wtorek, 26 kwietnia 2011

Marcin Piotrowski: Amerykański kłopot

Recenzja filmu Amerykanin, 2010, reż. Anton Corbijn.

Szczerze, to próbuję przypomnieć sobie obrazy, do których mógłbym się odnieść pisząc o Amerykaninie, ale nie szczególnie przychodzi mi coś do głowy. Może poza Leonem zawodowcem, który jest jakby flagową marką filmów o płatnym zabójcy i może jeszcze Szakalem. Problem z filmem Antona Corbijna jest taki, że w przeciwieństwie do wspomnianego dzieła z Jeanem Reno w roli głównej i tego z Brucem Willisem, Amerykanin wypada bardzo blado, a jako obraz sam w sobie po prostu mnie obraża.

Pomimo tego staram się ustosunkować do pochwał, które usłyszałem wobec niego w ostatnich dniach, zamiast od razu skreślić ten film. Dotyczyły one przede wszystkim spokojnego wykonania tego obrazu, jego logicznej konstrukcji oraz spójnej fabuły. Nie zgadzam się z żadną z tych zalet, ale jestem w stanie polecić ten film każdemu, kto pragnie zobaczyć „miękkie” kino akcji. Czyli historię płatnego zabójcy, który nie koniecznie biega wymachując na lewo i prawo bronią.

Nie, to nie jest mikrofon.

Więc właściwie czym zajmuje się Clooney (odtwórca głównej roli)? Więc właściwie nie jest to do końca wyjaśnione. Założenie jest takie, że grany przez niego Amerykanin jest płatnym zabójcą, który od czasu do czasu dorabia wykonując na zlecenie elementy broni. W praktyce nie jest to wyjaśnione bo niby zabija ludzi, ale cytując jedną z filmowych postaci „ma dłonie rzemieślnika”. Tak więc nasz jankes zaszywa się w jednej z włoskich wiosek i spokojnie realizuje zamówienie złożone przez tajemniczą nieznajomą (w czym przypomina bardziej rusznikarza).

Ksiądz zna się na ludziach, Jack.

Płycizna fabularna wprost wyziewa z ekranu. W skrócie mogę ten film skreślić w kilku słowach – zabójstwo, cycki, dupy, Szwedzi, Włochy, majstrowanie, nadmuchane rozmowy z księdzem, naciągana tajemnica, rozwiązanie akcji. I koniec. Dorzucili tam jakiś dramat i film się sprzedaje. Od samego początku fabuła prowadzona jest w skąpych słowach. Aktorzy wymieniają w sumie tylko kilka zdań i pojawiają się w kilku miejscach. Wygląda to bardziej na film kręcony bez pomysłu, na luzaka. Przykady? Ot choćby absurdalna rozmowa w kawiarni, gdy Amerykanin spotyka swoją klientkę. Rozmowa jest tak absurdalnie oszczędna, że nie byłem pewien czy oni sami wiedzą o czym rozmawiają. Bohater gdzieś się kręci, z kimś rozmawia ale nie ma to większego znaczenia. Dla przykładu, postać księdza została umieszczona w filmie chyba tylko po to, by obydwaj panowie mogli wymienić wytarte frazesy o moralności. Rozumiem potrzebę spowiedzi, rozumiem kwestie moralne, ale dlaczego muszę je oglądać wkładane szuflą w ryj? Wszystko sprowadza się do tego, że na szczęście ksiądz ma znajomego, który pchnie fabułę dalej. Powalające.


Bez zagłębiania się w durne szczegóły, którymi ten film jest napchany (wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego wykonując tłumik trzeba uderzać młotkiem w metal właśnie wtedy, kiedy biją dzwony, chyba nie dla dyskrecji, skoro później wierci się wiertarką?!) najbardziej interesujący jest związek Jacka z jedną z prostytutek, która pragnie (a jakże) wyjechać do lepszego świata. Dopiero dramat z którym mamy do czynienia na końcu nieznacznie animuje dla mnie ten drętwy kawał mięcha, który Corbijn zaserwował. No i genialna scena w kawiarni, gdy Clara pragnie umówić się z Amerykaninem poza ich stałym miejscem spotkań. Tylko tyle. Reszta to nędza i miernota.

Wspomniane przeze mnie filmy, szczególnie zaś Szakal, pewnie też nie grzeszyły skomplikowanym scenariuszem a jednak o wiele lepiej trzymały w napięciu. Nie mogłem powstrzymać śmiechu w scenie, w której Amerykanin wraz ze swoją klientką sprawdzali wykonany na zamówienie sprzęt. Analogia do podobnej sceny z Szakala nasuwa się sama. I chyba tak samo powinna się skończyć. Szkoda.

Absurdy w filmie można by wymieniać i wymieniać, ale nie widzę takiej potrzeby. Myślę, że każdy może zobaczyć ten film i ocenić samemu tym bardziej, że jak wspomniałem na początku, poleciłbym go każdemu, kto lubi "miękkie" kino akcji, szczególnie zaś paniom.

