czwartek, 7 czerwca 2012

Dyktator

Recenzja filmu Dyktator, reż. Larry Charles, 2012.

Mamy świeże informacje dla wiarołomnych członków sił opozycji, którzy jeszcze nie wiedzą czy warto szturmować kina w poszukiwaniu najnowszej, imperialistycznej produkcji z Sachą Baron Cohenem w roli głównej (o ile jeszcze jest gdzieś wyświetlana). Otóż warto. Dlaczego?

W prostych słowach można by napisać, że powodem jest po prostu duża dawka humoru, głupiego humoru, jakiej uświadczymy w filmie. W rozwinięciu postaram się jednak opowiedzieć coś więcej na temat tego obrazu sfinansowanego całkowicie przez wywrotowców z amerykańskiej ziemi.

Otóż produkcje z udziałem Cohena cechuje udział solidnej dawki idiotycznego, wręcz żenującego, a jednak mieszczącego się w granicach rozsądku, dowcipu sytuacyjnego. Z tym słownym jest już niestety gorzej, niemniej jednak głównym bohaterom filmów ze wspomnianym gwiazdorem trzeba oddać jedno - jeńców nie biorą. Nie ma dla nich szczególnych świętości. Równo dostaje się z białym, czarnym, azjatom i latynosom, śmieją się z subkulturowego stylu życia czy światowej sławy celebrytów, z więzi rodzinnych i przywiązania do tradycji. Nie ma dla nich właściwie żadnej świętości i nawet królowa musi się mieć na baczności. Nie inaczej jest w przypadku Dyktatora będącego, w zasadzie, satyrą na dyktatorskie rządy watażków z Bliskiego Wschodu. Sam film ma ponoć dość dobre tło, gdyż inspirowany miał być książką Zabibah and The King napisaną, rzekomo, przez samego Saddama Husseina. Prawda, że ładnie?



Nie ma co się rozwodzić nad fabułą gdyż jest prosta jak konstrukcja rakiety balistycznej ze szpiczastym końcem. Generał Aladeen, przywódca wymyślonej dyktatury pojawia się w Stanach Zjednoczonych Ameryki by na kongresie ONZ powiedzieć co sądzi o demokracji w swoim kraju. Na skutek knowań jednego z jego dowódców, Aladeen zostaje porwany a na jego miejsce podstawia się sobowtóra. Głównym zadaniem byłego dyktatora będzie więc powrót do władzy.



I trzeba przyznać, że nieźle mu to idzie. Można powiedzieć, że przewrotnie spełnia się tu słynny amerykański sen czyli droga od zera do bohatera, co jednak dla naszego dumnego oprawcy, przyzwyczajonego do słuchania rozkazów, będzie nie lada wyzwaniem. Jego droga przez mękę, od sprzedawcy w sklepie z ekologiczną żywnością do dyktatorskiego stołka, będzie obfitowała w całą masę obrzydliwych i okrutnych dowcipów, balansujących na granicy dobrego smaku a nierzadko ją przekraczających. Tutaj muszę uprzedzić, że Cohen drwi ze wszystkiego o czym pisałem, a przede wszystkim z tego jak ludzie wyglądają. Dla tych, którym ciężko przełknąć taki humor polecam wybrać jakiś lekko strawny film o zabarwieniu romantycznym bowiem Dyktator jest ostrym przeciwieństwem tego opisu. Jedną z najokropniejszych scen jest tu poród odbywający się na podłodze w sklepie. Nie da się ukryć, że związane z macierzyństwem sprawy są w tym obrazie przekręcone na opak i wyśmiane do granic. To samo dotyczy równości płci. Przekroczenie granicy dobrego smaku uważam zresztą za największą wadę tego filmu. Wydaje mi się bowiem, że jest miejsce na obsceniczny humor na ekranach kin, ale myślę też, że Cohen  czasami się w tym wszystkim zatraca.



Mimo wszystko trzeba przyznać, że nie jest to obraz słaby. Pojawiają się znani aktorzy, i rozpoznawalne postacie, dzięki którym film, w szerszej perspektywie nabrał dla mnie, pod względem humoru, rumieńców. Ta szersza perspektywa i tendencja do wyśmiewania wszystkich negatywnych emocji pojawiających się w filmie, ma szalenie inteligentny ale przystępny smak.



Film zdecydowanie polecam, ale jednocześnie, widzu - czuj się uprzedzony. W filmie Dyktator nie ma litości dla ludzi i ich wartości czy, odwrotnie, ułomności. Przewrotnie, należy się dopatrywać w tym wszystkim satyry na takie pojęcia jak choćby dyskryminacja.


Fot. Filmweb.pl