niedziela, 29 lipca 2012

Koniec Mrocznego Rycerza

Recenzja filmu Mroczny Rycerz Powstaje, 2012, reż. Christopher Nolan.

Jest to już ostatni film o przygodach Zamaskowanego Mściciela, którym zajmuje się Christopher Nolan. Tym bardziej warto rzucić okiem na to co udało się osiągnąć, czego zabrakło i jakie są perspektywy na przyszłość. To wszystko w kontekście poprzednich części, do których warto się odnieść by zwrócić uwagę na szczegóły w tle wydarzeń, których widz jest świadkiem w filmie Mroczny Rycerz Powstaje.

Jestem zdania, że to co w serii o Batmanie ma największą wartość, to co buduje postać Człowieka-Nietoperza jest zawarte w świecie, który bohatera otacza. Tło, którym jest Gotham City jest właściwą treścią filmu i Batmanem samym w sobie. Tym bardziej ucieszyłem się, że antybohaterem w epilogu Nolanowskiej epopei stał się ten, o którym mówi się, że złamał Nietoperza. Bane, bo o nim mowa, to znakomity materiał na podsumowanie osiągnięć Bruce`a Wayne`a w przebraniu. Dlatego chociażby, że komiksowy pierwowzór tego złoczyńcy o nadludzkiej sile scharakteryzował kiedyś swojego przeciwnika słowami "Batman is Gotham City". Ale kim on właściwie jest? Kim jest człowiek w masce, którego wszyscy się boją?


Bane nie miał szczęścia do mediów i jego dotychczasowe wcielenia ograniczyły się jedynie do przedstawienia głupiego, niewyraźnego mięśniaka, którego zaletą była tężyzna fizyczna (w najbardziej groteskowej formie można było go zobaczyć w filmie Batman i Robin, 1997, reż, Joel Schumacher) i dopiero Nolan pchnął tę postać we właściwym kierunku. Można powiedzieć, że Bane z Mroczny Rycerz Powstaje to nadal jedynie interpretacja tego błyskotliwego stratega o posturze kolosa, ale nie pozostająca cieniem własnej postaci. Inne są tu fakty z życia terrorysty, historia jest zmieniona ale to co najbardziej soczyste, rdzeń, Nolan zarysował idealnie a Tom Hardy wyeksponował w jednej z najbardziej wyrazistych kreacji ze świata Batmana. Bane jest adwersarzem na miarę Jokera, którego zagrał kilka lat temu zmarły już Heath Ledger i dlatego właśnie tak znakomicie buduje atmosferę Gotham City. Dlatego to co dzieje się na ekranie jest tak ważne. Inteligentny, brutalny i nadludzko silny Bane, cierpliwie wyczekuje właściwego momentu, by uderzyć w targanego wyrzutami sumienia Mrocznego Rycerza Gotham. Przeciwnik Wayne`a to wychowanek jednego z najcięższych więzień na świecie, który urodził się tam i dorastał a gdy opuścił miejsce w którym miał skończyć życie, zaczęła się dla niego nowa era. Czas dominacji i czas zemsty.

Tom Hardy nie pozostawia wątpliwości co do wyrazistości swojej postaci, która przez 99% filmu pojawia się w masce na twarzy. Sposób w jaki Hardy gra przekonuje mnie całkowicie a kwintesencją jest zdanie wypowiedziane przez tego super złoczyńcę w jednej z kluczowych dla jego wizerunku, scen w filmie - Do you feel like you`re in charge? Pyta jednego ze swoich mocodawców, Bane. Żeby nie zepsuć zabawy nie chcę mówić zbyt wiele, ale trzeba samemu poczuć moc jaka bije od człowieka, którego mimiki twarzy właściwie nie widzimy!


