niedziela, 15 kwietnia 2012

Druga Ziemia

Recenzja filmu Druga Ziemia, 2011, reż. Mike Cahill.

Niewiele jest filmów, które uważam za "inne". Słusznie ktoś stwierdził, że pojawiają się tu recenzje głównie kina popularnego, co jednak nie wyklucza bardziej ambitnych projektów na mojej liście obejrzanych czy też "must see". Another Earth jest perełką festiwalu w Sundance, na którym zgarnęła między innymi nagrodę jury dla najlepszego dramatu. Kąsek więc łakomy, tym bardziej, że nie jest to kino, na które wybraliby się głównie miłośnicy coli, popcornu i dobrych efektów specjalnych.

Właśnie, to co wyróżnia Another Earth to specyficzny nastrój, panujący w tej filmowej próbie zmierzenia się z pytaniem obecnym w życiu każdego, kto spogląda w niebo - czy jesteśmy sami? To spokój kadrów i nieśpieszne prowadzenie akcji, to wreszcie kamera z ręki i refleksyjne, czasem pełne winy spojrzenia bohaterów, których los postawił po jednej, niezbyt przyjemnej stronie barierki.


Dziewczyna, która zapowiadała się na dobrą studentkę Massachusetts Institute of Technology (MIT) spędza 4 lata swojego młodego życia w więzieniu za spowodowanie wypadku samochodowego. Mężczyzna, który w tym samym wypadku traci całą rodzinę stacza się na dno moralnej drabiny, przysypiając w domu pełnym śmieci, korzystając z usług prostytutek. Ta połączona jednym losem para odkryje się na nowo na starej dobrej Ziemi, ale posiądą też perspektywę sprawdzenia alternatywnej dla siebie historii.

Motyw science-fiction jakim jest w filmie pojawienie się drugiej Ziemi (będącej lustrzanym odbiciem naszej planety) to szansa dla bohaterów na złapanie w życiu kolejnych możliwości. To w pewnym sensie furtka dająca ludziom postawionym w dramatycznej sytuacji nowy kierunek, w którym mogą podążać. Chociaż akcja rozwija się tu powoli, to jednak warto czekać te półtorej godziny by sprawdzić czy i w jaki sposób z owej furtki skorzystali. Próżno czekać tutaj na efekty przygotowań do wielkiej wyprawy w nieznane. Motyw podróży w kosmos stanowi jedynie tło dla przemyśleń o wszystkich, czekających tam możliwościach.


Przez część filmu doświadczamy narracji. Dzięki niej naświetlone zostają wszelkie pytania i wątpliwości związane z pojawieniem się w naszej przestrzeni planety podobnej do Ziemi. Narracja kreuje atmosferę tej opowieści, nadając miejscami formę dokumentu, ale na niepowtarzalny klimat pracuje również muzyka. Poruszające połączenie klasycznych dźwięków instrumentów z elektroniką sprawdza się znakomicie, ale uwaga, nie oczekujcie żwawych elektronicznych kawałków. To współgra z ogólnym nastrojem obrazu Cahilla, w którym więcej jest zadumy niż akcji. Poza dramatem znajdziemy tu też momenty piękne i zabawne. Idealny miks dla kogoś, kto chce odetchnąć od kina głównego nurtu, pełnego scenariuszowych śmieci albo przeładowanego efektami.

Pisząc o tym filmie, że jest "inny" miałem na myśli tę mieszankę nieprzewidywalności, sci-fi z dramatem w chłodnych barwach podnieconych nieco doskonałym backgroundem muzycznym. Ciekawy temat i skromna forma obrazu działają zdecydowanie na jego korzyść. Chciałbym, aby to zapoczątkowało falę lekkiego sci-fi nastawionego raczej na dobrą narrację niż przesadnie upstrzonego świecidełkami.

Zdecydowanie polecam.