piątek, 20 stycznia 2012

Kultowy Drive?

Recenzja filmu Drive, 2011, reż. Nicolas Winding Refn.

Usłyszałem opinię o tym filmie, że gdyby wyszedł jeszcze kilka lat temu, stałby się kultowy, że nie jest to grzeczne kino, ale akcja w starym dobrym stylu. Teraz, gdy już seans za mną trudno mi nie zgodzić się z tym wszystkim. Próbuję znaleźć dla niego dobrą alternatywę i w ostatnim czasie pod względem akcji przychodzi mi na myśl jedynie Miasto złodziei, chociaż pewnie dałoby się zdecydowanie podnieść poprzeczkę i konstrukcyjnie porównać film do leciwego już Leona zawodowca. W każdym razie ludzie, którzy wzięli się za Drive, doskonale wiedzą jak się robi kino.

Historia chłopaka pracującego w warsztacie samochodowym, który nocami siada za kierownicą i przewozi przestępców, może nie wygląda na szczególnie oryginalną ani ciekawą, ale nie w tym tkwi magia tego kina. Gosling tworzy niezwykle cichego bohatera (a przez niezwykle mam na myśli naprawdę dziwnie), do którego idealnie pasuje powiedzenie – strzeż się gniewu człowieka spokojnego. To w rzeczywistości bomba zegarowa i na nieszczęście, ktoś źle ocenił swoje możliwości próbując ją rozbroić.


Akcja zaczyna się klasyczną ucieczką z miejsca napadu. Kilka manewrów, trochę napięcia i dobrze zrealizowane zdjęcia zapewniły mnie, że nie będę oglądał czegoś kiepskiego. Niby spokojnie, niby leniwie ale po scenie w barze pryska, jak mydlana bańka obrazek miłego i czarującego Drivera, który lekko się uśmiechając sprawia wrażenie gościa pływającego we własnych snach. I nie mówię tu po prostu o wybuchu agresji, to świetnie narastające napięcie w trakcie filmu i dokładnie wymierzony policzek, który otrzymujemy w tamtej chwili zapowiadają zmianę tonacji dla całej historii. Najlepsze jest to, że nikt się tu z gangsterską nie obnosi. Widziałem po prostu gości w dresach, trochę gołych kobiet i to co właściwie stawia ludzi na nogi – przemoc.




Film jest miejscami naprawdę brutalny co podkreśla jego surowa budowa. Bezpośredniość spektakularnej przemocy przypomina swoją surowością Wschodnie obietnice, co nie pozostaje jednak bez znaczenia. Widz rozumie, że w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie nie będzie wyjść pośrednich i tak naprawdę nigdzie nie można uciec. Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy jest chociażby postać Standarda (Isaac Oscar). Nie powiem, jak dla mnie zbudowano atmosferę zamknięcia, braku jakichkolwiek alternatyw jak gdyby ludzie rodzili się w mafijnym bagnie i nigdy go nie opuszczali. Wydaje mi się jednak, że niektórych, zbyt brutalnych ujęć można było uniknąć a straciłbym naprawdę niewiele.

Aktorzy w tym filmie przyciągają. Gosling jest cichy, jego kumpel rozgadany, podstarzały marzyciel siedzący w gangsterskiej dłoni no i cała plejada grubych ryb i płotek, którzy po prostu dobrze wyglądają. Nie znajdziemy tu kreacji rodem z Ojca chrzestnego, ale nic nie zastąpi widoku Goslinga zaraz po scenie w windzie. Stojący w bezruchu, milczący i spocony psychopata o chłopięcym wyglądzie, ogarnięty amokiem, to już poważna sprawa. Ten film ma styl. W dodatku główna postać doskonale koreluje z tym co nosi na plecach swojej kurtki.



Całość przypomina stare, dobre kino. Goście, odpowiedzialni za Drive wiedzą dokładnie jak ma wyglądać narracja i jak budować napięcie. Wiedzą bardzo dobrze jakie sceny trzeba podać, żeby przywalić między oczy. Czyżbym trochę fantazjował? Być może to wszystko czysty przypadek, lecz pisząc o stylu, mam na myśli wspomniane wyżej filmy i tak jak one, Drive dał mi mocnego kopa.


