niedziela, 12 czerwca 2011

Kamil Bazydło: Scream for me Warszawa! - Sonisphere Festival 2011

Warszawskie Lotnisko Bemowo w ostatni piątek gościło największe gwiazdy metalu w ramach Sonisphere Festival. Drugi rok z rzędu ten objazdowy festiwal otworzył się nad Wisłą, co jest jednym małym krokiem naprzód dla aspirującego do tytułu europejskiej stolicy kultury 2016 tego raczej mało imprezowego miasta.


Na trzech scenach można było posłuchać trochę rodzimych kapel jak Corruption, Made of Hate czy Hunter. Przez cały dzień na zmianę publiczność rozgrzewali zagraniczni goście z Killing Joke, Volbeat jak i ominiętego przeze mnie projektu Devina Townsenda. Dopiero amerykański Mastodon wzbudził trochę mojej ciekawości, a dość pokaźna grupka polskich fanów dała o sobie znać podczas ich występu.

Tuż przed największą atrakcją wieczoru Motorhead dał popis typowego dla siebie grania. Zamknęli swój godzinny występ dwoma hitami, oczywiście w postaci "Ace of Spades" i "Overkill". Lemmy pożegnał się z fanami sztandarowym "we are Motorhead and we play rock n' fucking roll".

Naturalnie Warszawa tłumnie zgromadziła się jednak przede wszystkim na jeden zespół. Brytyjscy giganci heavy metalu Iron Maiden uczynili z Sonisphere kolejny przystanek na swojej trasie The Final Frontier World Tour. Po takim zespole można zawsze spodziewać się wspaniale oprawionego show wypełnionego po brzegi niesamowicie brzmiącą muzyką. Chłopaki z Żelaznej Dziewicy dali swoim fanom dokładnie to.


Na potrzeby intro, "Mars" Gustava Holta z zeszłorocznej części trasy zastąpiono oryginalnym utworem Maiden "Satellite 15... The Final Frontier", który przy okazji także otwiera ostatni album studyjny. Po dość nieortodyksyjnym muzycznie wstępie, puszczonym do odpowiednio kosmicznej animacji, zespół w końcu pojawił się na scenie i uderzył właściwą częścią piosenki. Publiczność zwariowała. Nie odpuszczając nawet na sekundę poszli za ciosem z energicznym singlem "El Dorado". Zaraz potem pojawiło się coś dla starszych fanów czyli klasyczny "2 Minutes to Midnight". Szybko powrócili do najnowszego materiału galopującym "The Talisman". To był szczególnie interesujący fragment koncertu. Z pewnością duża część publiczności mogła w ogóle słyszeć ten kawałek po raz pierwszy, a już na pewno pierwszy raz grany na żywo. Mimo to pozytywnym zaskoczeniem było spontaniczne nucenie fanów w spokojniejszych partiach utworu. Coś czego zabrakło tydzień wcześniej na koncercie w Berlinie. Po krótkiej gadce Bruce'a weszło "Coming Home", utwór którego przyjemnie słucha się na płycie, ale jest nieporównywalnie bardziej elektryzujący na żywo, szczególnie w bezbłędnym piątkowym wykonaniu.


Jak zawsze każdej piosence towarzyszyły zmiany dekoracji. O ile konstrukcje posępnej stacji kosmicznej były motywem przewodnim całej imprezy, to wielkie tło sceny dynamicznie dostosowywano do utworu. Gdy pojawiła się grafika z Eddiem w jego wcieleniu mrocznego żniwiarza, nie było wątpliwości co zaraz usłyszymy. Nastrojowy monolog i piękne akustyczne gitary wprowadziły publikę w "Dance of Death". Co z tego, że lepszym wyborem byłoby kilka razy alternatywnie zagrane na trasie 2010 "Paschendale". I tak nie mogło się nie podobać. Po tym dość długim kawałku Bruce przywdział charakterystyczny czerwony mundur i z brytyjską flagą w rękach był gotów stawić czoła polskiej publiczności. Maiden zaatakowało szlagierowym "The Trooper". Gdy kilkadziesiąt tysięcy ludzi wykrzyczało wraz z wokalistą "You'll take my life but I'll take yours too!", nawet najtwardziej śpiący mieszkańcy okolicy musieli podskoczyć w swoich łóżkach. Pot polał się po czołach, a nie jesteśmy nawet w połowie koncertu.

