sobota, 28 maja 2011

Coco Mademoiselle na filmowo

Kolejna reklama wyreżyserowana przez Joe Wrighta (Pokuta) dla marki Chanel. Współpraca ze znanymi filmowcami nie jest dla Chanel czymś nowym. Nie sposób zapomnieć choćby znakomicie bajkową krótkometrażówkę Baza Lurhmanna, która zrobiła z Nicole Kidman najlepiej opłacaną aktorkę w odniesieniu do czasu ekranowego - $12 mln za 3 minuty filmu.

Wracając do poniższej reklamy, Wright ponownie współpracuje z Keirą Knightley, obecną twarzą Coco Mademoiselle. Cudownej Angielce towarzyszy argentyński przystojniak Alberto Ammann, a w tle It's a Man's Man's Man's World w interpretacji Joss Stone. Bardzo ładnie wykonana rzecz, przy której można zadać pytanie gdzie jest granica między telewizyjną reklamą sprzedającą konkretny produkt, a aspirującym do miana sztuki dziełem filmowym.

wtorek, 24 maja 2011

Zwiastun Modern Warfare 3

Ociekający miodem zwiastun Modern Warfare 3 już można znaleźć w sieci. Wybuchy, strzelaniny i międzynarodowa intryga oraz typowy dla ostatnich odsłon serii Call of Duty, filmowy charakter rozgrywki znów znajdą dla siebie miejsce. Ciepło, przytulnie i znajomo.

I właśnie z tego powodu mam pewne obawy. Ciepło, przytulnie i znajomo. Oglądając ten zwiastun miałem wrażenie, że już gdzieś to wszystko widziałem. Czekaj, czekaj, aha, Infinity Ward i znajomy engine, który znacząco się nie zmienił od czasu MW2. Co prawda Robert Bowling, Community Manager w IW twierdzi, że silnik graficzny nowej odsłony MW doczekał się wielu usprawnień ale jednak nie da się nie zauważyć, a przynajmniej ja zauważam, że wyziera z niego starość.

Nie ma się co zastanawiać i dobrze stwierdził mój znajomy, że  Battlefield 3 zniszczy nową producję Activision pod względem graficznym. Osobiście jednak obstawiam, że będziemy świadkami ostrego pojedynku pod względem atrakcyjności rozgrywki, obu marek. W tym zakresie pomysły się raczej nie starzeją.

Źle Activision nie życzę, ale myślę, że przydałby się im porządny prztyczek w nos. Ostatecznie przecież, będę głosował własnym portfelem a producenci mają jeszcze trochę czasu na stosowną kampanię.

poniedziałek, 16 maja 2011

Zmysłowa Królewna

Pierwszym filmem pokazywanym w konkursie na trwającym 64. Festiwalu Filmowym w Cannes był australijski dramat "Sleeping Beauty". Debiut reżyserski Julii Leigh stanął w szranki z tytanami światowego kina jak Almodovar, von Trier czy Malick. Poniższy zwiastun zapowiada interesujące, intymne dzieło filmowe. W roli głównej nabierająca ostatnio dużego rozpędu Emily Browning.

niedziela, 15 maja 2011

Kamil Bazydło: Wassup bitches! Finałowe starcie z Locustami.

Beta test Gears of War 3 Multiplayer, 2011, Microsoft Game Studios (Xbox 360)


Na konkluzję trylogii "Gears of War" fani Xboxa będą musieli poczekać aż do września. Już teraz jednak Epic Games dało możliwość wypróbowania swojego najnowszego dzieła, za sprawą wersji beta trybu sieciowego gry. Zabawa z betą została podzielona na cztery tygodnie. Dostęp do pierwszego z nich, między 18-25 kwietnia mieli tylko posiadacze limitowanej edycji gry "Bulletstorm". Począwszy od tygodnia drugiego, aż do zakończenia bety 15 maja, mogli brać w niej udział również gracze, którzy w jednym z uczestniczących w akcji sklepów, złożyli zamówienia przedpremierowe na same "Gears of War 3" (edycja limitowana, lub epicka).

