzie, świetnie poprowadzoną fabułą (jest dwoje kochanków, którzy wcale być nie powinni – czego chcieć więcej? Największe światowe dzieła się na tym opierają), albo zanudzimy się na śmierć i konając w męczarniach, kątem oka obejrzymy ostatnie kadry pierwszych 30 minut obrazu. Kochałem ją wprowadza trzecią możliwość. Nie jest ani do końca nudny, ani w żaden sposób porywający.  I nijakość jest właściwie największą wadą filmu. Wstęp jest długi a gdy na ekranie wreszcie zaczyna się coś dziać i mamy nadzieję, że opowieść wciągnie nas w siebie i każe przeżywać się wielokrotnie, zostajemy uraczeni czymś potwornie zwykłym. Proste historie, szczególnie te miłosne potrafią być piękne, ale ta przypomina monotonnie wyrecytowany wiersz. Niby pojawiają się jakieś wzloty i upadki ale ani wzloty nie zachwycają ani upadki nie bolą. Zbyt rozwlekła narracja powoduje, ze powieki podniosłem dopiero pod koniec filmu, gdy pewne decyzje zostały już przez kochanków podjęte. Jest to jednak koniec nijaki, zaś ostatnia scena to już tapeta z ładnym widokiem. Tyle.

 
Jakby dla równowagi, znalazłem w filmie kilka pozytywów. Zadowalająco uwierają chwile, w których Pierre popełnia typowo męskie błędy w rozmowach z żoną i kochanką. Gdy próbuje ratować sytuację, którą zawalił w sposób dla mężczyzn klasyczny. Te potknięcia są tak bardzo naturalne i żałuję, że nie znalazło się miejsca na więcej podobnych smaków. Historia opowiedziana jest dość ciasno (jeżeli mówimy o pracy kamery), dlatego tak bardzo zachwyciła mnie swoboda sceny na łódce, gdy zakochani, długo przytulają się do siebie. Dlatego tak dobrze się czułem podczas sceny w restauracji, gdy Mathilde, powoli przechodząc wśród stolików przyciąga wzrok obcych mężczyzn  swoją czerwoną sukienką i kształtną powierzchownością. Porywający jest moment, w którym bohater dostaje od swojej miłości ultimatum i rozpoczyna stresującą ale i wyzywająco niepewną grę miłosną, która jak mi się zdaje, uskrzydla go i daje pozytywnego kopa. Tym się cieszyłem i tym samym cieszył się Pierre. Widać wprawny z niego kinoman. Bardzo prawdopodobnym jest, że gdyby operator miał więcej swobody, całość nadrobiłaby stracone u mnie punkty.



Z samą historią Pierre`a można się łatwo utożsamić, wszak to opowieść życiowa. Bez trudu uda się ją więc dopasować w jakiś sposób do siebie. Kuleje jednak budowa i wykonanie.

Kochałem ją, to opowieść tragiczna, w świetle tragicznych wydarzeń ale i opowieść radosna w świetle uczuć, których bohaterowie dotykają. Opowieść która niczym bułka z masłem jedynie pobudza apetyt.

Kochałem ją, reż. Zabou Breitman, 2009.

PS  Marie Josée-Croze zdecydowanie lepiej wygląda w rozpuszczonych włosach, niż w upiętych!


czwartek, 17 lutego 2011

Nadchodzi Undertaker

Kto to taki? Posłaniec śmierci. Miasteczko Backwater, gdzieś na Bardzo Dzikim Zachodzie ma problem. Lada chwila nawiedzi je tajemniczy przedsiębiorca pogrzebowy, przemierzający pustynie zachodnich Stanów (co sugeruje wystrój otoczenia) na swoim mocno rozklekotanym rowerku. Ubrany we frak i cylinder, mroczny jegomość dzierży w dłoni jedynie miarkę. W jakim to celu? Tubylcy z Backwater obawiają się, że mroczny przybysz zjawił się by zabrać kogoś z nich.

Zachęcam do zapoznania się z filmem. Tym bardziej, że jak na komiksową kreskę, animacja jest wystarczająco posępna by wywołać gęsią skórkę. Świetnie wykonane napisy końcowe. Całość trzyma w napięciu. In plus – polecam muzykę.


