niedziela, 22 lipca 2012

"Promoteusz"

Recenzja filmu Prometeusz, 2012, reż. Ridley Scott.

Zastanawiałem się, jakby zwiedziony tym błędnie napisanym tytułem, który przeczytałem na zapowiedzi w metrze, czy protoplasta serii o Obcych to tylko odcinanie kuponów, jak określają go niektórzy, czy poważna pozycja na polu współczesnego science-fiction? Wiedziony instynktem postanowiłem sprawdzić to na klasycznym seansie 2D. Wrażenia poniżej, i będą spojlery, uprzedzam.

Film otwiera scena, z której dowiadujemy się jak, prawdopodobnie powstało życie na Ziemi. Mocny, otwierający akcent można interpretować jako zapowiedź kina sci-fi z nutką filozofii, czyli najwyższych lotów uczta dla oczu. Zresztą, czego można się spodziewać po ojcu serii o Obcych i kilku innych kasowych produkcji, które odcisnęły swoje piętno w kinematografii? Wreszcie mamy okazję zobaczyć od czego wszystko się zaczęło! Mam wrażenie, że podobne myślenie spowodowało wśród wielu fanów przypływ dużej porcji entuzjazmu w stosunku do tego co zobaczymy ostatecznie na ekranie.  Mam też wrażenie, że Scott uległ modnej ostatnio tendencji, żeby cały film streścić w zwiastunie, który miał go promować.



Ale po kolei. Wspomniana przeze mnie sekwencja otwierająca nadaje sens, a właściwie bezsens całej historii. Jak się bowiem później okazuje, grupa naukowców odnajduje w szkockich jaskiniach naścienne malowidła na których, podobnie jak w innych rejonach ziemi, utrwalono pewien wzór składający się z kropek. Wspomniane tęgie głowy wymyślają więc, że ten wspólny mianownik prehistorycznych kultur musi być rodzajem drogowskazu, który być może odpowie nam na pytania związane z tajemnicą powstania człowieka i doprowadzi nas do Inżynierów, a więc kogoś w rodzaju naszych stwórców. Odkrycia tego dokonuje dość dziwna para składająca się z przystojnego sceptyka (Charlie) i pełnej religijnej wiary, piękności (Shaw). Ich konflikt interesów w kwestii narodzin człowieka dawno już ewoluował poza teorię Darwina czy boskiej ręki. Oczywiście stanie się to wszystko przyczyną całej wyprawy mającej na celu zbadanie co też ciekawego kryje się na końcu króliczej nory. I tak rozpoczyna się seria zdarzeń, które doprowadzą bohaterów nie do odpowiedzi na postawione sobie pytanie, ale do dramatycznej walki o przetrwanie nie tylko swoje ale również gatunku ludzkiego.


By wyjaśnić bezsens zawarty we wstępie do tego filmu i rzutujący na całość fabuły muszę napisać, że wspomniany drogowskaz to współrzędne konkretnego miejsca w kosmosie, które jak wierzą bohaterowie tej story, jest miejscem zamieszkanym przez obcą rasę. W rzeczywistości księżyc planety, na którym ląduje ekipa zebrana przez znaną lub nieznaną korporację Weyland, okazuje się być jedynie bazą wypadową wspomnianych Obcych. To znaczy, że Ridley Scott wydymał nie tylko nas, ale także całe pokolenia prehistorycznych ludów a przede wszystkim członków ekspedycji. Po co bowiem praludzie mieliby umieszczać na swoich malowidłach adres bazy wypadowej? Oto jest pytanie na które odpowiedzi nie uzyskamy.