Pierwsza styczność z trzecimi "Gearsami" przywołuje miłe wspomnienia sprzed kilku lat. Każdy gracz "dwójki" od razu poczuje się tutaj jak w domu. Sterowanie jest niemal identyczne jak w poprzedniej części, z kilkoma modyfikacjami. Curb stomp (zmiażdżenie stopą głowy przeciwnika) został przypisany do przycisku Y, który służy także do wykonywania wszystkich innych egzekucji. Teraz trzeba go przytrzymać przez około sekundę. Podnoszenie broni i amunicji wymaga przytrzymania klawisza X. Takie rozwiązanie na pewno sprzyja kontroli nad podejmowanymi akcjami. Eliminuje to przypadkowe podnoszenie broni, której nie chcemy, zamiast np. odratowania wykrwawiającego się sprzymierzeńca (ten sam przycisk). Przy okazji, po padnięciu na kolana, gracz ma teraz szansę sam się podnieść, wielokrotnie wciskając A.


Audiowizualnie gra prezentuje się tak jak można było się tego spodziewać. Poziom grafiki zbliżony jest do "Gears 2" ale już na pierwszy rzut oka bez problemu można dostrzec bardziej zaawansowane oświetlenie, oraz lepsze efekty cząsteczkowe. Tekstury są ostre, a modele postaci odpowiednio przesadnie napakowane, jak na mega-żołnierzy i hordę Locust przystało. Każda ze znanych postaci została stosownie przeprojektowana. Noszą zupełnie nowe zbroje i fryzury. Tylko nieśmiertelna bandana Marcusa Fenixa wciąż pozostaje nietnięta. Zarówno po stronie COG jak i Locust debiutują nowe postacie, w tym Anya Stroud, po raz pierwszy w serii, w końcu w sercu akcji. Jakiejkolwiek animacji twarzy nie udało mi się zaobserwować. Być może w multi po prostu nie występuje, lub nie została jeszcze zaimplementowana w tej wersji gry. "GoW 3" zyskało nowy klimat dzięki jeszcze bardziej rozszerzonej palecie barw. Od niemal monochromatycznej części pierwszej, poprzez "zniszczone piękno" w sequelu, grafikom z Epic dopiero teraz pozwolono na poważne pobawienie się kolorystyką. Mapa Old Town wygląda jak sielankowe, spokojne, nadmorskie miasteczko. Naturalnie pierwsze rozbryzgi krwi przypominają nam w co gramy. W sferze audio usłyszymy mieszankę świetnie znanych soczystych dźwięków, z nowymi odgłosami charakterystycznymi dla danej mapy, broni czy postaci. Oczywiście Cole ponownie sypie bezbłędnymi "jednolinówkami", które uczyniły z niego jedną z najbardziej lubianych postaci w serii. Niezaskakująco, muzyka pojawia się tylko przy rozpoczęciu i zakończeniu każdego meczu.

W drugim tygodniu bety, uczestnikom przyszło zagrać w dwa tryby na czterech mapach. Do dostępnego od pierwszego tygodnia Team Deathmatch, dodany został bardzo popularny tryb King of the Hill. O ile TDM raczej nie wymaga wyjaśnienia, to mimo wszystko trzeba zaznaczyć, że wprowadzono nowy system punktowania. Nadaje on powiewu świeżości, w tym najbardziej podstawowym trybie opierającym się na drużynach. Teraz zamiast dążyć do osiągnięcia wyznaczonego wyniku punktowego, każda z pięcioosobowych drużyn staruje z limitem 15 żyć. Każda śmierć któregokolwiek gracza odbiera jedno życie z puli drużyny. Drużyna pozostawiona z zupełnie wykorzystanym limitem żyć, traci zdolność respawnowania (odradzania się). W ostatnich minutach rundy walka staje się bardziej zacięta i przemyślana.