Animacja została zrealizowana w ramach pracy dyplomowej w The Animation Workshop, czyli wiodącej duńskiej szkole animacji.

Kamil Bazydło: Kultowe transfery czyli sukces wielokrotny

Słowo klucz dzisiejszej kultury audiowizualnej to "remiks". Niekończące się przetwarzanie tych samych materiałów może stawać się coraz bardziej męczące dla odbiorców. Nie w każdym wypadku jest to jednak zjawisko zupełnie negatywne. Obecny stan rzeczy jest w pełni zrozumiały. Bezpieczniej jest powtórzyć raz sprawdzoną formułę niż podjąć ryzyko stworzenia czegoś oryginalnego. Jeszcze przez długi czas to się nie zmieni, jeśli w ogóle.

Jaki jest ulubiony film każdego producenta filmowego? Oczywiście sequel. Jeśli coś odnosi sukces, to czemu nie miałoby zrobić tego ponownie? Można przypomnieć sobie auto ironiczną scenę w "Krzyku 2" gdzie uczniowie dyskutują o wyższości sequeli nad swoimi poprzednikami, wymieniając jako przykłady kontynuacje "Obcego", "Terminatora" i "Ojca chrzestnego". Naturalnie można się spierać jak kształtował się poziom każdej z tych serii, ale bez wątpienia kino widziało parę solidnych "dwójek", nawet w przeciągu ostatnich lat jak "Mroczny rycerz" bądź "Krucjata Bourne'a" - pierwsze które akurat wpadły mi do głowy.

Bardziej dla mnie niepokojący jest trend dotyczący głównie wysoko budżetowych produkcji z Hollywood, gdzie od razu planuje się powstanie całej serii filmów. Kreatywność i tworzenie kina przez duże K schodzi na drugi plan, a najistotniejszy staje się przelicznik: ilość $ wydanych/ilość $ dolarów odzyskanych. Taki model masowej produkcji zaczął przeżywać swój renesans po sukcesie filmowej trylogii "Władcy pierścieni", projektu z olbrzymim potencjałem, ale także sporym ryzykiem. Kto by wtedy przypuszczał, że film fantasy dostanie kiedyś jedenaście Oscarów? Nie trzeba było długo czekać, aż wieloczęściowe przedsięwzięcia zaczęły pojawiać się niczym grzyby po deszczu. "Harry Potter", "Opowieści z Narnii", "Matrix", "Piraci z Karaibów" i wiele innych poniekąd zamieniły sale kinowe w telewizyjne odbiorniki, gdzie szkolne wycieczki w każdym sezonie dostawały kolejne odcinku swoich ulubionych serii.

Nie trzeba wprawnego oka aby zaobserwować próbę zrobienia tego samego na polu horrorów. Idealnym przykładem jest "Piła". Seria, której pierwsza część debiutowała w Sundance, aby od razu potem popłynąć rynsztokiem w dół. Wyraźną intencją było dopisanie jej do kultowych serii grozy jak "Koszmar z ulicy Wiązów", "Piątek 13-tego" i "Halloween". Różnica polega na tym, że każda z tamtych serii wprowadziła do gatunku swój własny styl i narzucała kierunek wszystkim naśladowcom. "Piła" jest jednym z tych naśladowców, po którym w pamięci zostanie tylko chwytliwy motyw muzyczny.
Equilibrium

Kiedy jestem już przy horrorach, nie sposób nie wspomnieć o notorycznych remake'ach. Tutaj podobnie jak z sequelami, często kręcenie filmu "na nowo" ma sens. Ba, są filmu których remake'i są niezwykle pożądane, jak "Zakazanej planety" z 1956. Widzieliśmy ponadto kilka znakomitych, jak "Mucha" Cronenberga, czy już w XXI wieku "3:10 do Yumy", oba lepsze od swoich oryginałów. Nawet Wimmerowi trzeba oddać jakiś szacunek za "Equilibrium" będący post-matrixowską wersją "Fahrenheita 451", w interesujący sposób adaptujący wybitne dzieło Truffaut, na futurystyczny film akcji. Bardzo specyficznym remake'iem był także "Psychol" Gusa van Santa, którego osobiście nie określam w sumie jako remake, a film wręcz eksperymentalny, kopia mistrza przetworzona na realia 1998 roku.