Skoro już wiemy, że film nie ma sensu to zajmijmy się analizą tego co ma sens, albo mieć powinno i co można zinterpretować i ocenić w sposób prosty. Fabuła chwieje się na glinianych nogach więc zwyczajowo mamy do dyspozycji jeszcze grę aktorską, scenografię, efekty wizualne i dźwiękowe itp. I trzeba przyznać, że od strony technicznej trudno zarzucić coś Prometeuszowi. Wizualnie, choć ascetycznie, film prezentuje się okazale, wspaniałe widoki wyglądają zjawiskowo. Oko cieszy charakteryzacja, kostiumy i skromność obrazu nawiązująca do surowej estetyki innych filmów z serii o Obcych. Nie ma tu niepotrzebnych fajerwerków ani świecidełek a całość przypomina nieco bardziej rozwiniętą współczesność.


W filmowej współczesności dominująca rolę ma odgrywać korporacja a tu już coś zaczyna kuleć. Odczuwam wsteczność w stosunku do tego co mieliśmy w starych filmach o Obcych. Powiedzmy, że byłem przyzwyczajony do wszechobecnej korporacyjności, ducha "parcia na szkło", na osiąganie sukcesów, na znalezienie w kosmosie czegoś co rozsławi Weyland po granice znanego świata. Dlatego w każdym filmie z tej serii musiał się znaleźć jakiś "skurwiel w krawacie" reprezentowany w ten czy inny sposób. Tutaj mamy Charlize Theron aka Vickers, która jako członek zarządu korporacji ma pilnować czy załoga wypełnia cele ekspedycji. Jakież było moje rozczarowanie gdy okazało się, że urocza Charlize jest w tym filmie właściwie po to, żeby się bzyknąć z kapitanem statku? Jej obecność na ekranie jest właściwie stratą czasu i nie do końca wiem z czego to wynika ale mam silne wrażenie, że po prostu jej postać została źle napisana. Zimna suka jaką stara się być Vickers ma jakieś swoje rozkazy, którymi nie bardzo chce się dzielić z załogą Prometeusza ale jednocześnie kompletnie ich nie realizuje. Taki trochę pies ogrodnika z niej. Totalna klapa jeśli chodzi o wykorzystanie postaci. Dwójka głównych bohaterów o których pisałem to oddzielny temat. Ta para, której związek napiętnowany jest naukowo-religijnym sporem o korzenie rasy ludzkiej mogła być znakomitym materiałem podpierającym filozoficzną stronę filmu. I co? Zamiast tego mamy kilka pocałunków, przytulasków, seks i śmierć. To aż zbyt mocno akcentuje związek między dwojgiem i to w miejscu, które akcentu potrzebuje najmniej. Jako, że reszta załogi stanowi w zasadzie tło skupię się na ostatniej, wartej wspomnienia postaci czyli Davidzie, granym przez Fassbendera. Roboty w ludzkiej postaci są nieodłączną częścią firmy Weyland i zawsze należy się spodziewać, że pod tą zaprogramowaną chęcią pomocy uczestnikom wyprawy, kryje się lojalność wobec interesów firmy. Właściwie Fassbender jest jedyną osobą godną zapamiętania. Jego beznamiętne oddanie całej sprawie i wyższy cel, który ukrywa przed współpracownikami są świetnie pokazane w kilku scenach. Jest to postać, która świetnie zaczepia o temat ludzkich uczuć, religijnych przesądów czy naukowego poświęcenia. Jego beznamiętność to idealna metoda na wprowadzenie obiektywnej narracji na tematy nurtujące członków załogi, idealna metoda odpowiedzi na pytania które powinny zostać tu zadane, a które nie padły! Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli nie Fassbender to kto? Wygląda na to, że mocne tło kończy się na korelacji akcji z nazwą statku, którym załoga przybywa na miejsce.

Niezależnie od tego jak dobrze czy źle wypadają bohaterowie trzeba wspomnieć o absurdalnych (nadal dających się uzasadnić ale jednak absurdalnych) rozwiązaniach fabularnych, których w filmie doświadczymy dość sporo. Przede wszystkim mamy tu mnogość wątków zaczerpniętych z uniwersum Obcego, które pozostają niewykorzystane. Wielu bohaterów i ich historie sprawiają wrażenie, że film się rozjechał w szwach. Żadna z tych historii nie jest pchnięta wystarczająco daleko by zaciekawić a nie jest też tak płytka by tylko o niej wspomnieć. To niestety widać, tak jak absurdy związane z akcją dziejącą się na ekranie, czego operacja na brzuchu, Shaw, jest błyszczącym przykładem. Takie rzeczy zrzucam jednak na barki kina sci-fi i stwierdzam, że mogę to zaakceptować między jednym a drugim łykiem coli.

Byłem zaskoczony tym jak bardzo Scott rozwodnił temat. Jego Inżynierowie i towarzyszące im stwory mają być protoplastami rasy znanej z poprzednich części Obcego i wszystko jest tu zrozumiałe ale mnogość obcych form jakie spotkamy w tym filmie chyba przerosła twórców, skutkiem czego moja uwaga była podzielona gdy próbowałem się doszukać, kto jest kim. Za dużo, Scott. Za dużo. Za dużo akcji, za mało treści. Oczywiście trzeba sobie powiedzieć jedno. Kolejna część już w produkcji, tak? Dobrze, że nie dotarliśmy jeszcze do czasów, gdy musimy sobie kupić zakończenie filmu.

Ogólnie mogę powiedzieć, że to co zrobił Scott jest w porządku. Wizualnie mnie nie obraził a rola Davida ratuje temat (nie wspominając o urodzie Noomi Rapace) ale fabularnie, chociaż można go wytłumaczyć, jest po prostu słaby. Przypomina to dobrą pozycję na wspólne popołudnie przed telewizorem z dvd,z  colą i popcornem. Szkoda kasy na kino.

Mogli to tak zagrać.

Zdjęcia pochodzą z serwisu: Filmweb.pl, oraz strony http://mojeulubionepostacie.blox.pl

5 komentarzy:

  1. "Przypomina to dobrą pozycję na wspólne popołudnie przed telewizorem z dvd,z colą i popcornem. Szkoda kasy na kino." Celne!
    Podpisuję się pod tą recenzją (jako akt poparcia) wszytkimi mackami! Ślllllp *odgłos zasysanej przyssawki*!

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję recenzji i od razu w słusznym duchu nieObiektywizmu muszę się z nią nie zgodzić czy wręcz przeciwstawić i zaprotestować. Dla technicznej klaryfikacji film oglądałem w 3D (ale nie w Imax) i technologia ta tutaj nie jest jakoś ostentacyjnie wykorzystywana, nie rzutuje negatywnie na odbiór filmu, czy komfort seansu, ale również mu specjalnie nie pomaga. 3D po prostu jest i jest ok, ale wrażenia między naszymi seansami prawdopodobnie pod tym względem się nie różniły.

    Akceptuję pewne zarzuty jakie wytykasz filmowi, ale w przypadku innych odbieram to dzieło zupełnie inaczej. Po części zwyczajnie się nie zgodzimy pomimo argumentów każdego z nas, na podobnej zasadzie jak w przypadku „Amerykanina", gdzie ja widziałem wartość tam gdzie Ty dostrzegałeś niedociągnięcia. Tak samo jest z „Prometeuszem", którego pewne sceny na Ciebie nie działały - operacja brzucha - kiedy ja widziałem je jako bardzo udane. Różnice w pojmowaniu estetyki filmowej, oczekiwań i ustalenia sobie granic co w takim, a nie innym filmie jest dopuszczalne do pokazania i w jaki sposób - od tego chyba nie da się odciąć i właśnie chyba tego typu aspekty są podstawą całego subiektywnego odbioru.

