sobota, 1 grudnia 2012

Wstrząśnięte, nie mieszane.

Recenzja filmu Skyfall, reż. Sam Mendes, 2012.


Szczerze powiedziawszy darowałem sobie ostatnie filmy o brytyjskim szpiegu, szkockiego pochodzenia. Jakoś bez echa przeszedł obok mnie Casino Royale czy Quantum of Solace. Nie obchodziły mnie też wszystkie wersje przygód agenta 007 z Brosnanem w roli głównej, wszystkie po Golden Eye. Dlatego teraz, gdy na srebrnym ekranie zawitał chyba najtańszy z epizodów z udziałem Craiga, nadszedł wreszcie czas by wyrwać się do kina na akcję pierwszej klasy. Czy film sprostał stawianym mu wymaganiom? (nie były wysokie :)).

Cóż, z nowym Dżejmsem jest tak, że równocześnie daje radę i daje ciała. Ten ambiwalentny osąd uzasadnię za chwilę. Teraz po prostu trzeba wspomnieć, że Daniel Craig w roli agenta kojarzącego mi się do tej pory z eleganckim mężczyzną w średnim wieku, o przyzwoitej sylwetce i inteligentnym, zawadiackim spojrzeniu, wypada zaskakująco dobrze. Co prawda w pierwszej chwili przypomina amatora chłodnych trunków, który lubi swoje hobby, jednak w skrojonym na miarę garniturze tworzy wizerunek faceta, który nie rzuca słów na wiatr. Craig podobał mi się już zresztą w amerykańskiej adaptacji książki „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” (Stieg Larsson) i tamta postać wypadła wg mnie lepiej, jednak nie sposób odmówić mu prezencji w Skyfall, nawet pomimo twarzy zmęczonego pracą kołchoźnika.



Do rzeczy jednak, czyli jak to się stało, że nowy Bond jest tak dobry a miejscami wręcz słaby? Nie do końca wiem, czy wynika to z problemów finansowych studia Metro Goldwyn Meyer, czy może z pójścia z duchem czasu, ale okazuje się, że Skyfall dorobił się miejscami naprawdę słabych efektów specjalnych. Niektóre sceny przypominają film mocno średniej klasy, oczywiście biorąc pod uwagę pracę speców od komputerowych śmigłowców i niby tylnej projekcji. Tu postawiłbym zdecydowany minus, skoro już poszli w tę stronę. Warto było wykazać się i dać widzom coś pierwszej wody. Z drugiej strony, film jest czymś w rodzaju epilogu, chociaż to jest zbyt mocne słowo, dla działań MI6 i samego Bonda, być może to właśnie jest przyczyną skromnego ujęcia? Trudno orzec, ale efekt końcowy miejscami niemile zaskakuje.

Nowy Q.
 
O ironio, z tym duchem czasu, gdyż fabuła mocno nawiązuje do idei globalnej wioski połączonej gęstą siecią internetową, w której agenci jej królewskiej mości sprowadzeni  zostali do roli cyngli wykonujących wyroki. To starcie nowego ze starym odzwierciedlono tu dosłownie. Na ekranie spotykamy nowego Q, który przypomina pryszczatego nastolatka i starego, dobrego Bonda, który docenia tradycyjne metody pracy. Przeciwnikiem MI6 i całego świata, tym razem staje się przestępca uniwersalny, który nie tylko doskonale włada klawiaturą ale jest też świrem pierwszej wody.  Widać wyraźnie zmęczenie materiału. 007 nie jest już tak szybki, często pudłuje a jego włosy przyprószyła już lekka siwizna. Jest to ten moment w jego karierze, który mówi człowiekowi czy jeszcze jest dobry, czy już powinien spasować. Ale nasz bohater rozkręca się powoli.

Strzelaniny, pościgi...

Fabularnie nie należy tu oczywiście oczekiwać zawiłości, producenci poszli tradycyjną drogą, i dobrze. Bond ma swój poziom i nie chciałbym, żeby ktokolwiek niepotrzebnie robił z niego Bourne`a. Jest intryga, się strzelają, się całują i ganiają. Są garnitury, drinki i szybkie samochody. W skrócie to co w opowieści o tym szpiegu jest najukochańsze.  Akcja będzie miała charakter właściwie lokalny (nie licząc kilku scen zagranicznych), czyli Londyn i mogę zapewnić, że w niektórych momentach, swoją intensywnością aż wbija w fotel. Z drugiej strony są też chwile, w których chce się ziewać. Zaskakujące jest to jak głęboko postanowiono pokazać relację pomiędzy M i Jamesem. To już nie są tylko zawodowe rozmowy, ich znajomość staje się bardziej personalna a miejscami sentymentalna. Dosłownie jak matki z synem. Znajdzie to zresztą swoje zwieńczenie w epilogu tej historii. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, kariera Bonda i wielu z jego agencji staje tu pod mocnym znakiem zapytania. Inna sprawa, że znajdziemy tu kilka naprawdę głupich rzeczy, jak chociażby pościg w tunelach londyńskiego metra. To chyba najsłabsza część filmu, którą można było skutecznie zastąpić czymś ciekawszym. Znaczy ja rozumiem, że Bond to film rozrywkowy, ale ten pociąg wypadający z torów… zresztą sam zobacz, czytelniku.

Javier Bardem wypada nieźle jako zły.

Miłośników piosenki wykorzystanej w czołówce filmu, informuję, że na oficjalnym soundtracku jej nie znajdziecie. Takie sprytne zagranie producenta by zwiększyć wpływy ze ścieżki dźwiękowej. Wielu ludzi się na to złapało. Mało tego, singiel w wykonaniu Adele nosi tytuł Skyfall i dokładnie taki sam tytuł nosi jeden z utworów na krążku zawierającym muzykę z filmu. Genialne. Piosenkę można kupić jako oddzielny singiel, ale czołówka jest rewelacyjna więc dla miłośników serii nie będzie to pewnie żaden problem. Muzycznie zresztą (żaden ze mnie krytyk muzyczny), Skyfall wypada przyzwoicie. Pojawiają się związane z Bondem motywy a soundtrack nadaje się do samodzielnego przesłuchania.
Nie mogło zabraknąć pięknej kobiety (Bérénice Marlohe).

Mieszanka nowego i starego wypada korzystnie, ale dostarczenie dużej dawki słabych efektów psuje smak tego Martini. I nawet wstrząsanie nie pomaga. Pomimo tego polecam całym sercem gdyż akcja pasuje do wspaniałej historii JB.