Film jest źle zmontowany, fabuła nie trzyma się kupy (co dziwne, bo jest to adaptacja książki), bohaterowie wciśnięci na siłę a dialogi rażą prostotą zaś Clooney, Clooney wygląda jakby ktoś nakręcił go na wakacjach. Z tego wszystkiego podobały mi się jedynie wielkie oczy Violante Placido.

Były T-1000 w Red Faction: Origins

O tym, że rzeczywistości gier wideo i filmu przenikają się wzajemnie wiadomo nie od dziś. Dlatego nie dziwi telewizyjny film sci-fi, powstały na podstawie fabuły gry komputerowej Red Faction. Produkcją filmu zajęło się studio Universal Cable Productions a całość koordynuje THQ czyli producent wspomnianej gry. Film będzie dystrybuowany poprzez telewizję SyFy.

Z grubsza rzecz ujmując, historia ma miejsce na Marsie, gdzie przed dwudziestu laty doszło do rebelii górników wydobywających spod powierzchni planety cenne minerały. Bohater, Jake Mason, syn niedawnego bohatera Czerwonej Frakcji (tłumaczenie dowolne) wierzy, że jego porwana przed laty siostra nadal żyje gdzieś na terenie Marsa. Przyjdzie mu odeprzeć nie tylko kolejny zamach na niedawno odzyskaną wolność, ale również zmierzyć się z problemem rodzinnego pojednania. Fabuła jest prosta, pierwsze zdjęcia przypominają nieco stareńką Pamięć absolutną.

W rolach głównych wystąpią między innymi Robert Patrick i Brian J. Smith.

Drobna kobieta z wielkim gnatem budzi we mnie złe przeczucia co do jakości.

sobota, 16 kwietnia 2011

Abduction czyli Bourne Junior w akcji

Niedawno w sieci zadebiutował zwiastun nowego filmu z udziałem Taylora Lautnera (młodej gwiazdy serii Zmierzch), wprowadzający nas w historię chłopaka, który prawdopodobnie nie jest tym, za kogo się uważał.

Nathan, nastolatek jakich wielu żyje spokojnie u boku swojej rodziny, chodzi do szkoły, spotyka się ze znajomymi, uprawia zapasy, coś jednak sprawia, że czuje się w tym świecie niekomfortowo. Pewnego dnia, na internetowej stronie ze zdjęciami uprowadzonych dzieci, odkrywa swoje zdjęcie z młodości a cały jego dotychczasowy świat przewraca się do góry nogami. Dzieciak będzie chciał dowiedzieć się kim jest.

Abduction przypomina nieco serię filmów o Jasonie Bourn`nie. Stoi przed nami chłopak, którego prawdziwa tożsamość wciąż czeka na odkrycie; bohater musi zmierzyć się z tajemniczą (na razie) organizacją, która za wszelką cenę próbuje go wyeliminować; pościgi, strzelaniny, walka o życie, wątek miłosny a wszystko bardzo szybko i bardzo intensywnie. Będzie się działo w okolicach 23 września 2011.

Zwiastun poniżej:

piątek, 15 kwietnia 2011

Marcin Piotrowski: Dlaczego Krzyk 4 to dobry film

...pomimo przyjętej przez Cravena, a przez niektórych bardzo nielubianej, konwencji horroru okraszonego dozą czarnego humoru? Głównie dlatego, że zdaje egzamin z rozrywki na medal. W kinie zapadłem się w fotel, podskakiwałem i śmiałem się. Czy można śmiać się gdy na ekranie giną ludzie? Craven sprawia, że staje się to możliwe.

Oczywiście pod warunkiem, że przyjmiemy przedstawiany nam świat za fikcję. Ułudę stworzoną dla przedstawienia historii, mocno wystylizowaną zresztą. Więc co dostaliśmy w najnowszej odsłonie horroru? Emocje i strach we właściwych proporcjach. Zaczyna się od filmu w filmie, powraca seria Stab, którą bohaterowie Krzyku uwielbiają oglądać. Powraca też Sidney a wraz z nią zamaskowany morderca, który lubi zadawać trudne pytania z zakresu filmów grozy. Minęło 10 lat od spotkania Prescott z psychopatą. Niby wiadomo o co chodzi, niby wiadomo, że zaraz coś się stanie, ale Wes potrafi uśpić czujność na tę małą chwilkę by jeszcze raz nas zaskoczyć.


Film sprawia wrażenie kolejnego obrazka o kretyńskich amerykańskich nastolatkach, chłopakach-pierdołach i dziewczynach-modelkach, do czasu w którym zorientujemy się, że twórca obrazu doskonale bawi się konwencją analizując jednocześnie potrzeby młodego pokolenia, oraz trend nasilającego się ubożenia umysłowego nastolatków i uzależnienia od telefonów czy internetu. Technologia staje w służbie terroru, wszechobecne komórki i łatwość porozumiewania się oznaczają dla mordercy milowy krok w dziedzinie zbrodni. Dzięki nowinkom technicznym możne stać się sławny, pokazać swoje "osiągnięcia" w sieci, mieć ofiary w zasięgu ręki. To daje do myślenia, nawet pomimo, jak stwierdził jeden z widzów, łopatologicznej wykładni.


