wtorek, 30 kwietnia 2013

Co u starego, dobrego Sala Paradise?

Recenzja filmu W drodze, 2012, reż. Walter Salles.

Od razu powiem, uprzedzę, że film będzie w pełni zrozumiały jedynie dla tych, którzy przeczytają książkę. Podobnie jak wspomnianą papierową wersję tej historii, tak i wersję filmową toczy ta sama choroba. Otóż miejscami nie wiadomo dokąd zmierza. Może właśnie to powinno być osią dla jednej i drugiej historii, ponieważ w istocie znacząco się od siebie różnią posiadając jednocześnie kilka, wspólnych mianowników. Ten brak, obecny w obydwu przypadkach wypełnia się gdzieś pomiędzy. Trzeba go zapełnić samemu wyciągając wnioski z tych postrzępionych, hulackich wizji. Cel trzeba samemu odkryć.

Do rzeczy jednak. Jest końcówka lat czterdziestych dwudziestego wieku, w Stanach Zjednoczonych następuje era bopu i młodzieńczego buntu. Dwaj przedstawiciele młodego pokolenia zakochują się w swoich charakterach bez pamięci i jest to miłość gorąca i duszna, platoniczna i przyjacielska. Obaj mają jeden cel – drogę. Wraz z grupą przyjaciół podróżują po Stanach odwiedzając coraz to dziwniejsze postaci i bawiąc się wbrew przyjętym kodeksom moralnym. Podobnie jak oryginał, tak i ekranizacja Sallesa pełna jest najdziwniejszych zdarzeń, które kształtują tych młodych buntowników.


Przyznać trzeba, że Salles ducha książki oddaje nieźle i za to muszę pochylić przed nim moje czoło, ponieważ (nie wiem czy ze względu na ograniczenia czasowe) dokonał tego, czego Kerouac nie zdołał. Nie znudził mnie. To, co widzimy na ekranie to esencja trywialnej potęgi, która trawi mężczyzn od zarania dziejów – ciekawości. Dlaczego mężczyzn? Abstrahując od tego, że to oni są głównymi bohaterami tej historii, muszę powiedzieć, że dla mnie, wbrew popularnym opisom spotykanym na obwolucie czy to książki czy filmu, jest to opowieść nie o buncie, ale o facetach właśnie. Facetach w różnej postaci, której centrum stanowi wybuchowy i zgubiony w życiu Dean Moriarty (w tej roli świetny Garrett Hedlund). Idealny włóczęga stanowi ucieleśnienie idei drzemiącej w facetach – ciągłej potrzeby parcia przed siebie. Jednocześnie nie pominięto trudnego losu kobiet, które cierpiąc kochają się w ludziach, których zupełnie nie rozumieją. Jest to zresztą prawda znana nawet dziś, dlatego podoba mi się uniwersalność  zawarta na ekranie.



Występuje tu ten zabieg w ekranizacjach, którego nie lubię, powiedzmy – nie całkiem. Na ekranie następuje niesamowita kondensacja tego co jest w książce i odnoszę wrażenie, że tylko z korzyścią dla napisanej przez Kerouaca powieści, którą w większości uważam za dość nudną. Pomimo tego, ten zbędny trik jest konieczny dla zrozumienia całości i żeby chaos zdarzeń nabrał konkretnego kształtu i ze stosowną prędkością rozwalił mózg odbiorcy. Tak być powinno i tak jest, nawet jeśli tego nie lubię. Pojawiający się na ekranie aktorzy świetnie odzwierciedlają książkowe pierwowzory (które nota bene zostały zaczerpnięte żywcem z życiorysu Kerouaca). Oglądając nie czułem się oszukany, nie czułem tego bolesnego ukłucia, które towarzyszy mi wówczas, gdy widzę brak spójności odgrywanego charakteru z aktorem.



Paradoksalnie, istotnym problemem tego filmu jest jego największa zaleta -  skrótowość. Trik, który uznałem za kluczowy, miejscami przeszkadza w zrozumieniu tego co widzimy na ekranie a dzieje się przecież dużo, bo pojawiają się interesujące postaci. Szczególnie na początku następuje lekka dezorientacja, gdy pojawiają się niewyjaśnione przeskoki czasowe. Takie trochę scenariuszowe wszystko i nic. Na szczęście nie jest to problem stały i film został przyzwoicie pocięty na odpowiadające wydarzeniom ramy czasowe. 



A propos wykonania. Kiedy w filmie widać połacie gołej, spalonej słońcem ziemi, którą przecina idealnie prosta droga, można dojść do wniosku, że film trafia w sedno tej powieści a to znaczy, że został nieźle zrobiony. Obecny jest duch tamtych czasów (lub jego wiarygodne wyobrażenie) i nie czułem się zawiedziony tym, co Èric Gautier (znany również z filmu Wszystko za życie) pokazał na ekranie. Jego zdjęcia są dobre. Podoba mi się scenografia i dobór muzyki, która w książce odgrywa ważną rolę. Pojawiają się te ważne sceny ciasnych pomieszczeń wypełnionych ludźmi pragnącymi chłonąć każdy dźwięk natchnionych, czarnoskórych muzyków. Piękne, kolorowe i żywiołowe sceny doskonale zgrywają się z wymęczonymi wizerunkami młodzieńców beat generation.



Dla tych, którzy lubią historie wyzwolonych postaci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś o facetach albo dla tych, którzy lubią drogę jest to pozycja obowiązkowa. Nie tak filozoficzna, niestety, jak książka, ale za to ciekawsza w odbiorze. Nie jest to poszukiwanie samego siebie i alienacja od tego co ludzkie jak we Wszystko za życie, ale opowieść o zupełnie innym rodzaju „drogi”.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Filmweb.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz