środa, 30 marca 2011

Kamil Bazydło: Archaiczna walka o wolność przyszłości.

Recenzja trybu singleplayer gry Homefront, 2011, THQ (PC, PlayStation 3, Xbox 360)



Ludzie na wojnie są niczym, jeden człowiek jest wszystkim.
— Napoleon Bonaparte


W 2012 roku Kim Jong-un, po śmierci swojego ojca, przejmuje władzę w Korei Północnej. Rok później dostaje pokojową nagrodę Nobla za doprowadzenie do zjednoczenia się obu Korei. Wkrótce potem następuje ekonomiczny upadek Stanów Zjednoczonych. Koreańskie wpływy rozprzestrzeniają się, wraz z dramatycznym osłabnięciem Ameryki. W końcu dochodzi do koreańskiego ataku na USA, który kompletnie rozbija ich siły wojskowe. Ostatnią nadzieją na przerwanie koreańskiej ofensywy jest ruch oporu.

W taki sposób lądujemy w rzeczywistości roku 2027, według gry "Homefront". W tym pierwszoosobowym shooterze gracz przejmuje kontrolę nad Robertem Jacobsem, byłym Marine wdrożonym do ruchu oporu.

Co ciekawe, za scenariusz odpowiedzialny jest nikt inny jak John Milius, przed laty nominowany do Oscara za "Czas apokalipsy", który napisał wraz z F.F. Coppolą. Widać przyłożenie się do wykreowania wyraźnego tła wydarzeń ukazanych w grze, z zachowaniem prawdopodobieństwa przedstawianej wizji. Może jest ono równie wysokie, co inwazja Ziemi przez obcych z Xen, ale jednak. Nie bez powodu nawiązałem do wydarzeń gry "Half-Life", jako że "Homefront" jest nim silnie inspirowany.

Jeszcze raz, jak miałeś na imię?

W zasadzie cała gra jest skrzyżowaniem "Half-Life 2" z "Call of Duty". Nie będę ukrywał, że właśnie "HL2" wciąż cenię sobie jako szczytowe osiągnięcie FPS-ów, oraz gier w ogóle. "Homefront", pomimo prób, nie daje rady zbliżyć się poziomem do tego klasyka. Specyficzna narracja zastosowana w "HL2" nie do końca sprawdza się w aktualnej produkcji THQ. Bieżąca historia bohaterów nie wciąga, a nimi samymi ciężko się przejąć. Tempo akcji jest słabo wyważone, a postacie które nam towarzyszą są zwyczajnie nieinteresujące. Wzorem "Half-Life'a" wcielamy się w cichego protagonistę, co biorąc pod uwagę rozczarowującą otaczającą go obsadę, przeszkadza w stworzeniu jakiejkolwiek więzi ze sterowaną przez gracza postacią. Wyspekulowany świat niedalekiej przyszłości sam w sobie nie wystarcza, żeby skłonić nas do uważnego śledzenia postępów w fabule. Całkiem niegłupiemu tłu historycznemu brakuje fascynujących elementów pokroju Siedmio-godzinnej Wojny z uniwersum "HL". W rezultacie, historia staje się tylko pretekstem do postrzelania.

Jak na shooter przystało, strzelanie jest tym co będziemy robić przez większość gry. Nie należy się jednak spodziewać spędzenia przy niej długich wieczorów. Kampania zamyka się w nieprzyzwoicie krótkich (niecałych) pięciu godzinach. Rozgrywka znów przypomina "HL2". Podążamy głównie za kilkoma towarzyszami z ruchu oporu, którzy cały czas podpowiadają co mamy robić. Gra nie pozostawia swobody wyboru, a poziomy są nastawione na jedną wyznaczoną ścieżkę. W sekwencjach snajperskich nie mamy nawet złudzenia wyboru naszych celów. Poruszanie się pojazdami jest natomiast ograniczone do konkretnej przestrzeni. Akcja posuwa się od punktu A do B, od skryptu do skryptu. Tak samo jak w ostatnim "Medal of Honor" ewidentne są niewidzialne ściany. W wielu miejscach musiałem czekać na koniec dialogu między bohaterami lub jakąś ich reakcję, żeby móc kontynuować grę. Nie wejdziesz na drabinkę dopóki nie zrobi tego twój komputerowy towarzysz; nie przeciśniesz się przez dziurę w płocie, nie puszczając kogoś przodem. Po kilku przegadanych scenach gra znów przyspiesza, racząc gracza dynamiką i efekciarstwem "Call of Duty". Przynajmniej w teorii, ponieważ egzekucja już nie jest tak spektakularna, jak w którymkolwiek "CoDzie" z ostatnich czterech lat. Finałowy poziom, rozgrywający się na Golden Gate, trochę ratuje sytuację, ale słabego wrażenia nie zaciera zupełnie.

Odwrotnie niż inne gry, ta gorzej wygląda w ruchu.

Audiowizualną stroną też ciężko się zachwycać. Muzyka Matthew Harwooda jeszcze spełnia swoje zadanie, choć szybko da się o niej zapomnieć. Nie jest specjalnie zła, ale daleko jej do ścieżek dźwiękowych innych współczesnych wojennych shooterów jak "BF: Bad Company 2" czy miażdżącego soundtracku Zimmera do "CoD: Modern Warfare 2". Głosy aktorów brzmią w porządku, choć może ze względu na mało emocjonujący scenariusz, nie porywają tak jak w zeszłorocznych hitach pokroju "CoD: Black Ops", "Mass Effect 2" i "Red Dead Redemption". Reszta dźwięków także uplasowuje się gdzieś pośrodku. Wystrzały, wybuchy, praca silników i cała reszta to standard sprawnie dający poczucie iluzji prawdziwego świata. Czego nie ma, to charakter. "Homefornt" nie ma swojej tożsamości. Nic go nie odróżnia od reszty gier.

Wciśnij prawo, lewo, użyj drabinkę, strzelaj, skok...

No i w końcu najsłabszy element całej prezentacji. Grafika. Po tak krótkiej kampanii można by spodziewać się kilku pokazowych lokacji, tymczasem niemal wszystko wygląda jak slumsy z "Dystryktu 9". Przeciwnicy są mało zróżnicowani a modele postaci wzięte z szablonu. Technicznie jest jeszcze gorzej. Rozmyte, pozbawione kolorystycznej głębi tekstury rażą widokiem na modelach broni. Brakuje im porządnego normal mappingu, przez co wyglądają jak puste pukawki z aluminium. Nienaturalne efekty słońca i wszechobecna pikseloza pozbawiają grafikę perfekcyjnej czytelności. Efekty eksplozji są równie żałosne co we wspomnianym "MoH". A to wszystko na Unreal Engine 3, który przecież był wielokrotnie tak znakomicie wykorzystywany, choćby w deklasującym "Homefronta" wizualnym cukiereczku jak "Gears of War 2"... już jakieś trzy lata temu. Graficznie gra jest na poziomie "HL2" z większą ilością polygonów, ale słabszymi teksturami i okropnym aliasingiem. Tak, porównuję ją do tytułu z 2004 roku.


Kampania dla pojedynczego gracza nie ma możliwości rozwinąć skrzydeł, gdyż kończy się zanim się na dobre zaczyna. Silne inspiracje dwiema bestsellerowymi seriami shooterów nie pomagają grze, a prowadzą do nieustających porównań. Na każdym polu "Homefront" te porównania przegrywa. Pominięty przeze mnie tryb sieciowy obiecuje trochę więcej zabawy, ale dla zainteresowanych samą kampanią, zdecydowanie odradzam.

poniedziałek, 28 marca 2011

Słaby, mocny film

Recenzja filmu Unthinkable, 2010, Peter Woodward.

Będąc szczerym, zabrałem się do tego filmu ze względu na kolegę, który zastanawiał się nad moją opinią. Sam z siebie pewnie nigdy bym nie sięgnął po to co jest „nie do pomyślenia” i czuję, że ominąłby mnie jeden ciekawy film.

Żeby była jasność, nie bardzo przepadam za thrillerami(tutaj w wydaniu psychologicznym), ale od czasu do czasu coś zobaczę (ostatnio seria o Bournie wysoko postawiła poprzeczkę jeśli chodzi o akcję, a klasyczne Siedem, które ma podobną do Unthinkable budowę, wywindowało wymagania co do intrygi i dreszczy na plecach) tak więc nastąpią tu pewne nieuniknione porównania.  A jest co porównywać bo do filmu, którego dotyczy ten tekst mam wiele zastrzeżeń, pomimo których, dostrzegam w nim pewną wartość. Mało tego, zaleta ta jest na tyle ważna, że obraz Petera Woodwarda pozostanie w mojej pamięci.

Na początku zastanawiałem się, dlaczego wcześniej nie słyszałem o Unthinkable, ale po seansie wiem już, że przeszedł bez wyraźnego echa głównie ze względu na sztampowość konstrukcji oraz słabe wykonanie techniczne. 

Nie ukrywam, że znikome efekty specjalne (nie znikomość jest tu wadą, ale ich wykonanie) wyglądają jakby były zrobione w domu przy wspólnym piwku kilku kumpli, którzy lubią bawić się w programach graficznych. Da się to jednak ominąć. Dla przykładu, we wspomnianym Siedem, Finchera, z 1995 roku nie zastosowano chyba żadnych efektów specjalnych, to nie ten typ kina więc trochę rozumiem posunięcie twórców by nie poświęcać temu tematowi zbyt wiele pracy, jednak nie usprawiedliwia to szmelcu, który dostałem i który budzi we mnie uczucie wstydu. 

Carrie-Anne Moss i Samuel L. Jackson

Nie mogę nie przyznać, że konstrukcja fabularna, nad którą tak ubolewam, to właściwie fikcja zbudowana na kanwie strachu przed zamachami terrorystycznymi w USA. Pewien amerykański muzułmanin (w tej roli Michael Sheen) podkłada w stanach trzy bomby a ujawnienie ich lokalizacji uzależnia od spełnienia jego postulatów. Terrorysta zostaje schwytany i poddany wyrafinowanemu przesłuchaniu, podczas którego role oprawcy i ofiary odwracają się naprzemiennie. Proste, prawda? Brzmi znajomo? Brzmi trochę jak w Siedem, tylko tam mieliśmy do czynienia z grą psychologiczną na najwyższym poziomie prowadzoną przez doskonałych aktorów, a tutaj reżyser odkrywa przed nami pewien bardzo istotny problem, który nawet pokazany jest dosadnie, ale nic więcej się z tym nie dzieje. 

Michael Sheen i Jackson

Aktorsko grę ratują jedynie Sheen w roli terrorysty i Samuel L. Jackson, który wcielił się w rolę specjalisty od przesłuchań metodą siłową. Specjalisty, o którym wiemy bardzo niewiele, bo próby rozwinięcia jego historii spełzły na niczym. Reżyser jedynie muska temat przekazując kilka enigmatycznych opowiastek o naszym czarnoskórym specu oraz raczy nas „wzruszającą” historią jego żony. Towarzyszy mu Carrie-Anne Moss z wyrazem obrzydzenia, zrezygnowania i zażenowania na twarzy, przypominająca w tej roli agentkę Scully z serialu Archiwum X. Gra rolę specjalnej agentki, która z ramienia FBI zajmuje się całą sprawą. I tu przechodzimy do kolejnego gniotu, który twórcy wyłożyli mi przed oczy. Przyzwyczajony do metod działania detektywów ze wspomnianych przeze mnie wcześniej filmów, na przykład tych z trylogii Bourne`a (gdzie agenci uwijali się w pocie czoła, sprawdzali tony informacji, zmieniali zdanie, robili wszystko to co sprawia, że dochodzenie wygląda na niezwykle dynamiczne), spodziewałem się po agentach federalnych czegoś więcej. Nie koniecznie miałem ochotę poznawać historię jakiegoś żółtodzioba, który przewija się na ekranie właściwie bez celu, ani dowiadywać się od pozostałych członków zespołu z którymi pracuje Moss nic nieznaczących informacji, które mają pokazać zasady działania FBI. Gdyby FBI działało tak jak na tym filmie, to obawiam się, że ten filmowy scenariusz mógłby być bardziej prawdopodobny niż może się wydawać. Agenci sennie przekazują kilka informacji, odbywają parę rozmów i przechodzą do właściwej części filmu, czyli przesłuchania. Z proporcjami wszystko okej, ale wykonanie to jakieś nieporozumienie. Właściwie o kolejnych pojawiających się aktorach wiemy jedynie tyle, że każdy z nich ma więcej uprawnień od poprzedniego i że chyba się trochę wstydzą występować.