KOTH natomiast to tryb kontrolowania wyznaczonego terenu. Zmieniające  się według sekwencji miejsca na mapie trzeba przejąć i utrzymać jak najdłużej. Jedna sekunda to jeden zdobyty punkt. Pierwsza drużyna, która dobije do 170 punktów wygrywa rundę.

Tydzień drugi zakończył się odblokowaniem trybu Capture The Leader, oraz małym żartem powtórzonym z Wielkanocy: wszyscy gracze mieli głowy królików. Capture The Leader łączy w sobie elementy dwóch trybów z poprzedniej części, Guardian i w szczególności Submission. W każdej z przeciwnych drużyn jeden gracz losowo jest wyznaczany liderem. Należy przechwycić wrogiego lidera, nie pozwalając jednocześnie na schwytanie przyjacielskiego, i utrzymać go przez pół minuty. Gracze będący liderami grają jako prezydent Prescott i enigmatyczna królowa Myrrah.

Na samą końcówkę dodano jeszcze Torque Bow Tag, drobna wariacja TDM, gdzie na mapach można było znaleźć tylko jeden rodzaj broni - dobrze znany Torque Bow.


Nowa gra to nowy arsenał broni. Poza kultowym już Lancerem, Longshotem, czy naudużywanym w pierwszej części gry Gnasherem, do każdej kategorii dodano kilka fajnych zabawek.

Sawed-off shotgun to dwulufowa strzelba o potężnej sile ognia. Ma duży rozrzut więc nie trzeba z niej specjalnie mierzyć, a jeden strzał zazwyczaj kończy żywot przeciwnika. Coś za coś. Coś takiego jak zasięg jest praktycznie nieistniejące, a po każdym strzale trzeba od razu przeładować. Jest to zdecydowanie narzędzie do atakowania z zaskoczenia. Dwururka wyłaniająca się zza rogu to przeważnie ostatni widok jaki się zobaczy przed śmiercią.

One Shot jest jedną z nowych broni ciężkich, których nie można przechowywać w kaburach na plecach. Jeden strzał, jeden trup. Najbliższe skojarzenie to Railgun z "Quake III". Dzięki laserowemu systemowi namierzania łatwo zobaczyć, na kogo zamierza się władający tą bronią gracz, i tym samym uniknąć strzału. Z drugiej strony, jej precyzja czasem pozwala na zdjęcie przeciwnika nawet nieznacznie wystającego zza osłony terenowej.

Do granatów dymnych, odłamkowych i trujących, zostały dodane zapalające. Sprawiają chyba największą frajdę używania. Bezpośrednie trafienie przeciwnika robi z niego grzankę. Wkroczenie w płomienie natomiast może również zabić, a przynajmniej powalić, co łatwo wtedy wykorzystać.

Digger Launcher to znakomity sposób na czyszczenie terenu, szczególnie w King of the Hill. Wystrzeliwuje pocisk, który bez względu na przeszkody przemieszcza się pod ziemią i wyskakując na powierzchnię eksploduje nad ziemią. Znakomity sposób na wprowadzenie odrobiny chaosu w ściśle kontrolowanym przez drużynę wroga miejscu. Jest bardzo potężny, ale również bardzo powolny.

No i na koniec, największy smaczek nowego arsenału czyli Retro Lancer. Jest to model poprzedzający dobrze wszystkim znany nowoczesny Lancer. Używany przez żołnierzy COG w okresie wojen Pendulum. Pojawia się urywkowo w intro do "Gears 2". Bardziej szczegółowo można było go zobaczyć także w artbooku z edycji kolekcjonerskiej tamtej gry. W przeciwieństwie do zwykłego Lancera, nie posiada piły mechanicznej, a w jej miejscu znajduje się śmiercionośny bagnet. Używanie go wymaga nabrania nieco wprawy. Potrzebne jest zrobienie rozbiegu i bezpośrednie nadzianie przeciwnika. Podobnie jak z piłą mechaniczną przyjemność z udanego ataku jest warta zachodu. Retro Lancer ogólnie zadaje nieco więcej obrażeń kosztem celności. To z której wersji karabinu będziemy korzystać jest już tylko osobistą preferencją.

