wtorek, 3 maja 2011

Marcin Piotrowski: Sprawnie odgrzana kieślowszczyzna

Recenzja filmu Mr. Nobody, reż. Jaco Van Dormael, 2009.

Dawno już nie oglądałem filmu, który tak bardzo poruszyłby moje zwoje mózgowe do myślenia jak Pan Nikt. Incepcja była tylko rozgrzewką przed tym co zobaczyłem u Van Dormaela, filmem o wielopłaszczyznowej, ale konsekwentnej konstrukcji. Nobody jest inny. Tutaj przyczyny i skutki są różne, rzeczywistość różnych wyborów, dokonywanych przez bohatera miesza się.


Przypadek, Kieślowskiego stał się początkiem pewnego zjawiska w kinie, które nazwano wprost kieślowszczyzną i odkąd pojawił się na ekranach, kino, jako sztuka powielająca, zaczerpnęło z niego garściami. Reżyser przeniósł nas, widzów w nowy wymiar opowiadania histori. Trochę taka postmodernistyczna wizja, w której możemy doświadczyć kilku wersji tej samej opowieści. Jaco Van Dormael czerpie z tego źródełka bez wstydu i robi to niezwykle umiejętnie doprowadzając wielowątkowość do granicy możliwość i przekraczając ją poprzez mieszanie planów.

Ostatni śmiertelnik na Ziemi, który próbuje opowiedzieć nam historię swojego życia, stwierdza stanowczo, że wszyscy jesteśmy jedynie imaginacją dziewięcioletniego chłopca, który próbuje dokonać niemożliwego wyboru. I o tym jest właściwie ten film. O sztuce wyboru. A trzy różne wersje życia przedstawione przez ponad stuletniego Nemo są wariacjami na temat tego, jak mogłoby wyglądać i jak wyglądało jego życie w zależności od dokonanych (pozornie błahych) wyborów.


Ten obraz jest trudny, tak jak temat, po którym przyszło nam się poruszać. Jego wielowątkowość dosłownie rozsadza głowę gdy postaramy się logicznie ułożyć wydarzenia podane przez stareńkiego Nemo. Zamiast tego proponuję zrozumieć ideę. Odpowiedź na pytanie dlaczego wybór jest zawsze tak trudny staje się oczywista – ponieważ nie możemy wrócić. A co by było, gdybyśmy mogli zobaczyć każdą wersję wydarzeń? Przeżyć wszystko, nie tracąc niczego? Okazałoby się, że być może nie istnieje coś takiego jak zły wybór, są tylko takie, które niosą ze sobą różne konsekwencje. I tak powstaje trzech bohaterów, z których jeden stawia w swoim życiu na przypadek, inny poświęca się całkowicie dla drugiej osoby a trzeci karmi się uczuciem dawno utraconej i wciąż wyczekiwanej miłości. Wszyscy trzej zamknięci w umyśle dziewięciolatka, próbującego poradzić sobie z dokonaniem niemożliwego wyboru, gdy rodzice rozchodząc się pytają – z kim chciałbyś żyć, Nemo?


Film jest też wizualnie olśniewający, porównałbym go do Grubej ryby, bardzo kolorowy, spokojny, gwałtowny, sfilmowany nowocześnie ale bez częstego cięcia. Jedne kadry płynnie przechodzą w drugie, dzięki czemu historia nabiera płynności i nie jest przesadnie nużąca. Ostatecznie po dwóch i pół godziny spędzonych przed ekranem można jednak poczuć zmęczenie, ale w porównaniu z doznaniami, które czerpałem podczas seansu, mogę powiedzieć, że opłaciło się.


Ponieważ Bazyl stwierdził, że film ten został zrobiony jedynie po to by pokazać, że Jared Leto nadal ma ładne oczy, powiem tak. Faktycznie nie widzę tutaj szczególnej roli dla tego pana, bo staje się on jedynie narratorem, ale też zupełnie mi on nie przeszkadzał. Jego młodo wyglądająca twarz dobrze współgra z obrazem i może dzięki tej ładnej buzi możemy skupić się na poruszanych w filmie wątkach a nie koniecznie na próbach aktorstwa. Tutaj nie ma marnego aktorstwa. Jest przesada, jest obojętność, jest szaleństwo młodych i namiętność zakochanych. Więcej nie potrzeba. Tutaj koncentrujemy się na opowiadanej historii a ponieważ całość jest mocno wystylizowana, to aktorstwo (podobnie jak w wymuskanych wizualnie filmach Burtona) może odejść na plan dalszy. Oczywiście nie można też porównywać tej produkcji do, powiedzmy Samotnego mężczyzny (również doskonale opracowanego wizualnie), w którym Firth po prostu daje czadu. Pod tym względem się zgodzę. Aktorstwo nie jest tu wybitne a Leto pokazuje swoje łane oczy. Pytanie tylko, czy ma to jakikolwiek wpływ na odbiór filmu? Według mnie nie.

Naprawdę przytłacza pozytywnymi wrażeniami. Polecam.

1 komentarz:

  1. No, przytłacza to dobre słowo, choć do reszty ostatniego zdania się nie zgodzę ;) Z filmami równolegle ukazującymi kilka nakładających się na siebie historii zawsze jest problem. Nie powiem, film jest ambitny, a cała idea bardzo interesująca. Na tym się w zasadzie kończy. Oglądając go wychwytywałem raz na jakiś czas właśnie ciekawe pomysły, myśli reżysera, spostrzeżenia. To były takie punkty zaczepienia, rozbłyski światła, niestety połączone chaosem. Kiedy opowiada się kilka historii, to zawsze któraś będzie lepsza, a któraś gorsza. Tutaj zdecydowanie najsprawniej wypada wątek młodzieńczego romansu Jareda "można utonąć w twoich oczach" Leto z jego "tak jakby siostrą" graną przez Juno Temple. Cała reszta ledwo trzyma się kupy.

    Mr Nobody nie jest dla mnie obrazem przemyślanym filmowo, a raczej zbiorem życiowych przemyśleń reżysera, samych w sobie.

    Filmy Kieślowskiego wyróżniały się nieprawdopodobnie dopracowanym montażem. Mr Nobody gubi się w natłoku różnorodnego materiału. Jeśli Incepcja była tylko rozgrzewką, to najwyraźniej mojej filmowej kondycji na Mr Nobody już nie wystarczyło.

    OdpowiedzUsuń