Więc co mnie w tym, powtórzę to jeszcze raz, naprawdę kiepsko zrealizowanym filmie tak pozytywnie zaskoczyło, że pomimo niskiego poziomu realizacji wychodzi on na plus? Problem, który tak nieudolnie porusza reżyser, i o którym tak dobrze rozmawia ze swoją ofiarą Jackson. Jest to opowieść o strachu, który czai się za rogiem. O oprawcach, którzy mogą żyć wewnątrz nas oraz o tym, jak ludzie ulegają emocjom i gotowi są na wszystko, gdy nie mają wyjścia. Całkiem dobrze ujmuje to Jackson w swoich monologach. W 1995 roku podobny temat, chociaż na mniejszą skalę, poruszył właśnie Fincher. Wtedy to dowiedzieliśmy się, że grzech może się dokonywać w imieniu prawa, że grzech może istnieć w kręgach pozornie niewinnego społeczeństwa. To wszystko czego nie widać a o czym mówią aktorzy, czyni dla mnie, Unthinkable filmem wyjątkowym. Obraz pokazuje jak ludzka natura dopasowuje się do okoliczności i że każde zło da się uzasadnić większym dobrem, trochę jak w Ręce Boga, Paxtona.

Myślę, że po Unthinkable warto sięgnąć ze względu na mocny przekaz a niekoniecznie patrząc na realizację, która jest po prostu słaba.

czwartek, 24 marca 2011

Długi zwiastun dla ikony wolności

Mocne uderzenie nastąpi 22 lipca. Na ekranach kin pojawi się pierwszy Avenger czyli doskonale znany wszystkim zainteresowanym, Kapitan Ameryka. Dłuższy zwiastun z tej superprodukcji znajdziecie poniżej (krótszy prezentowaliśmy jakiś czas temu). Dodano nowe sceny prezentujące głównego bohatera jeszcze zanim zdecydował się wystąpić w rządowym projekcie stworzenia nadnaturalnie silnego żołnierza. Wygląda na to, że Steve Rogers (pierwotne wcielenie Kapitana) to niezłe chuchro ale z dużymi ambicjami do bycia dobrem ucieleśnionym. Wszystko wskazuje na to, że kolejne amerykańskie show o wolności zrealizowane będzie z właściwym rozmachem i doborową obsadą (w roli czarnego charakteru wystąpi Hugo Weaving znany niektórym z roli Erlonda we Władcy Pierścieni, albo agenta Smitha w Matrixie).

Robi wrażenie.

piątek, 18 marca 2011

Marcin Piotrowski: Chciwość stała się legalna

Recenzja filmu Wall Street: pieniądz nie śpi, Oliver Stone, 2010.


Czy może nastąpić happy end gdy Gordon Gekko nie bierze jeńców? Dobre pytanie, zanim jednak poznacie na nie odpowiedź, zanim zachęcę was do obejrzenia tego wymagającego widowiska, musicie wiedzieć, że jest to film zupełnie inny niż część pierwsza i doskonale ją uzupełnia. Dlatego nie zapomnijcie zajrzeć do wypożyczalni, albo kupić za grosze starego Wall Street, które odświeży nieco pogląd na świat finansowy w latach 80. ubiegłego wieku i pozwoli cieszyć się całością przedstawienia dosłownie, od początku do końca.

Tak, Gekko powraca w wielkim stylu by skopać ludziom tyłki za ich własne pieniądze. W pierwszym Wall Street był mistrzem robienia nielegalnych interesów, tym razem stajemy przed czymś co wykracza poza zwykłe spekulacje na rynku finansowym. Dowiadujemy się, że nie istnieje cena, którą ludzie jego pokroju są w stanie się zadowolić, ponieważ w całej rozgrywce, tak naprawdę liczy się coś zupełnie innego. Co? Zobaczcie sami. Zdradzę tylko sekret, że nawet najwięksi dranie finansowego show biznesu posiadają sumienie. Nieprawdopodobne, tym bardziej, że „Pieniądz nie śpi” jest totalną fikcją zrodzoną na faktach kryzysu finansowego zapoczątkowanego w 2008 roku na Wall Street. Czy może istnieć lepsze tło dla drugiej części obyczajowego dramatu dziejącego się w świecie finansowych rekinów amerykańskiej giełdy? Nie wydaje mi się.


Gekko wrócił i nie ma centa przy duszy.
 
Dzięki takiemu podejściu, historia zyskuje nowoczesny wygląd, może istnieć na współczesnym rynku i przede wszystkim, być wiarygodna. Gwiazdorska oprawa zajęła się resztą. Na początku obawiałem się, że „inność” będzie głównie wadą nowego Wall Street, na szczęście myliłem się. Jest to film inny nie tylko ze względu na okoliczności w jakich dzieje się akcja, ale również z powodu innego podejścia. Stone ponownie zasiada w fotelu reżysera, tylko, że tym razem nie pokazuje nam sekretów „robienia fortuny” ale raczej wydawania jej. To już nie są czasy budowania firm marketingowych, wzrastania pozycji bankierów, bogacenia się. Tym razem jest to świat luksusu i zbytku okraszonego błyskiem wieżowców z Wall Street. Ale jest to również film o uczuciach, tych dobrych i złych. Wszystko doskonale zmiksowane i podane pod postacią oczu błyszczących na dźwięk słowa „pieniądz” oraz wyrazu twarzy naiwnych graczy.

Nikczemnik Josh Brolin.

Co jest najlepszego w tym obrazie? Ten właśnie miks wątków rodzinnych, miłosnych oraz czystych i brudnych interesów wraz z zemstą, która najlepiej smakuje podana na zimno. Nie wyobrażam sobie nikogo innego poza Shia LeBeouf, kto mógłby pociągnąć rolę młodego, zdolnego ale wciąż naiwnego bankiera i zastąpić pojawiającego się na chwilę w filmie Charliego Sheena. Nie wyobrażam sobie tego filmu bez starego lisa Douglasa, który bada swój grunt i próbuje rozliczyć się z przeszłością  - tak osobistą jak i zawodową. I oczywiście nie mogło zabraknąć miejsca dla  pseudo-głównego czarnego charakteru (choć może w przypadku Wall Street ciężko mówić o „jasnych” bohaterach) czyli Josha Brolina. Stone spisał się na medal, chociaż są rzeczy, które w tym wszystkim uwierają.