Wracając jednak do tych nieszczęsnych horrorów, to tutaj jest już znacznie słabiej. Raz około Wielkiej Nocy uda się nakręcić coś bardziej sensownego w postaci zeszłorocznej "Piranii" lub "Wzgórza mają oczy", akurat oba obrazy tego samego reżysera. Przeważnie niestety kończy się na bólu i zgrzytaniu zębów przez widzów i w to nie zamierzonym przez filmowców sensie. Szkoda tępić pióra na wymienianie nawet części z nich więc wspomnę tylko o katastrofalnym powrocie Freddy'ego Krugera na kinowe ekrany w ostatnim letnim sezonie.

Ellen Ripley - Obcy: Przebudzenie

Jako kinomana najbardziej boli i dotyka mnie - że powrócę do tego słowa - remiksowanie filmów zupełnie świeżych. O ile jeszcze w przypadku "Ju-on" Takashiego Shimizu można zwalić to na artystyczną nonszalancję w dublowaniu własnych filmów, tak jest to raczej przypadek odosobniony. Niemal każdy inny "kulturowy transfer" filmowy wypada blado w starciu z oryginałem. Tak, mówię do ciebie remake'u "Ringu". Gwoździem do trumny ambitniejszego kina komercyjnego może się okazać amerykańska wersja "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", w reżyserii Davida-jak-mogłeś-nam-to-zrobić-Finchera. Co ciekawe człowieka, który przed laty słusznie uśmiercił Ellen Ripley, tylko po to aby (skądinąd znakomity) Jean-Pierre Jeunet bezmyślnie ją wskrzesił i zbrukał wspaniałe, młodzieńcze wspomnienia o największej bohaterce lat 80-tych. Zapamiętać: francuskie kino autorskie i kosmiczny horror się nie łączą!

Cóż my biedni kinomaniacy możemy zrobić? Jest zawsze tylko jeden sposób. Idź do kina, kup bilet na "Czarnego łabędzia", zabierz swoich znajomych i znajomych znajomych; "Piratów z Karaibów 7" zobacz w superkinie na TVN.

środa, 16 lutego 2011

Podróż do krainy wyobraźni.

Dla pań lubiących wyzwania i dla panów lubiących odważne panie, Zack Snyder przygotował podróż do świata umysłu zniewolonej Baby Doll, która poszukując drogi ucieczki z zakładu psychiatrycznego musi odbyć pełną niebezpieczeństw podróż przez wykreowany, fantastyczny świat.

Sucker Punch, To zupełnie nowy projekt Snydera, niewzorowany na niczym innym (wcześniej reżyser pracował między innymi nad adaptacją komiksu Franka Millera, 300). Scenariusz powstał przy współpracy z rozpoczynającym swoją karierę, scenarzystą Stevem Shibuya. Film to opowieść o dziewczynie, która dzięki swojemu ojczymowi zostaje odizolowana od świata. Ma pięć dni na ucieczkę nim zostanie na niej przeprowadzona lobotomia. Jest więc o co walczyć. Jedyną drogą na wydostanie się z kompletnego zamknięcia wydaje się umysł, dlatego Baby będzie musiała stanąć oko w oko ze swoimi imaginacji oraz zdobyć pięć przedmiotów, które pozwolą jej zbiec. Filmowa podróż do krainy wyobraźni przypomina nieco Parnassusa z 2009 roku.

Do premiery pozostało nieco ponad miesiąc, już 25 marca będzie można obejrzeć ten film w USA. Pozostaje mieć nadzieję, że do naszych kin film zawita równocześnie, lub niedługo po tej dacie. W przeciwnym razie zdecydowanie wzrośnie grono miłośników Emily Browning (Baby Doll), którzy zobaczą pokazy przedpremierowe w Internecie.

W sieci, już od jakiegoś czasu można obejrzeć zwiastuny produkcji jak również przeczytać sporo informacji. Jest na co czekać.