Nie da się ukryć, że film staje się przewidywalny, ale reżyser ma dla nas kilka skutecznych trików i zwrotów fabularnych, które cieszą oko i przyprawią o zimny pot. Kontrowersyjna wydaje się wspomniana przeze mnie forma serii, czyli okraszenie makabrycznej zbrodni (na ekranie widać flaki) porcją dowcipu sytuacyjnego. Na szczęście twórca zna umiar i jego humor jest bardzo, bardzo dobrze wpleciony w krwawe sceny. Można się śmiać, ale zapewniam, że nie zabraknie poruszenia, gdy nóż dosięgnie kolejną ofiarę. I wydaje mi się, że to jest najciekawszą stroną nowego Krzyku. W przypadku śmierci niektórych bohaterów, serce aż huczy z bezsilności i to są prawdziwe emocje, które ten film budzi i które stają się jego siłą napędową. Zupełnie jak w świetnej scenie quizu, gdzie jedna z bohaterek desperacko wymienia pokaźną ilość horrorów by tylko trafić we właściwą odpowiedź na zadane pytanie. Idealnie.


Na ekranie nie ma chaosu chociaż aktorzy popełniają standardowe błędy podobnych produkcji - och nie, nie idź tam! No po co ona tam poszła?! To wszystko działa jednak na korzyć bo chociaż Krzyk jest przewidywalny to zapewniam, że nadrabia drobiazgami.

Nie zaskakuje oprawa wizualna i muzyczna, wszystko jest tak jak powinno być. Cukierkowo aż się rzygać chce i tak miało być. Żywe kolory, dziewczyny wyglądające jak z okładek czasopism, wszyscy skrajnie idealni albo skrajnie niedorobieni. Totalnie fajnie, bo z premedytacją. Szczerze polecam.

środa, 13 kwietnia 2011

Wes Craven w dobrej formie.

Dla tych, którzy lubią się bać, podskakiwać na "niespodziewajkach", które wielokrotnie już widzieliśmy i które niby nie robią na nas wrażania, dla tych właśnie widzów Wes Craven powraca ze swoim Krzykiem 4.

Jak na film nakręcony w pośpiechu (zdjęcia trwały 4 miesiące ubiegłego roku) mamy przed sobą całkiem sprawnie zrealizowane widowisko grozy powracające w nowym wykonaniu, pijące ku ludziom ery internetu. Trochę moralizatorsko, na szczęście również z wysmakowanym humorem (czy to słowo może pasować do filmu grozy?), Craven daje nam do zrozumienia w jakim świecie żyjemy. Przy okazji przyjdzie nam zobaczyć sporo krwi, a na miejscach kolejnych zbrodni najeść się wiele strachu.

To powrót Cravena do serii Krzyk i wszystkie znaki wskazują na to, że mistrz horroru, twórca nieśmiertelnego Freddy`ego jest w nastroju by skopać nam tyłki. Oczywiście pozytywnie.


Seria debiutowała w 1996 za sprawą tegoż samego człowieka. Wtedy po raz pierwszy na ekranach kin pojawił się morderca w fantazyjnie zdeformowanej masce, lubujący się w quizach z zakresu horrorów. Pierwszy Krzyk należy obecnie do kultowych obrazów gatunku. Motyw zamaskowanego zabójcy był parodiowany między innymi w Strasznym Filmie.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Możliwa kontynuacja Łowcy androidów

Trwają spekulacje odnośnie ewentualnej drugiej części kultowego w pewnych kręgach thrillera science-fiction, Łowca androidów, którego pierwotną wersję wyreżyserował w 1982 roku Ridley Scott. Prawa do marki wykupiło niedawno studio Alcon Entertainment, odpowiedzialne do tej pory za realizację znanych ale niezbyt ambitnych projektów. Wyjątkami były jedynie Księga ocalenia z 2010 roku oraz Wielki Mike z 2009 roku.

Najbardziej prawdopodobnym reżyserem kontynuacji wydaje się naturalnie Scott, który aktualnie zajmuje się prequelem Obcego. Jak podaje serwis Filmweb.pl, reżyser pierwowzoru wydaje się być zadowolony z pomysłu.

Odmienne zdanie ma w tej sprawie Rutger Hauer, występujący w filmie z 1982 r. Sądzi on, że jedyną osobą zdolną dziś udźwignąć wymagania widowni wobec kontynuacji, jest Christopher Nolan (Incepcja). Biorąc pod uwagę fakt, że Scott przygotowuje się również do kręcenia filmu o Gertrudzie Bell, szanse Nolana wzrastają.

Zapewne niedługo, studio odpowiedzialne za produkcję ujawni swoje plany co do marki Blade Runner.