Więc co nie wyszło? To już nie jest stare, dobre Wall Street. Jest to więc zaletą jak i wadą. Film zmienił kierunek i stał się zbyt miękki, mniej dynamiczny a miejscami jest jakby laurką dającą nadzieję na to, że jeszcze nie wszystko stracone i że nie tylko kasa się liczy. Chociaż nawet w tym miejscu Stone bawi się widzem, dając i odbierając nadzieję na zmianę. To, trzeba przyznać, wyszło mu świetnie. Za największą niedogodność tego filmu uznaję właściwie fakt, że bez połączenia z częścią pierwszą nie istnieje on. To duży zgrzyt, gdyż spotkałem się już ze stwierdzeniem, że film przynudza. Zawarto tu wiele nawiązań do poprzedniej produkcji, i aby w pełni zrozumieć motywy, którymi kierują się ludzie występujący w kontynuacji, po prostu trzeba rzucić okiem na obraz z 1987 roku.

Pieniądz nie śpi.

Biorąc to pod uwagę, jest to kawałek naprawdę dobrego kina, dla ludzi lubiących emocjonalne potyczki w świetle intrygujących wydarzeń z „wyższą klasą” w tle (trochę jakby w Intrygancie, tylko bardziej „high”). Bez strzelania, pościgów i bijatyk też można skopać odbiorcy tyłek i Stone świetnie sobie poradził. Plus za doskonałe tło muzyczne i pokazanie wszystkim tego co naprawdę dzieje się na Wall Street, bo nawet dziś można  zadać sobie pytanie, kto z ludzi odpowiedzialnych za krach w 2008 roku poniósł jakiekolwiek konsekwencje swojej działalności? To jest obraz stanowiący rozliczenie z przeszłością, fikcyjną i realną.

Polecam tylko w pakiecie z częścią pierwszą.

czwartek, 17 marca 2011

Panda wraca!

Czy pamiętacie jeszcze niezdarną pandę, która ze sprzedawcy noodli, dzięki ciężkiej pracy i kilku kulkom ryżu przemieniła się w Smoczego Wojownika? Tak! Kung Fu Panda powraca w niekoniecznie mocniejszej, większej i lepszej, ale za to dobrze zapowiadającej się kontynuacji. Warto zobaczyć zwiastun.

Tym razem Piątka będzie musiała uratować Kung Fu przed zagładą, dlatego wyruszą w długą podróż by zmierzyć się z nowymi niebezpieczeństwami czyhającymi daleko w Chinach. Wszystko wygląda po staremu, czyli świetnie. Ja się dam skusić na tego futrzanego niezdarę i jego niewzruszonych kolegów.

Premiera w Polsce zapowiedziana jest na 27 maja! Czekamy?

niedziela, 13 marca 2011

Pierwszy teaser z nowego Conana

W sieci pojawił się teaser trailer do nowego Conana Barbarzyńcy. Z krótkiej zajawki nie dowiadujemy się nic ponadto, że odtwórca głównej roli, Jason Mamoa z gracją macha mieczem i mówi o tym kim jest. W tle pojawia się również tajemnicza kobieta oraz prawdopodobnie, ludzie z plemienia Piktów, zamieszkujących jeden z regionów świata, które odwiedził Conan podczas swoich awanturniczych wędrówek.

Ręcznie malowany Barbarzyńca szczególnie mnie nie przekonuje, zwłaszcza, że książkowy pierwowzór wyobrażam sobie jednak inaczej. Pożyjemy, zobaczymy, może warto poczekać te kilka miesięcy?

Film pojawi się w kinach latem tego roku, zwiastun można zobaczyć poniżej:

sobota, 12 marca 2011

Kamil Bazydło: Cyklopom wstęp wzbroniony, czyli o 3D słów kilka.

Kiedy w 1903 roku Justus D. Barnes wystrzelił z pistoletu prosto w widownię filmu "The Great Train Robbery", wydawało się że nie można pokazać na ekranie nic bardziej szokującego i bezpośrednio uderzającego w widza. Naturalnie, dziś na każdym Bondzie jesteśmy "zabijani" w ten sposób, a twórcy co jakiś czas prześcigają się w przesuwaniu granic wytrzymałości ludzkiej wrażliwości na ruchome obrazy. Nie piszę jednak o szokowaniu widza. Chciałbym spojrzeć na fenomen, który jest efektem poszukiwania dziś przez filmowców nowych wrażeń wizualnych. Chodzi o najbardziej promowany obecnie trend w kinie rozrywkowym, czyli 3D.

Eksperymenty z tą techniką zaczęły się niedługo po skomercjalizowaniu się kina czyli jeszcze przed końcem XIX wieku. Nie będę jednak wracał do początków. Jeśli kogoś interesuje lekcja historii, zachęcam do sięgnięcia do stosownej literatury. Będzie to trochę tekst zrzędy, jako że już tutaj zaczynam moje narzekanie. Przeskakujemy więc cały wiek do roku 2009. James Cameron po dwunastu latach reżyserskiej nieobecności wypuszcza długo oczekiwany mega projekt "Avatar". Ponad 2,7 mld dolarów jakie wygenerował popchnęło hollywoodzkie studia filmowe (a z czasem ogólnoświatową produkcję) do inwestowania w "prawdziwie" trójwymiarowe kino, kierując się myśleniem: jeśli Cameron mógł na tym zarobić, to my też. Taki tok myślenia jest błędny z założenia. Jaki film ustanowił poprzedni rekord najbardziej dochodowego filmu w historii? Oczywiście "Titanic" Camerona. Kto od tamtego czasu zdołał go pobić? Nikt. Właśnie tak samo jak nikt poza Cameronem nie wie, jak jednym filmem zarobić astronomiczne pieniądze, tak samo nikt nie wie jak z takim samym powodzeniem wykorzystać wątpliwą dobroć stereoskopii. Pytanie brzmi czy 3D w ogóle może się sprawdzić poza kinem, że tak to brzydko określę "lunaparkowym", i czy nawet samemu Cameronowi się to udało?