Jak wspomniałem do dyspozycji graczy oddano cztery mapy. Checkout  to opustoszały supermarket; wspomniany Old Town wygląda na bardzo przyjemną mieścinkę, pełną zieleni; Trenches przedstawia dość ponury, wypełniony piachem i brudem suchy teren; Thrashball jest zrujnowanym przez katastrofę King Ravena stadionem Cougarów, drużyny której zawodnikiem niegdyś był "Cole Train". Wprowadzono pewne elementy dynamicznego zmieniania się map. Najlepszym przykładem jest Trenches, gdzie po pewnym czasie gry wszystko pokrywa się nieprzeniknioną chmurą pyłu, skutecznie ograniczającą widoczność do kilku metrów. Na zastosowanie czegoś takiego na pewno wpłynęło dobre przyjęcie pomysłów na żyjące mapki w "Gears 2" jak np. mroźne Avalanche czy Hail.



Beta zachęcała do gry całym mnóstwem zawartości do odblokowania. Niektóre z tych rzeczy przechodzą później do pełnej wersji jak postać Cole Traina czy złoty Retro Lancer. Jednocześnie daje to dobry podgląd na system awansowania w grze i zbierania różnorakich odznaczeń, a jest tego sporo. Wpisuje się to w prognozę Cliffa Bleszinski'ego, że "przyszłością shooterów jest rpg". Sam po niespełna 27 godzinach gry awansowałem na 16 poziom, choć nie było rzadkością spotkać graczy powyżej 40 poziomu. Przy okazji za zabicie przeciwnika znajdującego się 25 poziomów doświadczenia wyżej od siebie też dostaje się osobne odznaczenie, które z dumą kilkukrotnie zebrałem.

Podsumowując, beta prezentowała się nad wyraz dobrze. Drastycznie usprawniony matchmaking pozwolił na bardzo płynne cieszenie się rozgrywką, w odróżnieniu od nieskończonego przesiadywania w lobby "Gears of War 2". Biorąc pod uwagę jak gra jest doszlifowana już na cztery miesiące przed premierą, można być chyba spokojnym o mocny finał trylogii jednej z najlepszych współczesnych serii shooterów. Nie można także zapominać o pełnym nurtujących pytań głównym wątku fabularnym w kampanii, po raz pierwszy z możliwością aż czteroosobowej kooperacji, o czym na pewno zostanie coś więcej zdradzone na najbliższych targach E3 już na początku czerwca.

Nic tak nie nastraja na partyjkę Gearsów jak rapujący Cole Train ;)

środa, 11 maja 2011

Laska, Michała Sochy

Ten film ma już ponad rok, w międzyczasie zdążył objechać kawałek świata i dostać kilka zasłużonych nagród. Porywająca akcja, wirujący taniec, uwodzenie i scena aktu miłosnego oszałamia stylem i podkładem muzycznym. Ten przyjemny obraz to krótka ale bogata w treści opowieść o relacjach damsko-męskich, o tym jak są prowadzone i jakie bywają ich konsekwencje. To też łamanie pewnego rodzaju stereotypu o tym jakim to mężczyzna może być zdobywcą. Sam autor wypowiada się o filmie, że jest to ironia. Od siebie dodam, że wysmażona z bardzo dobrze dodanych składników.

Warto zobaczyć, tym bardziej, że od niedawna film dostępny jest w całości na serwisie Vimeo.

Oficjalna strona projektu: www.thechickfilm.com


CHICK from Mayki on Vimeo.

piątek, 6 maja 2011

Przegląd zwiastunów

Rok 2011 obfituje w premiery filmowo growe, dlatego przygotowałem prezentację kilku zwiastunów, na które być może warto rzucić okiem. Są filmy akcji, jest dramat, jest komedia. Zapraszam do oglądania.