Aktorstwo w tej części ma dwa oblicza, mam bowiem świetnie zrealizowane postacie drugoplanowe (Lucius Fox i Alfred Pennyworth) i błyszczącego adwersarza Batmana a jednak nie zapomnijmy, że poruszamy się w rodzaju kina popcornowego gdzie znajdzie się dużo, niestety, miejsca na wiele innych, płytkich postaci. Film jest długi więc może to służyć za uzasadnienie pojawienia się armii ludzi będących tłem, czasami dość marnym, dla wydarzeń które oglądamy.


Osobne miejsce warto poświęcić Kobiecie Kot (Anne Hathaway), pamiętając, że Batman Nolana zrywa z baśniową konwencją poprzednich produkcji o Rycerzu z Gotham. Selina Kyle to kobieta posiadające wiele wdzięku ale zdecydowanie za mało sexapealu, którym jej bohaterka wręcz ocieka i to zarówno w poprzedniej ekranizacji jak i w komiksie. Hathaway jedynie ociera się o ten aspekt swojej postaci i przypomina bardziej kapryśną dziewczynę, niż kotkę na rozgrzanym, blaszanym dachu, która potrafi boleśnie zadrapać. Inna sprawa, że należy się jej honor za to, że idealnie wpasowała się w rzeczywisty świat nowego Gotham i stała się bardziej prawdziwa, przyciśnięta (zgodnie z pierwowzorem) do muru, idąca zawsze swoimi ścieżkami.


Odniesienie do poprzednich części trylogii, ma tu bardzo duże znaczenie. Szczególnie warto przypomnieć sobie część pierwszą gdyż znajdzie się w nowym Batmanie wiele odniesień do treści pokazanych wcześniej a niekoniecznie eksponowanych w Mrocznym Rycerzu. Muszę przyznać, że dzięki temu miałem poczucie, że oglądam kawał dobrze zrealizowanego kina akcji, w którym wszystko układa się w dobrze przemyślaną całość. Nasycenie postaci przeszłością (film trwa ponad 2,5 godziny więc jest na to czas) dobrze służy ich zrozumieniu, szczególnie gdy pod koniec filmu widać łzy w oczach człowieka, po którym najmniej można się tego spodziewać! Takie szczegóły, którym poświęcono niemałą ilość czasu, wynoszą pewne postacie do rangi niemalże ikony. W moich oczach oczywiście.


Ostatnie sceny, będące podsumowaniem trylogii dają nam jednak jeszcze więcej! Żeby nie zdradzać szczegółów napiszę, że w filmie pojawia się jeszcze jedna z ważniejszych postaci w uniwersum Batmana. Ale po szczegóły zapraszam do kin. I tak, miejscami jest to film dla miłośników Batmana, ale chwileczkę, czy nie o to właśnie chodzi?

Pomimo tych wszystkich błyszczących kreacji wynoszących film Nolana niemalże do arcydzieła popcorn movie, nie mogłem przeboleć kilku spraw. Bez względu na to jak bardzo kocham Bane`a (to mój ulubiony przeciwnik Nietoperza), nie podobało mi się nazbyt swobodne manipulowanie pewnymi faktami z jego przeszłości. I chociaż efekt końcowy był niesamowity, po prostu trudno mi odżałować pewnych zmian, które musiały nastąpić. Trudno mi też zrozumieć pewne sprawy związane z jego kreacją w filmie. Problemem jest również traktowanie, miejscami, widza jak idioty, który nie zada sobie pytań, dlaczego akcja, która rozpoczęła się za dnia nagle kończy się nocy, dlaczego spośród biegnących na siebie band prawie nikt nie ginie skoro wszyscy mają broń? Dlaczego.... znajdzie się jeszcze sporo takich pytań, było to dla mnie bardzo irytujące i powodowało  mieszane uczucia. Również scenografia drugiej partii filmu pozostawiała dla mnie wiele do życzenia i właściwie na tych drobnostkach i szczególikach kończy się moje narzekanie na ten obraz. Niektórzy twierdzą jeszcze, że jest to film akcji bez akcji. Trudno się nie zgodzić z tym, że wszystko rozgrywa się tu powoli, ale nie oszukujmy się, to jest epilog, trzecia część, która formalnie i fabularnie jest inna od poprzednich i to widać i chyba trzeba przyjąć, że tak ma być. Mi takie wytłumaczenie sobie pomogło, tym bardziej, że mogłem zwrócić dzięki temu większą uwagę na tło całej historii.