Skupmy się przez moment na "Avatarze". Zapowiadany jako rewolucja technologiczna i święty Graal kina 3D. Coś w tym jest. Cameronowi na pewno udało się osiągnąć efekt mocnego szczękoopadu i minie jeszcze parę lat zanim filmy zaczną zbliżać się do takiego poziomu technicznego. Wysokie ustawienie poprzeczki było nadrzędnym celem dla "króla świata". Powtórzę, udało się. Na rzecz technologii poświęcono wyrafinowanie scenariusza, ale oglądając nawet dość banalną (acz niepozbawioną silnych emocji) historię, wielu choć przez chwilę zapragnęło być niebieskim. Ale czy w 3D? "Avatar", tak samo jak każdy inny film trójwymiarowy, nie posiada ani jednej sceny, która nie mogłaby funkcjonować bez użycia 3D. Stereoskopia nie tworzy dramaturgii; nie jest środkiem wyrazu; nie opowiada kina. To tylko efekt specjalny, a nawet mniej niż efekt specjalny. Za pomocą efektów specjalnych można pokazać sceny, jakich nie da się nakręcić kamerą na planie. 3D natomiast nie umożliwia w ogóle kręcenia wcześniej nieosiągalnych rzeczy. Jest to tylko nic nie wnoszący trik.


"Avatar" wykorzystuje ten trik całkiem dobrze. Już początkowa scena, w której widzimy budzącego się w kapsule kriogenicznej Sama Worthingtona, z dryfującymi przed ekranem kropelkami wody, daje nam do zrozumienie, że to jest 3D którego widzowie oczekiwali. Jest całe mnóstwo innych scen, w których przyłożono się do bezbolesnego połączenia wystającego z ekranu technologicznego efekciarstwa i tradycyjnych poruszających się obrazów. Cameron niemal perfekcyjnie reżyseruje swój film, odpowiednio prowadząc widza i kiedy jest to potrzebne skupiając jego uwagę na perypetiach bohaterów, a w scenach akcji i rozwałki atakując trójwymiarem.

Nie obyło się bez krytyki, ale ogólnie film został bardzo dobrze odebrany, zdobywając nawet kolejno po osiem i dziewięć nominacji do BAFTA i Oscara. Sam jestem fanem Camerona i lubię jego filmy. Lubię także "Avatara" jako epickie widowisko odświeżonego Hollywood. Co jest dla mnie natomiast okropnie rozczarowujące to reakcje niektórych widzów. Po jednym z seansów w IMAX 3D spotkałem się z dość niepokojącymi opiniami. Nie chodzi o to, że film się nie podobał. Wręcz przeciwnie. Wszyscy byli zachwyceni, och, ach i jakie to wspaniałe. Zachwyty były kierowane jednak głównie pod adresem wyskakujących z ekranu pocisków, przestrzennych hologramów i wszelkiego rodzaju złudzeń namacalności. A co ze świetną reżyserią, w takich scenach jak Jake Sully będący między młotem a kowadłem dwóch kreatur w dżungli na początku filmu; przesadzoną, ale frapującą kreacją Stephena Langa jako najtwardszego skurczybyka w jednostce ochrony; czy pełną energii przemową odkupionego bohatera, zagrzewającą ludy Na'vi do obrony własnej ziemi. Cameron tworząc najlepsze stereoskopowe widowisko w historii padł ofiarą własnej technologii. W rezultacie wielu widzów oglądało "Avatara" dosłownie i w przenośni przefiltrowanego przez okulary 3D. Trik okazał się rozpraszający i odciągający uwagę od całości filmu. Od każdej kolejnej produkcji oczekiwano tego samego. Ale jak już pisałem, nikomu nie udało się zrealizować trójwymiarowości na podobnym poziomie.


Właśnie z tego powodu (rozproszenia uwagi widza) Christopher Nolan wraz ze swoim stałym operatorem Wallym Pfisterem nie dali się skusić na trójwymiarową "Incepcję", mimo że podobnie jak oba Batmany była wyświetlana także na ekranach IMAX, idealnym formacie dla 3D. Niedawno ogłoszono, że "Incepcja" zostanie skonwertowana na potrzeby wydania 3D Blu-ray, ale zarówno reżyser jak i autor zdjęć umywają ręce od tego niepotrzebnego zabiegu. Podczas gdy Nolan stroni od uwikłania w trójwymiarowe wojny, inny reżyser lgnie do nich jak do ziemi obiecanej. Trójwymiarowe wojny gwiezdne, należałoby chyba powiedzieć. Wszystkie z sześciu filmów serii "Star Wars" zostaną po raz n-ty odświeżone i już w przyszłym roku zaczną po kolei pojawiać się znów na ekranach kin, w nieuniknionej wersji 3D. George Lucas w 1977 roku przestał robić filmy i zaczął zajmować się fabryką gwiezdnych wojen. Sequele, prequele, spin-offy, adaptacje na inne media, poprawianie, zmienianie, niezliczone wydania VHS, DVD, za kilka miesięcy BD, no i w końcu wspomniana konwersja na 3D w kinie oraz 3D BD. Już chyba najbardziej hardkorowym fanom niedobrze się robi, kiedy na to wszystko patrzą. Mówię o tym ponieważ jest już cała lista filmów czekających w kolejce na podobne potraktowanie. Jednym z nich jest naturalnie "Titanic", co zupełnie nie dziwi, nie tylko ze względu na "Avatara", ale także już wcześniejsze manewry jakie Cameron wykonywał na polu 3D z "Obcy z głębin" i projektem "T2 3-D: Battle Across Time". Z gigantów biznesu również Disney inwestuje w odgrzewanie swoich klasyków, zaczynając od "Pięknej i Bestii" i "Króla Lwa" tej jesieni.

George Lucas i jego Imperium

3D jest dla mnie przeżytkiem nie tylko ze względu na swoją zbędność i brak wartości artystycznych, ale także niedoskonałość technologii. Po pierwsze 10% ludzi w ogóle nie może zobaczyć tego efektu, z powodu wad wzroku. Potrzeba dwojga sprawnie działających oczu, aby w pełni doświadczać tego, co fałszywy trójwymiar ma nam do zaoferowania. Dochodzi do tego pozycja z jakiej obserwujemy obraz. W idealnym środku sali kinowej wygląda nieźle, ale spróbujmy usiąść mocno z boku, pod kątem i piękne efekty zaczynają się nieco rozjeżdżać. Dużym problemem jest jasność obrazu. Po założeniu specjalnych okularów filmy są po prostu nienaturalnie ciemne. Przypomina mi się "Starcie Tytanów", na które zmuszony byłem wybrać się na pokaz 3D (brak kopii standardowych w dniu premiery). Za bilet w granicach 30zł dostałem bardzo zły film w 3D, na którym nie było widać efektów 3D i wszystko było irytująco ciemne. Ostatniego Wesa Cravena z premedytacją ominąłem tylko ze względu na brak możliwości zobaczenia go bez zakładania niewygodnych okularów. Moje zniesmaczenie i frustracja sięgają już takiego poziomu, że nie przekonają mnie nawet Wenders ze swoją "Pina" czy też mój najbardziej oczekiwany film tego roku "Tree of Life" Malicka. Choć trójwymiarowy status tego ostatniego jest obecnie bardzo niejasny. Za dwa miesiące okaże się co się stało z pojawiającymi się w plotkach trzema wersjami filmu.