Sucker Punch, 2011, reż. Zack Snyder.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Rewind

Przypadek piątej części Szklanej pułapki skłonił mnie do refleksji nad stanem umysłowym hollywoodzkich (ale i nie tylko tych) producentów. Chyba nie jest dobrze, kiedy okazjonalnie czytając zapowiedzi i plotki odnośnie „nowych” produkcji, jak również obserwując tendencję już panującą w branży, mogę zadać sobie to oczywiste pytanie – czy zostaliśmy skazani na wieczny powrót do przyszłości? Wiele wskazuje na to, że znaleźliśmy się już w erze Wielkich Powrotów.

Niezniszczalni długowieczni

Są takie filmowe postacie, które nigdy nie przeminą. Piszę być może na wyrost, ale ciężko mi w tej chwili wyobrazić sobie świat bez Dartha Vadera, dra Henry Waltona Jonesa Juniora czy bohatera wspomnianej Szklanej pułapki, Johna McClane`a. Czym byłoby kino bez Rambo, Rockyego i kolejnych wcieleń terminatora? Gdzie byśmy pojechali gdyby nie Szalony Max Rockatansky?

Harrison Ford
Problem z nieśmiertelnością niektórych bohaterów wydaje mi się o tyle istotny, że ich ciągłe powroty powodują pewne rozwodnienie uwielbienia, jakim niektórych z nich darzyłem. W pewnym sensie podziw ustępuje miejsca nudzie i wrażeniu reanimacji dawno już poległych herosów. Zastanawiałem się na przykład, czy reanimacja Indy`ego aby na pewno była konieczna? Czy wrażenia, które czerpiemy do dziś z przeróżnych wydań filmów o zawadiackim archeologu, są mniej aktualne, lub nieświeże w stosunku do tych sprzed lat? Dobrze nam znane trzy części Indiany Jonesa okazały się jednak niewystarczające by zadowolić głodnych ludzi show biznesu. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć niespełna 70. letniego dziś Harrisona Forda śmigającego po ekranie i tłukącego „Ruskich”. Z tego też powodu zobaczymy Bruce`a Willisa (55 lat) w kolejnej Szklanej pułapce. Zresztą ten ostatni zamierza zakończyć przygody McClane`a na części szóstej. Przedsiębiorczy „ambasador” wódki Sobieski stara się tym samym uniemożliwić powrót twardego Johna na duży ekran w przypadku, gdyby okazało się, że gwiazdor będzie fizycznie niezdolny do scen akcji. Nie sądzę jednak by miało to jakikolwiek wpływ na ewentualną decyzję o wznowieniu serii, gdy tylko ktoś w Hollywood przypomni sobie, że ma jeszcze jednego kotleta do odgrzania. 

Bruce III Sobieski
Rambo, pamięta ktoś jeszcze tego dziarskiego komandosa, który według książkowego pierwowzoru zginął? Zapewne, przecież mieliśmy już cztery części, a co najmniej jedna jest w planach. Tym razem zajmuje się tym już sam Stallone, który co prawda kino akcji robić potrafi, ale nie wiadomo na ile jego pomysły okażą się świeże. Z kim mógłby się zmierzyć John w kolejnej części swoich przygód i czy nie będzie to przypadkiem personel domu starców?

Kolejną gwiazdą, która zaczyna blednąć w moich oczach jest Mad Max, którego nowa odsłona pt. Fury Road, nie ma jeszcze żadnych zapowiedzi. W tym przypadku Mel Gibson nie miał na tyle szczęścia by znaleźć się w obsadzie. Być może walnął w mordę nie tę osobę, co trzeba? Zamiast niego ujrzymy natomiast Toma Hardy`ego, który o dziwo pasuje mi do wizerunku Maxa kubek w kubek, zupełnie jak niegdyś młody Gibson.

Wśród wszystkich tych seriali, pewnego rodzaju exclusivem jest agent Jej Królewskiej Mości, którego tradycją stała się produkcja lepszych lub gorszych wcieleń. To symbol, który się nigdy nie kończy – produkowany zawsze niczym „najlepsza łódka świata”, znak towarowy Brytyjczyków eksportowany na Wschód i Zachód. W tej roli widzieliśmy już między innymi Seana Connery, Rogera Moore`a czy Timothy Daltona, ale też w nowszych wersjach Brosnana i Craiga.