Światła reflektorów skierowały się na Adriana Smitha, który znakomitym ostrym riffem zaczął dawać czadu w "The Wicker Man", pochodzącego z płyty "Brave New World" będącej triumfalnym powrotem tego gitarzysty do zespołu. Z tego samego krążka wykonali następnie "Blood Brothers", a Bruce jak zawsze przed tą piosenką wyraził związanie z fanami podkreślając, że są częścią rodziny Iron Maiden. Na dziesiąty w kolejności utwór wielu czekało z niecierpliwością i muszę przyznać, że dla mnie był to najważniejszy punkt koncertu. Legendarny zespół zamknął granie materiału z ostatniej płyty jedenastominutowym arcydziełem "When The Wild Wind Blows". Publiczność wkręciła się w nucenie i machanie rękami, ze znajomością tekstu było już trochę słabiej. Być może po prostu nie dosłuchali albumu do końca(sic!), jako że (przynajmniej w moim rejonie) tylko kilka osób naprawdę zatraciło się w istnej ekstazie, w jaką wprowadza każdy pojedynczy dźwięk tego epickiego utworu. Jedyne co mogłoby jeszcze bardziej ulepszyć oprawę występu to pirotechnika. Moment około połowy czwartej minuty aż prosi się o ładną sekwencję wybuchów. Skoro dało się to zrobić trzy lata temu na "The Rime of The Ancient Mariner" z (dosłownie) piorunującym efektem, to czemu z tego rezygnować?

Emocje po "When The Wild..." jeszcze nie zdążyły opaść, a już słychać było "The Evil That Men Do", jedyną piosenkę z "Seventh Son...". Na scenie pojawił się kosmiczny Eddie we własnej osobie. Dał radę poprzeszkadzać trochę Janickowi Gersowi (wyjątkowo nienawidzi tego gitarzysty) i zagrać swoją upiorną solówkę na gitarze. Nie mogło zabraknąć idealnego na koncerty "Fear of the Dark", utwór równie dobrze ograny przez zespół jak i przez publiczność. Wszystkie "wo...oo..o...ooo..wo...oo...o...oo..o" oklaski, gwizdy i co tam jeszcze, nie mogły u nas nie zdać egzaminu. Ostatni utwór to już tradycyjnie "Iron Maiden" z olbrzymim, imponującym Eddiem wyłaniającym się zza sceny. Jak ten Nicko się nie bał siedząc za swoją perkusją tak blisko tej maszkary?


Bis taki sam jak zawsze. "The Number of the Beast", genialne "Hallowed Be Thy Name" i szybkie, rozrywkowe "Running Free". W drugiej zwrotce tego ostatniego Bruce zrobił mały ukłon do fanów zmieniając tekst na "Spent the night in some Warsaw jail...".

Festiwal zdecydowanie zdominowany przez występ Dziewicy. Już przy zwiastującym rozpoczęcie koncertu "Doctor, Doctor" można było zapomnieć o wszystkim co działo się do tej pory. Z możliwą trasą best of na horyzoncie przyszłego roku, pozostaje mieć nadzieję na powtórkę z rozrywki. Wszyscy zainteresowani nie mogą także zapominać, że zarówno trasa festiwali Sonisphere, jak i już samego Maiden są wciąż dalekie od zakończenia.

Up The Irons!

1 komentarz:

  1. Up the Irons zaiste! Byłam tam i to po raz kolejny pod samą sceną :) To było szaleństwo dużo większe niż to w Sparcie! :D
    Wspaniale się bawiłam i prawie wyplułam sobie płuca śpiewając i krzycząc. P I Ę K N E!!!
    Mam nadzieję, że jeszcze niejeden raz będę na ich koncercie, bo aż dech zapiera.

    Motorhead i Mastodon mnie średnio interesują, ale Volbeat był zajebisty. Nie znałam tego zespołu wcześniej, a teraz słucham go w kółko, kapela godna poznania. Szczególnie sztandarowy Sad Man's tongue albo mój ulubiony Pool of booze, booze, booze :)

    UP THE IRONS :D

    OdpowiedzUsuń