Po seansie mogłem jedynie powiedzieć, wiedząc, że to ostatnia część zrobiona przez Nolana "Nolan Ty Chu*u! Jak mogłeś nam to zrobić?". Czy wyszedłem z kina z uczuciem niedostatku? Tak! Powoli doszedłem jednak do wniosku, że to znacznie lepsze niż nadmiar. Poza tym, nie wszystkie furtki zostały w tym filmie zamknięte i mocnej akcji, towarzyszą zdumiewające, czasami, zwroty fabularne. Mocna rzecz. Ale jakie są zatem perspektywy na przyszłość? Nolan zapowiedział, że nie robi kolejnego filmu o Batmanie, Bale zadeklarował, że w przypadku pojawienia się w kontynuacji jednej z istotnych postaci w Gotham on również zdecydowanie rezygnuje. Jednocześnie Mroczny Rycerz Powstaje daje tak wielkie pole do interpretacji, że ciężko się oprzeć wrażeniu, że jeszcze nie wszystko stracone. Są na to perspektywy a jaka będzie rzeczywistość, zapewne dowiemy się w przyszłości. Nie można bowiem zaprzeczyć, że w perspektywie czasu ktoś znów sięgnie po człowieka w czarnej pelerynie.

Podsumowując muszę napisać, że ogólne wrażenie po obejrzeniu Mroczny Rycerz Powstaje było takie, że nie jest to najlepszy film z serii, ale jednak posiada najbardziej zajebiste postacie i najlepsze tło fabularne.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Filmweb.pl

niedziela, 22 lipca 2012

"Promoteusz"

Recenzja filmu Prometeusz, 2012, reż. Ridley Scott.

Zastanawiałem się, jakby zwiedziony tym błędnie napisanym tytułem, który przeczytałem na zapowiedzi w metrze, czy protoplasta serii o Obcych to tylko odcinanie kuponów, jak określają go niektórzy, czy poważna pozycja na polu współczesnego science-fiction? Wiedziony instynktem postanowiłem sprawdzić to na klasycznym seansie 2D. Wrażenia poniżej, i będą spojlery, uprzedzam.

Film otwiera scena, z której dowiadujemy się jak, prawdopodobnie powstało życie na Ziemi. Mocny, otwierający akcent można interpretować jako zapowiedź kina sci-fi z nutką filozofii, czyli najwyższych lotów uczta dla oczu. Zresztą, czego można się spodziewać po ojcu serii o Obcych i kilku innych kasowych produkcji, które odcisnęły swoje piętno w kinematografii? Wreszcie mamy okazję zobaczyć od czego wszystko się zaczęło! Mam wrażenie, że podobne myślenie spowodowało wśród wielu fanów przypływ dużej porcji entuzjazmu w stosunku do tego co zobaczymy ostatecznie na ekranie.  Mam też wrażenie, że Scott uległ modnej ostatnio tendencji, żeby cały film streścić w zwiastunie, który miał go promować.