~ ludzie, którzy wzięli się za Drive, doskonale wiedzą jak się robi kino.

czwartek, 19 stycznia 2012

Dziennik mocno zakrapiany

Recenzja filmu Dziennik zakrapiany rumem, 2011, reż. Bruce Robinson.

Czy było to gorące zakończenie minionego roku? Na pewno było podwójnie zakrapiane, gdyż na sali kinowej znaleźli się miłośnicy nie tylko rumu ale i innych trunków. Przyzwyczaiwszy się już do ognistych wyziewów, można było spokojnie zatopić się w obrazie nakręconym przez wcale dobrego operatora Dariusza Wolskiego.

A jest co oglądać gdyż Portoryko wygląda jakby żywcem wyjęte z lat 60-tych ubiegłego wieku, to duży plus dla całej historii, pozwala poczuć stosowny klimat, zobaczyć choć trochę jak wyglądało życie pięćdziesiąt lat temu. Dało mi to poczucie kartkowania starych albumów z fotografiami i chyba ta estetyka jest tu obecna najbardziej. Nie jest to też do końca plus a właściwie mały przytyk, brakowało mi bowiem w tym wszystkim może nie tyle autentyczności, co spontaniczności. Podsumujmy jednak temat stwierdzając, że jest przyzwoicie.

Nieprzyzwoity jest za to główny bohater grany przez Johnyego Deppa. Odegranie kontrowersyjnego dziennikarza Paula Kempa, przyszło mu naturalnie i na szczęście nie zalatywało już manierą Jacka Sparrowa.. Wspomniany dziennikarz (po Dziewczynie z tatuażem pozostajemy w klimatach prasowych) szukając wytchnienia w swojej karierze zatrudnia się w upadającej portorykańskiej gazecie. Chwile spędzone na pisaniu bezwartościowych reportaży uprzyjemnia sobie nadużywając alkoholu i marząc o notowaniu historii chwytających czytelnika za serce a przede wszystkim ukazujących prawdę.

Fot. źródło: filmweb.pl

Kemp przedstawiony na filmie nie wydaje się być osobą o wyraźnie prostym kręgosłupie moralnym a jednak Depp głębi tej roli nie odkrywa. Paul wygląda na człowieka postawionego pod ścianą w sytuacji, gdy poszukując właściwej sobie drogi nie może się zdecydować pomiędzy pozostaniem lojalnym wobec czytelnika, a pisaniem pod publikę albo wręcz z polecenia. Depp gra neutralnie, tak bardzo, że dopiero wydarzenia mające miejsce pod koniec dały mi poczuć smak tego, że dylematy moralne w ogóle pojawiają się w osobie wspomnianego żurnalisty. Johnny jest taki jakim go lubimy czyli widowiskowy, zabawny, zamyślony. W sumie bez większego zagłębiania się w rolę, zupełnie jak w Turyście. Zaczyna to trochę trącić słabizną.

Powierzchowność jest zresztą bolączką nie tylko Deppa, ale też innych aktorów (nie wszystkich) oraz samej historii, opartej przecież na książce. Problemem w tym przypadku jest ślizganie się po powierzchni zdarzeń oraz kompletny brak zakończenia, bo chyba nie można nim nazwać samotnego rejsu w kierunku zachodzącego Słońca? Bez obaw, najważniejszych rzeczy nie ujawniłem więc można oglądać spokojnie. Pojawiają się w tym filmie ciekawe wątki, które mogłyby pociągnąć fabułę (jest upadająca gazeta, są grube ryby, jest szwindel grubymi nićmi szyty, jest piękna kobieta, tło historyczne) żaden jednak nie zostaje rozwiązany, pozostają jedynie liźnięte a nie ugryzione i to niestety widać.

Fot. źródło: filmweb.pl

Generalnie dostajemy niedokończoną historię człowieka, który startował chwiejnie. Oczywiście pewne sprawy należy zrozumieć, nie jest to bowiem film akcji a z samej narracji dowiemy się, że został nakręcony "ku pamięci", trzeba też uczciwie przyznać, że nie podjęto się mocnego koloryzowania tej historii. Być może dlatego pomimo gwiazdorskiej obsady i świetnego wykonania, w pewnym momencie zadałem sobie pytanie dokąd ten film zmierza i co właściwie reżyser chce mi powiedzieć a co gorsza - kogo pokazać? Nie mogłem bowiem pozbyć się wrażenia, że mam do czynienia z ambitnym pijakiem a chyba nie o to chodziło?