Na pierwszy ogień może coś z klimatów gier. Niektórzy pamiętają może jeszcze ostatnie Call of Duty: Black Ops, które premierę miało pod koniec ubiegłego roku (w tej marce, gdy myślimy już o kolejnej wersji gra jest stara już tydzień po premierze ;)). Dla miłośników tego właśnie tytułu wyszedł dodatek (Escalation) zawierający w sobie kilka map a wśród nich rodzynek dla miłośników survival horrorów prosto od legendarnego Johna A. Romero. Wystarczy zerknąć na zwiastun, żeby przekonać się o tym, jak bardzo trzeba zagrać...



Znany wielu kinomanom, a miłośnikom fantasy z całą pewnością, Conan Barbarzyńca (w roli głównej Jason Mamoa, występujący nota bene w najnowszym serialu HBO - Gra o Tron) nadchodzi i jest wkurzony. Planując zemstę na mordercach swojego ojca przyjdzie mu uratować niejedną głowę oraz oczywiście piękną księżniczkę. Premiera zapowiedziana jest na 19 sierpnia.



Mark Waters ma dla nas ciekawą komedię z Jimem Carrey`em w roli głównej. Pan Popper jest wziętym biznesmenem, którego życie zmienia się zupełnie po tym jak przygarnął do siebie sześć uroczych pingwinów a ze swojego apartamentu uczynił lodowy raj. Nic dodać, nic ująć. Premiera Pana Poppera i jego pingwinów zaplanowana jest na 17 czerwca w Polsce... Ice, Ice Baby...



Kto lubi Hugh Jackmana zauważy, że jego filmografia składa się z bardzo różnorodnych produkcji. Najnowszą jest Real Steel w które najwyraźniej wcieli się w bokserskiego trenera. Nic w tym dziwnego, poza tym, że jego podopiecznym jest wielki robot przypominający Transformera. ;) Nigdy nie ma tak dobrze, jak wtedy, gdy ma się pod opieką robota za wiele milionów dolarów. Pachnie mieszanką filmów spod znaku autobotów i Iron Manem. Premiera



Hanna jest z jednej strony produkcją zapowiadającą się na ciekawą, z drugiej zaś trąci słabizną. Bo jak inaczej napisać o historii 16 letniej dziewczynki wychowywanej przez ojca na zabójczynię. Dziewczynki, którą tropi (i najwyraźniej nie może złapać) grupa wyszkolonych agentów z bezlitosną Cate Blanchett na czele? Obraz zapowiedziano na 10 czerwca w Polsce.



Jeden dzień, który wpłynął na życie dwojga ludzi pragnących pozostać tylko przyjaciółmi. Jeden dzień, który stał się początkiem wielkiej miłości obecnej w nich przez wiele lat, które pełne są słodkich i gorzkich doświadczeń. Wygląda jak prawdziwie romantyczna historia, tylko tym razem nieco większa, nieco dłuższa. Premiera przygód Dextera i Emmy ma się odbyć 8 lipca. Studio Focus znów zaprasza.

wtorek, 3 maja 2011

Marcin Piotrowski: Sprawnie odgrzana kieślowszczyzna

Recenzja filmu Mr. Nobody, reż. Jaco Van Dormael, 2009.

Dawno już nie oglądałem filmu, który tak bardzo poruszyłby moje zwoje mózgowe do myślenia jak Pan Nikt. Incepcja była tylko rozgrzewką przed tym co zobaczyłem u Van Dormaela, filmem o wielopłaszczyznowej, ale konsekwentnej konstrukcji. Nobody jest inny. Tutaj przyczyny i skutki są różne, rzeczywistość różnych wyborów, dokonywanych przez bohatera miesza się.


Przypadek, Kieślowskiego stał się początkiem pewnego zjawiska w kinie, które nazwano wprost kieślowszczyzną i odkąd pojawił się na ekranach, kino, jako sztuka powielająca, zaczerpnęło z niego garściami. Reżyser przeniósł nas, widzów w nowy wymiar opowiadania histori. Trochę taka postmodernistyczna wizja, w której możemy doświadczyć kilku wersji tej samej opowieści. Jaco Van Dormael czerpie z tego źródełka bez wstydu i robi to niezwykle umiejętnie doprowadzając wielowątkowość do granicy możliwość i przekraczając ją poprzez mieszanie planów.