    Film na pewno daleki jest od ideału i na pewno bardzo daleko mu do oryginalnego „Obcego". Jest tutaj trochę skrótów, jak całe zaplecze ekspedycji, gdzie nikt faktycznie nie zastanawia się nad tym dlaczego obcy zostawili „zaproszenie" dla ludzi, a całości brakuje nadania wagi pewnym wydarzeniom. Momentami ewidentnie widać, że brakuje jakichś fragmentów, które zostały na stole montażowym, z czego najbardziej rażącą dla mnie była sytuacja po spaleniu jednego z głównych bohaterów, czym nikt - nawet jego partnerka - się w sumie za bardzo nie przejął. Jest tego więcej, ale filmu miałem bronić. A więc po pierwsze Scott dobrze wybrnął z dylematu robienia prequelu do największego (jak dla mnie) arcydzieła horroru sci-fi. Zawsze uważałem, że takich reliktów kina nie powinno się dotykać. Jego drobne poprawki jakich dokonał w 2003 roku przemontowując Aliena na tak zwaną wersję reżyserską udowodniły, że filmów doskonałych (jeśli takie istnieją) nie trzeba zmieniać. Różnice między oryginałem i reedycją z tego wieku są tak marginalne, że jedynie fani byli w stanie je zauważyć. „Prometeusz", choć można nazwać go prequelem „Obcego" lub rzucić w niego metką Alien: Geneza, to jest mimo wszystko filmem, który stoi zupełnie samodzielnie. Elementy, w których łączy się z „Obcym", są tak jak w przypadku zmian montażowych „Obcego" 2003 raczej szczególikami, które wychwycą fani. Oczywiście ostatnia scena daje nam w końcu Obcego w pełnej krasie, ale jest to także część dywagacji na temat tego o co biega i jak łączy się to z klasykiem z 1979. Tutaj spory udział na pewno miał jeden ze scenarzystów Damon Lindelof, który skutecznie wodził widzów za nosy przy pisaniu fenomenalnego serialu Lost. Pytania podnoszone przez „Prometeusza" podzieliłbym więc na dwie kategorie: pytania wewnątrz filmu i pytania poza filmem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pytania wewnętrzne są podnoszone głównie przez znakomicie napisaną (i jak zagraną!) postać Davida. Jest bezbłędny. A więc otwiera nam się brama na rozważania o stworzeniu, Bogu, egzystencji, korzeniach życia itd. Oczywiście wszystkie te pytania pozostają bez odpowiedzi bo nie mogą zostać rozwiązane. Wiele zarzutów jakie widziałem względem filmu opiera się właśnie na braku usatysfakcjonowania widzów niedostatecznym wymiarem odpowiedzi. Należy jednak pamiętać, że oryginalny „Obcy" odpowiedzi na własne pytania rodzące się w głowach widzów nie udzielał praktycznie w ogóle.

    Druga kwestia to pytania zewnętrzne, których kontekst istnieje w przestrzeni mitologii uniwersum filmu. Weźmy ostatnią scenę „narodzin" Obcego. Inżynier, którego klatka piersiowa zostaje rozerwana ma być ostatnim żyjącym, tak więc kogo widzimy siedzącego na fotelu w zagadkowej komnacie w „Obcym". Słynny space jockey, którego historia miała zostać rozwinięta w „Prometeuszu" wciąż jest wielką niewiadomą. A może zamiast, któregoś z Inżynierów w fotelu pilota siedziała nasza Elizabeth Shaw? W końcu planeta, na której ląduje załoga Prometeusza nie jest przecież tą samą planetą, na której lata później ląduje załoga Nostromo. Dokąd główna bohaterka odleciała? Może właśnie na, mówiąc skrótowo, planetę tych Obcych, którą widzieliśmy zarówno w filmach Scotta i Camerona? Takich niejasności jest ogrom.

    Obecność Lindelofa w ekipie twórców prowadzi również do połączenia obu tych sfer i zazębiania się nich poza salą kinową. „Prometeusz" na wzór „Losta" jest kinowym wydarzeniem intermedialnym. Jego kampanię reklamową można traktować jako parcie na intensywną promocję filmu, ale z całym contentem w niej zawartym trzeba przyznać, że wykracza poza coś co jest po prostu reklamą, a staje się filmowym tłem, częścią mitologii i kanonu.