Nie wypada pominąć produkcji powstałych już w 21. wieku. Jedną z najbardziej znanych i mocnych serii jest Resident Evil, gdzie Milla Jovovich sieje zniszczenie wśród dziesiątków zombie zastanawiając się z części na część, czy brać udział w kolejnej. Ten film to nieco inne podejście. Tutaj, podobnie jak w serii X-Men, nie następuje już reanimacja, ale intensywna eksploatacja materiału. Producenci wyciskają sok z owoców i będą to robili do ostatniej kropelki.

Powrót do korzeni

Jeżeli kontynuacje znudzą już widza, zawsze można zrobić remake! Przy okazji odejścia z Warner Brothers jednego z dyrektorów wykonawczych, dowiedzieliśmy się, że firma ma w przygotowaniu całą ich serię, a wśród nich na przykład Zabójczą Broń. Niestety, Mel Gibson również tutaj nie miał szczęścia. Bez znaczenia, bo restart jednej z najbardziej znanych serii kina sensacyjnego oznacza policzek w twarze aktorów, którzy już w niej wystąpili.

Wciąż mało? Proszę bardzo. W tym roku restart ma zaliczyć również najbardziej znany barbarzyńca w świecie filmu, czyli Conan. Grany przez Arnolda Schwarzeneggera siłacz z Cymerii przestał już być aktualny, dlatego w jego nowym wcieleniu zobaczymy Jasona Mamoa, umięśnionego surfera i gwiazdę Słonecznego patrolu – ślub na Hawajach. Jest na co czekać. 

Arnold Schwarzenegger
Ponadto, restartu prawdopodobnie nie uniknie też Pamięć Absolutna (skoro wspomnieliśmy Arnolda), czyli ikona kina science-fiction lat 90. ubiegłego wieku, oraz Commando (1985), z tymże samym siłaczem w roli głównej. Czy można sobie wyobrazić, że ktoś inny wypowie słynne zdanie „You`re a funny guy Sally, that`s why i`ll kill you last”?

W całym tym koglu-moglu brakuje mi sensu. Widzę potencjalny zysk produkcji żerujących na hitach sprzed lat. Ludzie pójdą do kin, jeśli nie zachęceni konkretami to z sentymentu, a to przeraża najbardziej. Takie zachowanie może mieć przełożenie na realny zysk będący dziś nierzadko miernikiem „ciepłego przyjęcia” przez widzów nawet najbardziej nędznych produkcji.

Na szczęście tytuły o których mowa należą co prawda do klasyki kina, ale niekoniecznie ambitnego. Pozostaje jeszcze mieć nadzieję, że nie zobaczymy kontynuacji Ojca chrzestnego, ani Leona Zawodowca.

sobota, 12 lutego 2011

Pierwszy Mściciel odwiedzi nas latem


Na początku sierpnia tego roku będziecie mogli odwiedzić kina by na wielkim ekranie przekonać się jak wyszedł producentom pierwszy Avenger – Kapitan Ameryka.  Ten Marvelowski super-człowiek, będący żywą reklamą amerykańskiej flagi, znajdzie się na ekranach nie po raz pierwszy.

Nadczłowieka ze Stanów mogliśmy już podziwiać na początku lat 90-tych, kiedy w obcisły, czerwono-niebieski kombinezon ze skrzydełkami  wcielił się Matt Salinger, gwiazda niskobudżetowych produkcji, ale również aktor występujący gościnnie na planie Dra House`a.

W nowej ekranizacji, Steve`a Rogersa (czyli chuderlawego „oficera” amerykańskiej armii) zagra Chris Evans, który podobnie jak jego poprzednik, stanie w obronie amerykańskiej wolności i ideałów – jakie by one nie były. Jego przeciwnikiem, ponownie zostanie okrutnie zły Red Scull (w tej roli niezapomniany Hugo Weaving), niemiecki odpowiednik super-żołnierza. Cała ta akcja będzie miała miejsce w czasie drugiej wojny światowej.


W fotelu reżysera zasiadł Joe Johnston, odpowiedzialny ostatnio za Wilkołaka.

Kapitan Ameryka to komiksowy bohater wykreowany w latach 40-stych dwudziestego wieku przez Joe Simona i Jacka Kirby`ego w celu zwiększenia patriotyzmu Amerykanów. 