No, ale nie ma tego złego. Wszystko ma swoją miarę i pojawia się pewne światło nadziei. Po pierwsze, widzowie zaczynają być zmęczeni droższymi biletami. Pewnie, kiniarze muszą odrobić sobie inwestycję adaptowania technologii potrzebnej do wyświetlania 3D, ale na dłuższą metę filmy trójwymiarowe zaczną tracić widownię. Kiedy wszyscy już nasycą swój głód około filmowych technicznych wrażeń, wrócą do płaskiego, tańszego wypadu na film. Nacisk na 3D można uznać też częściowo za próbę walki z internetowym piractwem. Ściągnięte filmy nie zapewnią takich efektów co wycieczka do kina, a dostępne wydania trójwymiarowych filmów na nośnikach optycznych są nieznaczącym marginesem, zresztą  zarezerwowane tylko dla właścicieli kosztownych telewizorów 3D. Mówiąc złośliwie, tylko dla obojga z nich ;) Cieszy pojawienie się animacji "Rango" Verbinski'ego. W Polsce dostępny w 2D i z napisami zamiast dubbingu. Zwiastuje to pewne odwrócenie się wiatru i liczę, że seanse 3D znów wrócą do swojej niszy i skończą się problemy ze znalezieniem tradycyjnych kopii w kinach. Również nowy film Jerzego Hoffmana "Bitwa Warszawska 1920" może okazać się ciosem dla kina 3D. Zapowiadany jako pierwszy polski film stereoskopowy (marketingowcy chyba zapomnieli o "Mieście ruin" od Platige Image) na pewno wypełni sale kinowe przymuszonymi do obejrzenia filmu gimnazjalistami. Poza nimi, chyba nikt go nie obejrzy i może się zdarzyć, że powtórzy się historia totalnej klapy "Quo Vadis" Kawalerowicza, a Hoffman zapisze się w historii polskiej kinematografii jako twórca naszego pierwszego i ostatniego filmu 3D. To w sumie tylko przypuszczenia, co się stanie czas pokaże.


Kino nie jest jedyną sztuką audiowizualną, do której wdziera się 3D. Tam gdzie przemysł filmowy okazuje się być coraz bardziej odpychający, wchodzi inna coraz bardziej licząca się dziedzina rozrywki: gry wideo. Nie bez powodu temat 3D w branży gier jest teraz szczególnie aktualny. Najbliższe miesiące pokażą czy rzecz zakorzeni się tutaj na stałe, czy też pozostanie w powijakach. Z jednej strony Sony wpycha stereoskopię w swoje duże tytuły na Playstation 3 oraz umożliwia odtwarzanie trójwymiarowych Blu-rayów na tejże konsoli; w innym rejonie ostro atakuje kolejny gigant przemysłu, Nintendo z nową generacją swojej przenośnej konsoli, o której więcej za moment.

Nota bene Nintendo, które obecnie ma realną szansę spopularyzować gry 3D, próbowało tego już wiele lat temu. W lipcu 1995 roku firma wprowadziła na rynek śmieszne urządzonko o nazwie Virtual Boy. Przed końcem tego samego roku zaprzestano jego produkcji. Pewnie, urządzenie zapewniało złudzenie głębi, ale kosztem dwukolorowej palety barw (z dominującą wściekłą czerwienią), oraz migren wywołanych u tysięcy graczy. Była to totalna porażka. Co więc skłoniło firmę do powrotu do tego tematu? Wygląda no to, że nigdy z niego do końca nie zrezygnowali, a stałe nastawienie Nintendo na innowację czekało tylko na masowo dostępną technologię. Sukces "Avatara" raczej też nie zniechęcał. Powróciłem do Camerona, bo przecież "Avatar" pojawił się również właśnie jako gra. Pierwsza mainstreamowa gra w stereoskopowym 3D wraz ze wszystkim co oferują dzisiejsze silniki graficzne. Podczas swojego przydługiego wystąpienia na konferencji Ubisoftu, Cameron powiedział, że nie chce aby cokolwiek związanego z "Avatarem" było do bani, i tyczy się to również gry wideo. Technikalia za nią stojące nie były wprawdzie złe z efektami 3D na czele, ale niestety już sama rozgrywka mocno "ssała". Cóż, tutaj reżyserowi nie udało się popisać w propagowaniu trzeciego wymiaru.

Zarówno "Avatar", hity Playstation 3 czy kosmicznie drogie zestawy sprzętu od nVidii pokazują, że gry 3D mogą być imponujące, ale kłopotliwe. Na tym swój sukces chce oprzeć Nintendo, które pokazuje że czasami mniej znaczy więcej i pozbywa się potrzeby zakładania okularów do doświadczania obrazu 3D. Autostereoskopia to nowy sposób patrzenia na gry, a debiutująca obecnie na świecie konsola Nintendo 3DS obiecuje nam to zapewnić. Jak to działa? Cóż, nie powiem, nie wiem, nieważne. Ważne jest, że działa. Japończycy już od kilkunastu dni cieszą oczy nową zabawką, reszta świata dostanie ją w przeciągu kilku tygodni, w zależności od kraju.


Nintendo 3DS

Jak growe 3D ma się do filmowego? Czy gry są właściwym medium, gdzie można tą technologię wykorzystać? Przy kwestii gier budzi się we mnie optymista. Pod warunkiem przemyślanego zaimplementowania, 3D może mieć wpływ nie tylko na to jak gry obserwujemy, ale jak nimi operujemy. Tak więc ma szanse odnosić się do podstawowego atrybutu gier oddzielającego go od filmów - interaktywności.