Fot. źródło: filmweb.pl

Tę trochę nijaką historię oglądało się jednak przyjemnie. Warto zobaczyć te kilka zabawnych sytuacji widocznych na zwiastunach no i klimat. Ale na tym koniec. Pomimo akcentów humorystycznych, film miał być dramatem, poważnym filmem o poważnych sprawach. Jest to zaakcentowane w stosownych momentach, ale niedopowiedzenie w tym konkretnym przypadku, wydaje mi się, nie wychodzi tu dobrze gdyż postać Kempa, niebezpiecznie się w tym obrazie rozjeżdża.

Przeciętnie.

piątek, 13 stycznia 2012

Stieg Larsson po amerykańsku

Recenzja filmu Dziewczyna z tatuażem, 2011, reż David Fincher.

Książki tego nieżyjącego już autora (1954-2004) rozeszły się po świecie jako bestsellery przynosząc jego nazwisku, jak widać, zasłużoną sławę. Kolejne tysiące sprzedanych sztuk zdają się to potwierdzać. A jak z ekranizacją?

Pierwszą wersję (Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet), którą pominąłem a którą niewątpliwie trzeba będzie nadrobić, nakręcił Duńczyk, Niels Arden Oplev w 2009 roku i zdobył serca widzów na całym świecie. Film zyskał znakomite noty a bohaterowie doczekali się kontynuacji swoich przygód w kolejnych filmach (w tym samym roku wyszły jeszcze Dziewczyna, która igrała z ogniem, oraz Zamek z piasku, który runął, obydwa filmy w reżyserii Daniela Alfredsona). Pod koniec 2011 roku, na ekrany kin wszedł obraz zrobiony w kooperacji amerykańsko-niemiecko-szwedzko-angielskiej zaś na fotelu reżysera tym razem zasiadł zasłużony dla kina, David Fincher.

Amerykanin podjął się dość ryzykownego projektu, by nakręcić coś co już powstało i samo w sobie zostało przyjęte bardzo ciepło. Sztuką w takim przypadku jest zbudowanie takiego kina, które przynajmniej nie będzie słabsze od pierwowzoru. A pierwowzorem dla Dziewczyny z tatuażem był wspomniany już Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Mikael Blomkvist, dziennikarz śledczy gazety Millennium, po przegranym procesie o zniesławienie otrzymuje od znanego w Szwecji przemysłowca Henrika Vangera (Christopher Plummer) zlecenie rozwiązania rodzinnej zagadki. Rozwikłanie sprawy zniknięcia przed laty 16 letniej wnuczki Vangera ma przynieść żurnaliście nie tylko solidne wynagrodzenie, ale również przywrócić jego nazwisku wiarygodność. Zachęcony tymi perspektywami Mikael (Daniel Craig) długo się nie zastanawiając, przyjmuje ofertę i podejmuje się prowadzenia dochodzenia, które odkryje przed nim ciemne oblicze jednej z najbardziej wpływowych rodzin w Szwecji.

Rooney Mara, źródło: collider.com

Historia od samego początku wciąga. Pierwsza myśl po obejrzeniu - trzeba sięgnąć po książkę bo fabuła ma mocne podstawy, to widać. Miłośnicy thrillerów znajdą tu ciężki klimat i wielowątkową zagadkę, której rozwiązanie będzie kosztowało wiele wysiłku umysłowego ale i odrobiny krwi i potu. Wraz z rozwojem akcji pojawiają się kolejni bohaterowie, którzy sami w sobie stanowią galerię osobliwości i trzeba przyznać, że żadna z nich nie jest tutaj zbędna. Oglądając ten obraz miałem wrażenie, że wszystkim ludziom poświęcono właśnie tyle czasu ile potrzebowali by odegrać swoją rolę w układance i zbudować obraz poróżnionej niesnaskami rodziny Vangerów. Wystarczy to by zacząć zastanawiać się nad tym, kto jest czarną owcą w stadzie.