Captain America: The First Avenger, 2011, reż. Joe Johnston.

czwartek, 10 lutego 2011

Spuścizna Tronu czyli Tron: Dziedzictwo

Tron 1982.
Sieć, to ponoć miejsce nieograniczonych możliwości, fantazyjna kraina gdzie nasza rzeczywistość niemal nie ma znaczenia i wykreowanie świata idealnego zdaje się być tak łatwe, jak codzienne dziś wciśnięcie przycisku „Power” na obudowie komputera. Czy wobec tego producenci nowego Tronu wycisnęli ze swojego „dziecka” wszystkie możliwości i zaserwowali nam olśniewające wizualnie, ale i fabularnie dzieło? Nie do końca.

Pierwsze chwile na Sali kinowej okazały się kluczowe dla odbioru całości obrazu. Mój pierwszy seans w 3D zaczął się nieprzyjemnie gdy zorientowałem się jak bardzo niewygodnie będzie oglądać film z dwiema parami okularów na nosie – jednymi, korekcyjnymi i drugimi do wersji 3D. Oto i pierwsza (niestety równie ż nie jedyna) wada systemu "tri di", którą zauważyłem. Jednak pomińmy kwestie wygody skupiając się na związku 3D z wizualną warstwą filmu. Nie da się nie zauważyć faktu, że wspomniana technologia, mająca widza zaskoczyć i dosłownie „wgnieść w fotel” jest w tym przypadku zupełnie zbędna. Dzieje się tak dlatego, że niewiele jest scen w filmie sprzyjających takim trikom. Całość podzielono na sekwencje trójwymiarowe oraz „płaskie” (których jest niewiele) ale prawdziwego uczucia „wychodzenia” obrazu z ekranu uświadczymy w tak niewielkiej ilości ujęć, że można je policzyć na palcach obydwu rąk. Stąd myśl w mojej głowie, że główną ideą przyświecającą zrobieniu wersji 3D było: kasy nigdy zbyt wiele!

Niemniej od strony wizualnej film prezentuje się doskonale. Zresztą co można zepsuć w świecie całkowicie wykreowanym? Jest to jeden z argumentów, który trzyma dla mnie leciwy już, klasyczny Tron, na przyzwoitym poziomie. Nie ukrywajmy jednak, że po wizualnej uczcie jaką zaserwowali nam ludzie z Disneya, powrót do jedynki może być dla większości widzów… trudny.

Fabularne fajerwerki.

Retro pager
Fabularnie film przedstawia się prosto. Syn zaginionego przed laty programisty, Kevina Flynn`a, Sam, pomimo posiadania w rękach jednej z czołowych firm programistycznych na świecie, Encomu, jest na dobrej drodze do spędzenia reszty życia w towarzystwie nieco pokracznego psa i puszek coli. Słowem? Do zmarnowania swoich najlepszych lat. Pewnego dnia okazuje się jednak, że ojciec nie przepadł bez śladu a tropem do jego odnalezienia będzie wiadomość wysłana na pewien archaiczny pager. Tym sposobem wspólnie z Samem zostajemy wciągnięci do cybernetycznego świata Sieci, gdzie nie dzieje się dobrze. Okazuje się bowiem, że rzeczywistości nie pilnuje już unicestwiony przed laty Master Control Program, ale klon samego Kevina, Clu, który bezwzględnie pragnie zaprowadzić idealny porządek. By wydostać ojca i jego piękną wspólniczkę Quorę, Sam będzie musiał przechytrzyć cybernetycznego łotra.

Wszystko jasne ale…. problemem są pojawiające się tu i ówdzie dziury w fabule oraz pewne, zaskakujące przy tej produkcji uproszczenia. Gdy oglądałem zakończenie rechotałem, już nie ukrywając zażenowania. Obrazek Jeffa Bridgesa dokonującego „pierdnięcia mocy”, które znosi wszystkie bariery jest epicki. Jeżeli mowa o samym Kevinie to został ładnie wykreowany. Powiedzmy, że Bridges nie wymagał pewnie zbyt wielkiej charakteryzacji bowiem czas, który spędził w cyfrowym świecie jest niemalże równy temu, który faktycznie dzieli obydwie części Tronu. Szkoda mi jednak, że jako współtwórcy tego całego świetlistego otoczenia nie podarowano mu większych możliwości wpływania na jego strukturę. Słowem- jest za mało zajebisty.

