czwartek, 25 sierpnia 2011

Marcin Piotrowski: Mocny, słaby film.

„Powiedz, niewiasto, widziałaś błyski oręża na śniegu albo zbrojnych kroczących wśród lodów? – Widziałam szron łyskający w słońcu (…)”

~ Córa lodowego olbrzyma – Robert E. Howard.

Recenzja filmu Conan Barbarzyńca, 2011, reż, Marcus Nispel.

Nastał dobry czas dla ekranizacji opowieści z gatunku fantasy. Środki techniczne którymi dysponują filmowcy pozwalają na nieograniczoną swobodę w kreowaniu nawet najbardziej wymyślnych światów. Od lżejszych jak Tolkienowskie Śródziemie, przez światy Narnii, Lewisa po te bardziej brutalne w stylu Gry o Tron, Martina czy Howarda i jego najbardziej znanego barbarzyńcy czyli Conana. Ten ostatni jest zresztą moim ulubionym bohaterem, a po współczesnym restarcie jego przygód spodziewałem się prawdziwych kokosów, miodu, mleka i złota tryskającego na mnie z ekranu. Umownie, bo przecież Conan to nieokrzesany brutal urodzony na polu bitwy, wychowany przez ojca wśród plemion barbarzyńskich w górzystych krainach Cymerii.

„And if you do not listen, the Hell with you!”

Ten do którego przyzwyczaił nas Arnold Schwarzenegger był niczym innym jak małomówną górą mięsa. Jego ułomności wynikały nie tyle z przywar kreowanej postaci ale też samego aktora. Mimo wszystko nie da się mu odmówić wyrazistej twarzy „inteligentnego tępaka” oraz niezapomnianych tekstów, stylowych „one-liner`ów”, ale potrafił też śmiać się i łazić pijany tak więc jego kreacja nie była znów tak daleka od książkowego pierwowzoru. Pomimo tego nie była to kreacja kompletna, brakowało mu wspomnianego nieokrzesania i pewnej spontaniczności, którą postaci nadaje Jason Mamoa.

Arnold Schwarzenegger


Nowy Conan, to już typ bardziej medialny. Więcej gada (tak!) i wygląda bardziej cywilizowanie niż pokryty maściami i skórami Arnold. Jest też bardziej Emo. Strosząc się jak kogut i patrząc na wszystko i wszystkich spode łba, ma w poważaniu niebezpieczeństwa i z pełną pogardą traktuje swoich wrogów. Jednocześnie nadaje postaci więcej swobody. Jest bardziej „ludzki”, włóczy się, pije, bawi się z kobietami i kompanami. To wszystko było również kiedyś ale dziś wygląda trochę lepiej.
Różnica nie jest tak wielka, ale jednak obydwaj aktorzy eksponują jedne cechy bohatera by zapomnieć o innych. Gibki Mamoa nie jest znów tak brutalny i prosty jak pierwszy filmowy Conan. Przypominam, że mówimy o postaci barbarzyńcy, który w książkowej wersji jest znacznie mniej przyjemny.

Jason Mamoa


Co jest?

Opowiadania na których opierają się (luźno) ekranizacje właściwie przypominają baśnie, historie niemalże mitycznego bohatera ze skrajnych zakątków fantastycznego świata. Nie jest to świat pełen magicznych stworów chociaż magia jest w nim obecna na tyle, by czynić go nierzeczywistym. Jest tu zdecydowanie mniej efektów niż np. w Królu Skorpionie czy nie tak dawno nakręconym Księciu Persji. Przynajmniej nie są one na tyle widoczne. Wykreowany świat w zupełności mi odpowiada (a jestem wielkim fanem serii opowiadań) i wizualnie wypada nieźle chociaż w przeciwieństwie do pierwszej wersji z 1982 roku nie ma już tej baśniowej otoczki. Szczególnie dobrze pod względem wizualnym wygląda początek filmu i ukazane dzieciństwo Conana (różne w obydwu filmowych adaptacjach). Przekonywająco wyglądają barbarzyńcy, przekonywająco wypadają krew i ucięte głowy.
Nowy Conan jest dość brutalny, czasami miałem wrażenie, że na pokaz. Dużo tu tryskającej krwi i latających kończyn, mało to epickie ale za to bardzo proste i działa na wyobraźnię. Ta przemoc razi trochę, zestawiona z nieco wymuskanymi, i na swój sposób subtelnymi bohaterami (o tym za chwilę).

Ilustracja Earl Norem


Czego zabrakło

Książkowy Conan to nie tylko góra mięśni, to przede wszystkim przebiegły złodziej, postać pełna sprytu, nieugięta ale jednocześnie elastyczna i rozrywkowa. Tak jak już wspomniałem, nie jest to adaptacja kreująca pełną postać cymeryjskiego zbója. A szkoda, bo można się było pokusić o więcej głębi w filmie trwającym prawie dwie godziny.

Czego mi zabrakło to również fabularnej spójności. Scenariusz ma swoje potknięcia i niezrozumiałe zabiegi. W filmie znajdzie się miejsce na zbyt wiele skrótów oraz idiotycznych, sztampowych rozwiązań fabularnych. Pojawia się szczątkowa narracja, co w ogóle nie pasuje do całości. Końcowa walka (bo w takim filmie musi taka być), to fontanna idiotycznych zachowań bohaterów i zbiegów okoliczności, czego kulminacją jest oczywiście totalna rozpierducha. 

Bardzo kuleje gra aktorska tej opowieści. W sumie, gdy główny czarny charakter znów mówił o zostaniu bogiem i zdobyciu świata , myślałem – przecież on w ogóle mnie nie przekonuje. Jedna z ciekawszych postaci w filmie, król-łotr Zym stał się w pewnym momencie zwykłym nudziarzem. W tym momencie wszystko się sypie i dostrzegamy płyciznę w kreacji drugoplanowych bohaterów oraz bezsens tej historii.