    Są to moje spostrzeżenia, które nie mają jednak decydującego udziału w poziomie jaki reprezentuje film. Chodzi mi raczej o to, że wszelkie bezsensy, dziury scenariuszowe i niedociągnięcia nie są wcale aż tak istotne w starciu z tym co w filmie znajduje się dobrego. Pierwsza scena filmu, którą tak zmiażdżyłeś, dla mnie jest właśnie wyznacznikiem, wzorem, myślą jaką kieruje się film. Nieważne czym dokładnie jest pojawiająca się tam postać, co wypija, dlaczego, co ją zabija i w jaki sposób rodzi się z tego życie? Pytania o biologię stają się irrelewantne kiedy zaczynamy postrzegać tą scenę jako pewne odniesienie do mitologii (Greków i Rzymian) i nurt według, którego płynie cały film. Też nie w znaczeniu analogii fabularnych, a raczej zapowiedzi, że w tym filmie (podobnie jak w oryginalnym „Obcym") historia ustępuje miejsca myśli zawartej w filmie lub myśli, które dopiero mają się zrodzić w głowach widzów po seansie dzięki pokrywaniu się dyskusji dotyczącej pytań wewnętrznych i zewnętrznych.

    Realizacyjnie (zdjęcia, scenografia, aktorstwo itd.) filmowi ciężko coś zarzucić, ale w moim odczuciu do zadbanego wykonania dostajemy coś ekstra, czego brakuje w zasadzie w większości filmów wysokobudżetowych. „Prometeusz" być może i jest filmem do coli i popcornu, ale w takim zestawie rozrywkowego kinomana to bilet na film przez duże F jest główną atrakcją, a nie odwrotnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pozdrawiam i czekam na recenzję Batmana, którego sam zobaczę najpewniej we wtorek.

    OdpowiedzUsuń
  5. Aby dopowiedzieć właściwie mogę napisać tylko, że zgadzamy się tu, gdzie mamy się zgadzać a różnimy się tam, gdzie mamy się różnić. ;)

    I sekwencja otwierająca jest dla mnie jednocześnie zapowiedzią czegoś w rodzaju Odysei kosmicznej a z drugiej strony wprawia w konsternację na skutek braku odniesienia do właściwej treści dalej w filmie. Scott chyba nie mógł się zdecydować czy zrobić klasyczny horror sci-fi jakim jest dla mnie Obcy z jego napięciem, czy może jednak kino wyższych lotów zawierające odpowiedzi których fani pewnie oczekiwali. Brak właściwej zawartości, niewystarczająco jak dla mnie, tłumaczy przymierzanie się do kręcenie kontynuacji tego co widziałem w Prometeuszu. Takie przynajmniej krążą plotki. Bo dla kogo właściwie jest to film? Dla miłośników kosmicznego horroru czy tych widzów, którzy przyszli zobaczyć jak się wszystko zaczęło?

    Brak właściwych pytań i co gorsza odpowiedzi na te postawione na ekranie nie świadczy dobrze o tym filmie. Jestem w stanie zrozumieć pewne kwestie ponieważ widziałem inne filmy z uniwersum Obcego, ale nie zajmowałem się też kontekstem Prometeusza w tej recenzji aż tak bardzo. Problem polega na tym, że ten film jednocześnie nic nie wyjaśnia i nic nie wnosi a najciekawiej wypada robot, który zamiast wszystko naciskać, mógłby zadać trochę więcej istotnych pytań niż te, które zachęcą Charliego do wypicia szklanki. Tym bardziej, że nastawiałem się na to po tak bardzo symbolicznym fragmencie Lawrence`a z Arabii, którego David ogląda i którego dialog wdrukowuje sobie w głowę, jakby jednocześnie nie rozumiejąc jego znaczenia.

    OdpowiedzUsuń