Tylko Rinzlera szkoda.

Rinzler
Pozostałych bohaterów da się lubić. Nie ma ich zbyt wielu i być może dzięki temu, możemy im się lepiej przyjrzeć. Pewną sympatią można nawet potraktować Clu, którego buźka animowana jest naprawdę ładnie.

Mamy więc tych dobrych i mamy tych złych, którzy doskonale splatają się ze swoimi archetypami. Bohaterowie są dość wyraziście wykreowani tak więc ból głowy związany z ich celami nam nie grozi. Wyjątkiem są dwie postacie, które dodają tej pustce uroku. Pierwszym jest rozrywkowy Castor, będący gospodarzem najbardziej znanego w świecie Sieci klubu i jednocześnie duchowym spadkobiercą Dumonta z pierwszej cześci. Jednak dwojaka natura Castora przyprawi bohaterów o gęsią skórkę a nas o dodatkowy uśmiech na twarzy. Ten wywrotowiec jest wcieleniem dobrego biznesmana, który dyplomatycznie balansując pomiędzy dobrem i złem (bez względu na to z której strony na to patrzymy) stara się utrzymać na powierzchni.

Najbardziej jednak szkoda mi innej postaci, która została w filmie mocno niedoceniona, a jej wątek tak marnie pociągnięty w czasie i przestrzeni (prawdopodobnie by było o czym kręcić sequel), że żal ściska… gardło. Rinzler, tajemniczy czarny charakter, którego wizerunek przyprawia o szybsze bicie serca pojawia się na arenie (dosłownie) niedługo po przybyciu Sama do „świata dysku”. Ten odziany na czarno, zamaskowany, doskonale wyćwiczony gladiator jest osobistym ochroniarzem Clu. Jego zadaniem jest odnalezienie starego Flynn`a i zgarnięcie jego dysku z danymi. Jeżeli mogę mówić o najmocniejszej postaci w filmie, która została jednocześnie najbardziej spartolona, to Rinzler będzie tutaj świetlistym przykładem. Ten bohater zmieniłby w filmie naprawdę wiele, gdyby nie potraktowano go z tak wielkim dystansem. By nie zdradzać zbyt wielu szczegółów wspomnę tylko, że nasz nieznajomy czarny charakter skrywa w sobie pewną tajemnicę.

Daft Punk górą

Nie będę ukrywał, że najmocniejszą stroną filmu jest muzyka.  Napisać, że chłopaki z Daft Punk dali radę to mało. Oni po prostu stworzyli coś co w pewien sposób ratuje dla mnie tę pozycję. Ich elektroniczne kawałki idealnie komponują się ze scenami z cyfrowego świata.  Szybkie gdy akcja się zawęża i mroczne oraz spokojne, gdy na ekranie następuje „cisza”. Zresztą obydwaj pojawiają się w filmie na krótką chwilę, ale nie chcę psuć przyjemnego zaskoczenia więc więcej szczegółów nie zdradzę. Od strony muzycznej, film miażdży. Jeżeli chodzi o soundtrack to pojawiły się dwie wersje – jedno i dwupłytowa.

Koniec?

Z kina wychodziłem rozczarowany. Z czasem film nieco zyskał w moich oczach ale ciągle biję się z myślami, że to mógł być jeden z lepszych filmów sci-fi ostatnich lat i to od schematycznego Disneya, którego historie, choć piękne, nie należą przecież do bardzo zawiłych. 

Podsumowując, skopane 3D, nieco kulejąca fabuła, prosta jak konstrukcja cepa, uproszczone postacie; pomimo to nadal interesujące postacie, szybka akcja (ale bez przesady), dobra muzyka i rewelacyjna oprawa wizualna sprawiają, że film iskrzy wśród innych produkcji sci-fi, ale żaden wielki płomień z tego nie powstał.
Wszystko wskazuje na to (a ptaszki w sieci już ćwierkają), że pojawi się kontynuacja. Wolałbym jednak bardziej skondensowaną cześć drugą.