Ale po kolei. Wspomniana przeze mnie sekwencja otwierająca nadaje sens, a właściwie bezsens całej historii. Jak się bowiem później okazuje, grupa naukowców odnajduje w szkockich jaskiniach naścienne malowidła na których, podobnie jak w innych rejonach ziemi, utrwalono pewien wzór składający się z kropek. Wspomniane tęgie głowy wymyślają więc, że ten wspólny mianownik prehistorycznych kultur musi być rodzajem drogowskazu, który być może odpowie nam na pytania związane z tajemnicą powstania człowieka i doprowadzi nas do Inżynierów, a więc kogoś w rodzaju naszych stwórców. Odkrycia tego dokonuje dość dziwna para składająca się z przystojnego sceptyka (Charlie) i pełnej religijnej wiary, piękności (Shaw). Ich konflikt interesów w kwestii narodzin człowieka dawno już ewoluował poza teorię Darwina czy boskiej ręki. Oczywiście stanie się to wszystko przyczyną całej wyprawy mającej na celu zbadanie co też ciekawego kryje się na końcu króliczej nory. I tak rozpoczyna się seria zdarzeń, które doprowadzą bohaterów nie do odpowiedzi na postawione sobie pytanie, ale do dramatycznej walki o przetrwanie nie tylko swoje ale również gatunku ludzkiego.


By wyjaśnić bezsens zawarty we wstępie do tego filmu i rzutujący na całość fabuły muszę napisać, że wspomniany drogowskaz to współrzędne konkretnego miejsca w kosmosie, które jak wierzą bohaterowie tej story, jest miejscem zamieszkanym przez obcą rasę. W rzeczywistości księżyc planety, na którym ląduje ekipa zebrana przez znaną lub nieznaną korporację Weyland, okazuje się być jedynie bazą wypadową wspomnianych Obcych. To znaczy, że Ridley Scott wydymał nie tylko nas, ale także całe pokolenia prehistorycznych ludów a przede wszystkim członków ekspedycji. Po co bowiem praludzie mieliby umieszczać na swoich malowidłach adres bazy wypadowej? Oto jest pytanie na które odpowiedzi nie uzyskamy.

Skoro już wiemy, że film nie ma sensu to zajmijmy się analizą tego co ma sens, albo mieć powinno i co można zinterpretować i ocenić w sposób prosty. Fabuła chwieje się na glinianych nogach więc zwyczajowo mamy do dyspozycji jeszcze grę aktorską, scenografię, efekty wizualne i dźwiękowe itp. I trzeba przyznać, że od strony technicznej trudno zarzucić coś Prometeuszowi. Wizualnie, choć ascetycznie, film prezentuje się okazale, wspaniałe widoki wyglądają zjawiskowo. Oko cieszy charakteryzacja, kostiumy i skromność obrazu nawiązująca do surowej estetyki innych filmów z serii o Obcych. Nie ma tu niepotrzebnych fajerwerków ani świecidełek a całość przypomina nieco bardziej rozwiniętą współczesność.