Szczególnie słabo wypadają dwie postacie. Pierwszą jest czarnoskóry, postawny kompan Conana, który przypomina bezmózgiego wesołka zgadzającego się na wszystko bez mrugnięcia okiem czy jakiejkolwiek refleksji. Drugą jest kobieca bohaterka po której spodziewałem się więcej subtelności. W zamian dostałem wojowniczą mniszkę siekącą na prawo i lewo tym co jej wpadnie w ręce, udającą trochę nieporadną ofiarę. Jak na osobę stanowiącą oś filmu – bohaterka należy bowiem do elitarnego rodu, którego krew ma służyć mrocznym zaklęciom, a bez mrocznych zaklęć nie było nawet Indiany Jonesa, więc….  – wypada ona bez wyrazu ze swoją ni to wojowniczą, ni to uległą naturą. Bieda i nędza.

Riddle of steel

Na koniec jeszcze słowo o muzyce. Bo nie sposób nie odnieść się do niej w filmie o Conanie. Szczególnie, że do pierwszej ekranizacji oprawę muzyczną przygotował nieżyjący już Basil Poledouris. Wykonał on tak dobry kawałek materiału, że ciężko mi wyobrazić sobie inne dźwięki ilustrujące te opowieści z gatunku dark fantasy. Proste, długie dźwięki, spokojne, pełne nadziei motywy przerywane wartkimi uderzeniami bębnów czy dzwoneczkami i chórkami, to naprawdę robi wrażenie i jest ponadczasowe. Co dostaliśmy od Tylera Bates`a? Nic. I tyle właściwie wystarczy. Jestem zdziwiony bo robił on między innymi oprawę muzyczną do 300, Snydera, gdzie wypadł bardzo klimatycznie.

Słowo na zakończenie

Mimo wszystko jestem w jakiś sposób zadowolony z tej ekranizacji. Jest dużo lepiej wykonana wizualnie od tej sprzed niemalże 30 lat. Conan nadal jest brutalnym dzikusem, chociaż trochę umalowanym i Emo. Nadal dużo się dzieje, są miecze, jest wystarczająca ilość magii i prosty, surowy świat. Tak czy inaczej na koleją odsłonę przygód walecznego Cymeryjczyka przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, chociaż jej pojawienie się jest wielce prawdopodobne gdyż na historię Conana składa się niezliczona ilość opowiadań. Ci z was, którzy oczekują filozoficznego filmu o machaniu mieczem z dzielnym bohaterami i kobiecymi kobietami zawiodą się. Idźcie tylko po to, żeby obejrzeć gołe klaty, miecze, dużo krwi i jak zawsze fajnego Rona Perlmana tym razem w roli Corina, ojca Conana.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Aliens: Colonial Marines - prawdziwy sequel filmu Camerona?

Obcy - decydujące starcie to bez wątpienia klasyk sci-fi. Nakręcony w 1986 przez Jamesa Camerona jako kontynuacja kultowego Obcego, przekształcił to uniwersum w żyłę złota. Niestety był to również ostatni bezspornie dobry film osadzony w kanonie Aliena. O ile dość interesujący Obcy 3 (debiut Davida Finchera) fabularnie kontynuował wydarzenia z dwójki to nie do końca potrafił znaleźć swój idealny język dla ich opowiedzenia, tak jak zrobiły to poprzednie filmy.

Obcy 2 nigdy nie doczekał się "prawdziwego" sequela i tu z pomocą przychodzi Gearbox Software. Firma znana m.in. ze znakomitych dodatków do pierwszego Half-life, serii cenionych shooterów taktycznych Brothers in Arms czy niespodziewanie popularnego Borderlands. Kilka lat temu zabrali się za wskrzeszenie projektu Aliens: Colonial Marines, gry oryginalnie produkowanej na PlayStation 2 z planowaną premierą w 2001 roku. W międzyczasie wpadła w małe piekiełko produkcyjne i - jakby się mogło zdawać - wszelkie nadzieje na ujrzenie przez nią światła dziennego umarły. Ekipa z Gearbox wzięła się jednak do roboty i po dekadzie od pierwszych zapowiedzi w końcu mamy pierwszy konkretny zwiastun. Prezentuje się to bardzo obiecująco, a sam trailer faktycznie oddaje klimat filmu sprzed ćwierćwiecza. Celem Gearbox, jak mówią, jest zrobienie "prawdziwego" sequela filmu Camerona, na jaki fani długo czekali.
"Game over man! Game Over!"
Ja jestem pozytywnie nastawiony, choć istnieje obawa, że grę czeka taki sam los jak bliźniaczo podobną historię wskrzeszenia Duke Nukem Forever. Gra, która przez lata była obiektem żartów, jako projekt będący w niekończącej się produkcji, także została podłapana przez Gearbox i wypuszczona na półki sklepowe tego lata, po czym bardzo słusznie została przez krytykę zmieszana z błotem (żeby nie powiedzieć mocniej). Dodatkowym minusem jest wydawca gry czyli Sega, firma w raczej kiepskiej sytuacji, która w ostatnich latach wyraźnie nie radziła sobie z właściwym inwestowaniem w swoje produkty - klapa finansowa skądinąd świetnego Vanquisha, brak pomysłów na prowadzenie serii Sonic czy porażka rebootu Aliens versus Predator to tylko niektóre z serii niefortunnych zdarzeń.

Aliens: Colonial Marines (prawdopodobnie) w przyszłym roku.