Po pierwszych minutach seansu dopadła mnie myśl, że będzie to niezwykle ascetyczny pod względem formy przekazu, film. Po pierwsze ujęcia skupiające się na bohaterach potęgowały we mnie uczucie powagi jaką powinienem ich darzyć. Dwoje głównych bohaterów czyli Mikael oraz Lisbeth Salander (Rooney Mara) przez dużą część filmu posiadają odrębne od siebie historie, które bezproblemowo łączą się w całość gdy przychodzi właściwy moment. Potem jest już bardzo dynamicznie a rozwiązanie jednej z większych zagadek dostajemy wprost w oczy, bez zbędnych ceregieli. Napięcie budowane jest tym co dzieje się wcześniej, podczas poszukiwań osoby odpowiedzialnej za zniknięcie nastolatki.

Źródło: www.moviefanatic.com

Zarówno Craig jak i Rooney grają osoby zdeterminowane, będące poniekąd w potrzasku a jednocześnie znakomicie się uzupełniające, być może dlatego końcówka była dla mnie tak przejmująca. Dziewczyna złapana w sidła zboczonego opiekuna społecznego, dramatycznie potrzebująca środków do życia jest cholernie przekonująca w tym co robi. Nie musi być wysportowaną heroiną by poradzić sobie z problemami. Dziennikarz to z kolei spokojny facet, który pragnie dociec prawdy i jest dobry w tym co robi bez machania pistoletem ani prężenia muskułów. Zamiast tego jest bystry i naturalny co tylko potwierdza jego autentyczność.

Warto wspomnieć, że przy tworzeniu muzyki udzielał się Trent Reznor, znany szerzej z twórczości Nine Inch Nails i można powiedzieć, że zdecydowanie słychać to. Przejmującym chłodem widokom ośnieżonej Szwecji i ciemnym korytarzom obskurnych czynszówek towarzyszą przeciągłe świsty przypominające wiatr lub rytmiczne i niskie dudnienie elektroniki. Nie brakuje lżejszych motywów a rewelacyjnie i bezczelnie wyszło w jednej z ważniejszych scen użycie piosenki Enyii - Orinoco flow. Super.

W filmie właściwie nie znalazłem wad (chociaż jestem świeżo po seansie) ale gdybym miał go oceniać, nie wydałbym mu najwyższej noty. Nie jest to jednak obraz, który można oglądać w nieskończoność. Thrillery najbardziej uderzają jednak za pierwszym razem chociaż nie można wykluczyć ponownego seansu z kimś, kto jeszcze tego nie widział. W obsadzie znajdziemy same znane nazwiska, ale żadna z twarzy nie przywoływała skojarzeń z innymi filmami. Aktorzy zagrali porządnie i dowiedziałem się wreszcie, że Daniel Craig potrafi grać nie tylko twardzieli.

Fincher zbudował naprawdę mocną atmosferę co jest pewnie zasługą scenarzysty Stevena Zailliana (jednego z wyjadaczy Hollywood). Panowie nie bali się pokazać gwałtu, nie bali się brzydkich słów ale żadnej granicy chyba nie przekroczyli. Chyba, oceńcie sami.

niedziela, 1 stycznia 2012

Wstyd

Są zapewne mężczyźni i kobiety, którzy mają w sobie coś z Brandona Sullivana. Dla pozostałych powstał "Wstyd", Steve`a McQueen`a, aby mogli choć spróbować zrozumieć co czuje mężczyzna zagubiony w swoim życiu erotycznym.

Brandon ma 30 lat i bardzo niepoukładane życie towarzyskie, jego partnerki to przypadkowe ale i starannie wybrane z tłumu kobiety, którymi stara się zaspokoić nieograniczone, jak się wydaje, pragnienie seksualne lub po prostu zabić czas. Poza przygodnym seksem Brandon ma jeszcze jedno hobby, namiętnie ogląda i kolekcjonuje internetowe porno. Ta wyglądająca na niezwykle smutną i targaną problemami emocjonalnymi postać, jest bohaterem opowieści o tym jak bardzo moralnie krzywdzące i puste staje się życie pełne uzależnień.

Trudno nazwać tą historię oryginalną, ale z całą pewnością warto zobaczyć chociażby dla samego Fassbendera, który wśród widzów zebrał już wiele pozytywnych ocen i który po ostatnich X-Menach zdecydowanie urósł w moich oczach. Kontekst w którym ta opowieść powstała podgrzewa atmosferę gdyż dotykając strefy seksualności McQueen dotknął tak naprawdę nas wszystkich.

W Polsce film będzie miał premierę w lutym. Chyba warto czekać.