W filmowej współczesności dominująca rolę ma odgrywać korporacja a tu już coś zaczyna kuleć. Odczuwam wsteczność w stosunku do tego co mieliśmy w starych filmach o Obcych. Powiedzmy, że byłem przyzwyczajony do wszechobecnej korporacyjności, ducha "parcia na szkło", na osiąganie sukcesów, na znalezienie w kosmosie czegoś co rozsławi Weyland po granice znanego świata. Dlatego w każdym filmie z tej serii musiał się znaleźć jakiś "skurwiel w krawacie" reprezentowany w ten czy inny sposób. Tutaj mamy Charlize Theron aka Vickers, która jako członek zarządu korporacji ma pilnować czy załoga wypełnia cele ekspedycji. Jakież było moje rozczarowanie gdy okazało się, że urocza Charlize jest w tym filmie właściwie po to, żeby się bzyknąć z kapitanem statku? Jej obecność na ekranie jest właściwie stratą czasu i nie do końca wiem z czego to wynika ale mam silne wrażenie, że po prostu jej postać została źle napisana. Zimna suka jaką stara się być Vickers ma jakieś swoje rozkazy, którymi nie bardzo chce się dzielić z załogą Prometeusza ale jednocześnie kompletnie ich nie realizuje. Taki trochę pies ogrodnika z niej. Totalna klapa jeśli chodzi o wykorzystanie postaci. Dwójka głównych bohaterów o których pisałem to oddzielny temat. Ta para, której związek napiętnowany jest naukowo-religijnym sporem o korzenie rasy ludzkiej mogła być znakomitym materiałem podpierającym filozoficzną stronę filmu. I co? Zamiast tego mamy kilka pocałunków, przytulasków, seks i śmierć. To aż zbyt mocno akcentuje związek między dwojgiem i to w miejscu, które akcentu potrzebuje najmniej. Jako, że reszta załogi stanowi w zasadzie tło skupię się na ostatniej, wartej wspomnienia postaci czyli Davidzie, granym przez Fassbendera. Roboty w ludzkiej postaci są nieodłączną częścią firmy Weyland i zawsze należy się spodziewać, że pod tą zaprogramowaną chęcią pomocy uczestnikom wyprawy, kryje się lojalność wobec interesów firmy. Właściwie Fassbender jest jedyną osobą godną zapamiętania. Jego beznamiętne oddanie całej sprawie i wyższy cel, który ukrywa przed współpracownikami są świetnie pokazane w kilku scenach. Jest to postać, która świetnie zaczepia o temat ludzkich uczuć, religijnych przesądów czy naukowego poświęcenia. Jego beznamiętność to idealna metoda na wprowadzenie obiektywnej narracji na tematy nurtujące członków załogi, idealna metoda odpowiedzi na pytania które powinny zostać tu zadane, a które nie padły! Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli nie Fassbender to kto? Wygląda na to, że mocne tło kończy się na korelacji akcji z nazwą statku, którym załoga przybywa na miejsce.

Niezależnie od tego jak dobrze czy źle wypadają bohaterowie trzeba wspomnieć o absurdalnych (nadal dających się uzasadnić ale jednak absurdalnych) rozwiązaniach fabularnych, których w filmie doświadczymy dość sporo. Przede wszystkim mamy tu mnogość wątków zaczerpniętych z uniwersum Obcego, które pozostają niewykorzystane. Wielu bohaterów i ich historie sprawiają wrażenie, że film się rozjechał w szwach. Żadna z tych historii nie jest pchnięta wystarczająco daleko by zaciekawić a nie jest też tak płytka by tylko o niej wspomnieć. To niestety widać, tak jak absurdy związane z akcją dziejącą się na ekranie, czego operacja na brzuchu, Shaw, jest błyszczącym przykładem. Takie rzeczy zrzucam jednak na barki kina sci-fi i stwierdzam, że mogę to zaakceptować między jednym a drugim łykiem coli.

Byłem zaskoczony tym jak bardzo Scott rozwodnił temat. Jego Inżynierowie i towarzyszące im stwory mają być protoplastami rasy znanej z poprzednich części Obcego i wszystko jest tu zrozumiałe ale mnogość obcych form jakie spotkamy w tym filmie chyba przerosła twórców, skutkiem czego moja uwaga była podzielona gdy próbowałem się doszukać, kto jest kim. Za dużo, Scott. Za dużo. Za dużo akcji, za mało treści. Oczywiście trzeba sobie powiedzieć jedno. Kolejna część już w produkcji, tak? Dobrze, że nie dotarliśmy jeszcze do czasów, gdy musimy sobie kupić zakończenie filmu.

Ogólnie mogę powiedzieć, że to co zrobił Scott jest w porządku. Wizualnie mnie nie obraził a rola Davida ratuje temat (nie wspominając o urodzie Noomi Rapace) ale fabularnie, chociaż można go wytłumaczyć, jest po prostu słaby. Przypomina to dobrą pozycję na wspólne popołudnie przed telewizorem z dvd,z  colą i popcornem. Szkoda kasy na kino.

Mogli to tak zagrać.

Zdjęcia pochodzą z serwisu: Filmweb.pl, oraz strony http://mojeulubionepostacie.blox.pl