Wyobraźmy sobie sytuację w grze, gdzie aby dostać się do kolejnej lokacji musimy otworzyć drzwi zabezpieczone zamkiem z elektronicznym szyfrem. Nasz postęp w grze zależy od rozgryzienia dwunastoklawiszowego pin pada. Sytuacja może kojarzyć się z grą "Splinter Cell". Tam należało przełączyć się na termowizję by dostrzec, na których klawiszach pozostał ciepły ślad. Rozgryzienie kolejności wstukania to już dalej bułka z masłem. Nieistotne na ile było to realistyczne. Aplikując do podobnego mechanizmu efekty 3D, można by za ich pomocą wyróżnić interesujące nas klawisze, czego zobaczenie umożliwiałaby stereoskopia. No i proszę, mamy prosty przykład jak możliwe jest wykorzystanie trójwymiarowości do komunikacji między grą, a graczem.

3D nie musi się odnosić tylko do wyraźnego "wyłażenia" elementów z ekranu. Istotne jest ogólne poczucie głębi. Gracz w zupełnie inny sposób może oceniać odległości w przestrzeni gry. Może zwiększyć to precyzję np. oddawania strzałów na bramkę, czy podań w grach sportowych takich jak "Pro Evolution Soccer", będącym jednym z tytułów dostępnych na premierę konsoli 3DS. Pomyślmy jak rozszerzone odwzorowanie głębi wewnątrz ram ekranu może zmienić sposób grania w platformówki. Czy już zapowiedziane nowe "Super Mario" będzie równie wielkim krokiem dla gatunku co "Super Mario 64" półtorej dekady temu? Od poruszania się w prawo, poprzez swobodę w trzech płaszczyznach, aż do wychodzenia poza kadr?

Snake Eater

Częściowo odpowiedzi poznany za dwa tygodnie. Jaki użytek z 3D zrobią później najbardziej kreatywne głowy w branży możemy tylko zgadywać. Z czasem, kiedy technologia nie będzie onieśmielać, mogą pojawić się prawdziwe perełki trzech wymiarów. Bardzo obiecująco zapowiada się gra "Metal Gear Solid: Snake Eater 3D", remake trzeciej części serii. Do tej pory prezentowany jedynie w postaci niegrywalnego technologicznego demo, już zdążył zrobić sporo zamieszania wokół Nintendo 3DS. W tej materii mogę powiedzieć - jestem ostrożny, ale jednocześnie podekscytowany potencjałem. Następny ruch należy do developerów.

Od początku lat 50-tych 3D stale co jakiś czas pojawiało się i znikało z kina. Biorąc pod uwagę rosnącą liczbę aktualnie produkowanych filmów, chyba możemy mówić o swoistym renesansie tej techniki. Obecny rok jest najszczodrzejszy od 1953, w liczbie premier trójwymiarowych obrazów. Z kolejnymi "Avatarami" w perspektywie czterech lat i "Gwiezdnymi wojnami" sięgającymi 2017 roku wszystko wskazuje na to, że tym razem 3D ma zamiar zostać na dłużej. Na końcu wszystko i tak podyktuje zainteresowanie widzów. Czy pozwolimy wciąż dać się naciągać na droższe bilety? Po drobnym romansie z tą techniką ja mówię temu nie, obiecując sobie bezwzględnie omijać szerokim łukiem kinowe seanse w 3D... z wyjątkami potwierdzającymi regułę, zwanymi filmami Camerona. ;)

wtorek, 8 marca 2011

Nowe baterie Terminatora


Jeśli tęsknicie za Arnoldem Wspaniałym mam dla Was dobre wieści, wiele wskazuje na to, że żywa legenda kina akcji, Schwarzenegger szykuje swój come back. Czym mógłby się zająć w erze gdy dinozaury budzą się ze snu by uratować coraz bardziej „fantastyczne” filmy akcji? Zastanówmy się.

Jak podaje portal firstshowing.net, aktor zastanawia się nad powrotem na ekrany kin i wygląda na to, że nie będzie miał z tym wielkiego problemu. O jego względy walczy już co najmniej 15 projektów, a wśród nich znajdują się remake`i znanych historii,  w których aktor brał udział w latach swojej świetności (Predator, Uciekinier, oraz oczywiście nieśmiertelna seria Terminator upominają się o swojego bohatera). Są też całkiem nowe projekty. Schwarzenegger na swoim seminarium zapowiedział iż rozważa też bohatera komiksowego nie wyjaśnił jednak czy oznacza to wcielenie się w postać z już wykreowanych uniwersów czy coś zupełnie nowego. Tego dowiemy się zapewne w okolicach końca marca lub na początku kwietnia (oby nie pierwszego kwietnia ;))

Mam mieszane uczucia co do powrotu tej ikony kina lat 80. Ubiegłego wieku. Z jednej strony wymuszona reanimacja legendy (zupełnie jak w przypadku Indiany Jonesa) pozostawia pewien niesmak i rodzi obawy czy wizerunek Arniego na tym nie straci z drugiej zaś, byłoby to niesamowite wrażenie zobaczyć jednego z ulubionych aktorów znów na ekranie. Obecnie nie widzę nikogo, kto byłby w stanie z nim konkurować w mac-produktach kina akcji. Jak myślicie? Życie zaczyna się po 60?

piątek, 4 marca 2011

Marcin Piotrowski: Walka w półdystansie

Recenzja filmu Fighter.

Walka nie toczy się tylko na ringu i nie tylko w rękawicach, to nie zawsze czyste starcie z zachowaniem reguł. Tu nie ma rund i prawie nigdy nie można rzucić ręcznika. Brakuje lin, o które można się oprzeć, z drugiej strony nie ma też wielkich możliwości ucieczki. To życie na krawędzi z perspektywy Micky`ego Warda, jednego z podrzędnych amerykańskich bokserów pokazane niczym starcie w półdystansie.

Dla filmu Davida Owena Russela ten dystans wydaje się świetnym sposobem na pokazanie niemalże klasycznej historii z cyklu "od zera do bohatera". Historii usadowionej w zapomnianym przez radość i wszystko inne, przemysłowym miasteczku Lowell, gdzie niemłody już bokser Micky zamiata ulice żyjąc w cieniu swojego sławnego niegdyś brata i pod protekcjonalnym okiem matki-menadżerki (skądinąd kiepskiej). Nieco osowiały pięściarz tkwi w zaczarowanym świecie bezsilności i beznadziejnej wiary we własną rodzinę, tak mocno zakorzenionej w świadomości, że uniemożliwiającej jakikolwiek ratunek. Miky potrzebuje silnego kopa, by wybić się z dziejowej nędzy i, jak w każdej takiej historii nadchodzi ktoś, kto wiele zmieni w sposobie postrzegania świata bohatera.