Ostatni śmiertelnik na Ziemi, który próbuje opowiedzieć nam historię swojego życia, stwierdza stanowczo, że wszyscy jesteśmy jedynie imaginacją dziewięcioletniego chłopca, który próbuje dokonać niemożliwego wyboru. I o tym jest właściwie ten film. O sztuce wyboru. A trzy różne wersje życia przedstawione przez ponad stuletniego Nemo są wariacjami na temat tego, jak mogłoby wyglądać i jak wyglądało jego życie w zależności od dokonanych (pozornie błahych) wyborów.


Ten obraz jest trudny, tak jak temat, po którym przyszło nam się poruszać. Jego wielowątkowość dosłownie rozsadza głowę gdy postaramy się logicznie ułożyć wydarzenia podane przez stareńkiego Nemo. Zamiast tego proponuję zrozumieć ideę. Odpowiedź na pytanie dlaczego wybór jest zawsze tak trudny staje się oczywista – ponieważ nie możemy wrócić. A co by było, gdybyśmy mogli zobaczyć każdą wersję wydarzeń? Przeżyć wszystko, nie tracąc niczego? Okazałoby się, że być może nie istnieje coś takiego jak zły wybór, są tylko takie, które niosą ze sobą różne konsekwencje. I tak powstaje trzech bohaterów, z których jeden stawia w swoim życiu na przypadek, inny poświęca się całkowicie dla drugiej osoby a trzeci karmi się uczuciem dawno utraconej i wciąż wyczekiwanej miłości. Wszyscy trzej zamknięci w umyśle dziewięciolatka, próbującego poradzić sobie z dokonaniem niemożliwego wyboru, gdy rodzice rozchodząc się pytają – z kim chciałbyś żyć, Nemo?


Film jest też wizualnie olśniewający, porównałbym go do Grubej ryby, bardzo kolorowy, spokojny, gwałtowny, sfilmowany nowocześnie ale bez częstego cięcia. Jedne kadry płynnie przechodzą w drugie, dzięki czemu historia nabiera płynności i nie jest przesadnie nużąca. Ostatecznie po dwóch i pół godziny spędzonych przed ekranem można jednak poczuć zmęczenie, ale w porównaniu z doznaniami, które czerpałem podczas seansu, mogę powiedzieć, że opłaciło się.


Ponieważ Bazyl stwierdził, że film ten został zrobiony jedynie po to by pokazać, że Jared Leto nadal ma ładne oczy, powiem tak. Faktycznie nie widzę tutaj szczególnej roli dla tego pana, bo staje się on jedynie narratorem, ale też zupełnie mi on nie przeszkadzał. Jego młodo wyglądająca twarz dobrze współgra z obrazem i może dzięki tej ładnej buzi możemy skupić się na poruszanych w filmie wątkach a nie koniecznie na próbach aktorstwa. Tutaj nie ma marnego aktorstwa. Jest przesada, jest obojętność, jest szaleństwo młodych i namiętność zakochanych. Więcej nie potrzeba. Tutaj koncentrujemy się na opowiadanej historii a ponieważ całość jest mocno wystylizowana, to aktorstwo (podobnie jak w wymuskanych wizualnie filmach Burtona) może odejść na plan dalszy. Oczywiście nie można też porównywać tej produkcji do, powiedzmy Samotnego mężczyzny (również doskonale opracowanego wizualnie), w którym Firth po prostu daje czadu. Pod tym względem się zgodzę. Aktorstwo nie jest tu wybitne a Leto pokazuje swoje łane oczy. Pytanie tylko, czy ma to jakikolwiek wpływ na odbiór filmu? Według mnie nie.

Naprawdę przytłacza pozytywnymi wrażeniami. Polecam.