Właściwie poruszając temat Wadra, nie można pisać tylko o nim samym, ale o wszystkim co go otacza, bowiem to co wyróżnia obraz Russella z pola innych, podobnych opowieści, to właśnie tło w którym historia się rozpoczyna. Ów półdystans społeczny, z którego nie tylko Micky próbuje się wyrwać, to dramatyczna walka podupadłej klasy średniej o to by jeszcze wypłynąć na wierzch; to pragnienie nieco zobojętniałej barmanki, by znaleźć faceta i wydostać się z Lowell; to dążenie do trenerskiego spełnienia jednego z miejscowych policjantów i smutna celebracja przeszłości przez byłego pięściarza Dickyego, oraz próba poukładania życiowych puzzli na swoim miejscu i opowieść o tym czym jest i czym nie powinna być rodzina. Co wcisnął z takiej historii Russell? Całkiem sporo. Fighter jest nieźle poprowadzony, dwa główne wątki braci, czyli próba zdobycia bokserskich tytułów przez Mikyego i walka Dickyego z narkotykowym uzależnieniem przeplatają się z mniejszymi historiami, które doskonale je uzupełniają.

Świetne kreacje głównych bohaterów dominuje postać grana przez Bale`a. Christian po prostu wymiata w roli niezbyt bystrego cwaniaczka, który nieźle zapowiadającą się karierę bokserską zamienił na gorzki świat cracku i złudnych marzeń o powrocie na ring. Tak charakterystyczne dla tego aktora, całkowite oddanie roli doskonale sprawdza się i dlatego tym razem na ekranie dostaniemy wychudłego szpenia o świecących oczach, rozczochranej fryzurze i w dresie. Na szczęście nie jest to teatr jednego aktora. Zawodzi natomiast Mark "Dajcie Mi Spokój" Wahlberg, który wygląda jakby wcale nie musiał grać. Można by powiedzieć, że to świetnie, każdy przecież powinien trafić na rolę swojego życia jednak problemem tego chłopaka jest zbytnie podobieństwo do Nicholasa Cage`a - inny film, ta sama twarz. Tak więc Mark bez szczególnych popisów prowadzi nas przez swoją historię, zmęczonego tym co się wokół dzieje (a na szczęście dzieje się dużo), boksera, lubiącego starcia w półdystansie. Szczególnie potraktowano tutaj motyw rodziny Wardów, która bez znieczulenia wykorzystuje twarz Mickyego by zarobić na utrzymanie i jednocześnie nie bez sprzeciwu bierze udział w próbie zmian istniejącego status quo.



Trzeba przyznać, że nie jest to właściwie film o boksie (chociaż sport ten jest jego nieodłącznym elementem) ale o walce w ogóle. Ten szeroki horyzont Russela to dzieło sporego kalibru (i miejmy nadzieję duży krok naprzód w karierze Marka Wahlberga), które za pierwszym podejściem może przejść niezauważone. Zobaczymy tutaj kilku ambitnych ludzi i jednego cwaniaka, który potrafi nieźle namieszać. Dla tych kreacji ucieleśniających różnorodne pragnienia warto ten film zobaczyć, a bokserskie wstawki potraktować jako dodatek do dania głównego. Zdecydowanie polecam.

Fighter, reż. David O. Russel, 2010.

środa, 2 marca 2011

Niechciane "Oscary"


W opozycji do prestiżowych Oscarów, świat filmowy ustanowił tę… mniej pożądaną nagrodę, której aktorzy wystrzegają się jak ognia, omijają szerokim łukiem lub którą z całego serca ignorują. O tych, którzy zdecydowali się je odebrać z uśmiechem na ustach trzeba powiedzieć, że muszą mieć do siebie dystans. O czym mowa? Oczywiście o Złotych Malinach.

Członkowie Fundacji Złotej Maliny przyjrzeli się największym gniotom ubiegłego roku i wytypowali zwycięzców tej niechlubnej nagrody. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się tradycyjnie podczas przedoscarowej nocy, 26 lutego.

Najgorszym filmem 2010 roku okazał się Ostatni władca wiatru, Shyamalan`a, niektórzy twierdzą że może to mieć związek z tytułem filmu nawiązującym do problemów gastrycznych. Faktycznie za zrobienie z topowej animacji telewizyjnej jednego z najbardziej dziwnych i „skaczących” filmów. Nagrodę dla najgorszego aktora zdobył Ashton Kutcher za Pan i pani killer oraz Walentynki. Najgorsze aktorki są aż cztery (4), tak, tak. Doceniono całą paczkę „dziewczyn” z Seksu w wielkim mieście 2.

Wyniki we wszystkich kategoriach prezentują się następująco:

Najgorszy film 2010:
Ostatni władca wiatru - M. Night Shyamalan.

Najgorszy aktor 2010:
Ashton Kutcher – za Walentynki oraz Pan i pani killer.

Najgorsza Aktorka 2010:
Sarah Jessica Parker, Kim Cattrall, Kristin Davis, Cynthia Nixon – za Seks w wielkim mieście 2.

Najgorszy aktor drugoplanowy 2010:
Jackson Rathbone – za Ostatniego władcę wiatru i Zaćmienie (Saga Zmierzchu).

Najgorsza aktorka drugoplanowa 2010:
Jessica Alba – za Morderca we mnie, Poznaj naszą rodzinkę, Walentynki.

Najbardziej (oczojebne) bezwartościowe zastosowanie 3D w 2010:
Ostatni władca wiatru.

Najgorszy duet/najgorsza obsada 2010:
Cała obsada Seksu w wielkim mieście 2 (nie szczypali się – M.)

Najgorszy reżyser 2010:
M. Night Shyamalan.

Najgorszy scenariusz 2010:
Ostatni władca wiatru - M. Night Shyamalan.

Najgorszy prequel, remake, sequel 2010:
Seks w wielkim mieście 2.

Jak widać, wśród nagród nie ma różnorodności, chociaż warto odwiedzić stronę główną Złotych Malin pod tym adresem, by dowiedzieć się kto był nominowany.

Złote Maliny przyznawane są od 1980 roku jako kontra dla „kółka wzajemnej adoracji” z Hollywood.  Twórcą tej nagrody jest John Wilson.