Szczerze powiedziawszy darowałem sobie ostatnie filmy o
brytyjskim szpiegu, szkockiego pochodzenia. Jakoś bez echa przeszedł obok mnie
Casino Royale czy Quantum of Solace. Nie obchodziły mnie też wszystkie wersje
przygód agenta 007 z Brosnanem w roli głównej, wszystkie po Golden Eye. Dlatego
teraz, gdy na srebrnym ekranie zawitał chyba najtańszy z epizodów z udziałem
Craiga, nadszedł wreszcie czas by wyrwać się do kina na akcję pierwszej klasy.
Czy film sprostał stawianym mu wymaganiom? (nie były wysokie :)).
Cóż, z nowym Dżejmsem jest tak, że równocześnie daje radę i
daje ciała. Ten ambiwalentny osąd uzasadnię za chwilę. Teraz po prostu trzeba
wspomnieć, że Daniel Craig w roli agenta kojarzącego mi się do tej pory z
eleganckim mężczyzną w średnim wieku, o przyzwoitej sylwetce i inteligentnym,
zawadiackim spojrzeniu, wypada zaskakująco dobrze. Co prawda w pierwszej chwili
przypomina amatora chłodnych trunków, który lubi swoje hobby, jednak w
skrojonym na miarę garniturze tworzy wizerunek faceta, który nie rzuca słów na
wiatr. Craig podobał mi się już zresztą w amerykańskiej adaptacji książki „Mężczyźni,
którzy nienawidzą kobiet” (Stieg Larsson) i tamta postać wypadła wg mnie
lepiej, jednak nie sposób odmówić mu prezencji w Skyfall, nawet pomimo twarzy
zmęczonego pracą kołchoźnika.
Do rzeczy jednak, czyli jak to się stało, że nowy Bond jest
tak dobry a miejscami wręcz słaby? Nie do końca wiem, czy wynika to z problemów
finansowych studia Metro Goldwyn Meyer, czy może z pójścia z duchem czasu, ale
okazuje się, że Skyfall dorobił się miejscami naprawdę słabych efektów
specjalnych. Niektóre sceny przypominają film mocno średniej klasy, oczywiście
biorąc pod uwagę pracę speców od komputerowych śmigłowców i niby tylnej
projekcji. Tu postawiłbym zdecydowany minus, skoro już poszli w tę stronę.
Warto było wykazać się i dać widzom coś pierwszej wody. Z drugiej strony, film
jest czymś w rodzaju epilogu, chociaż to jest zbyt mocne słowo, dla działań MI6
i samego Bonda, być może to właśnie jest przyczyną skromnego ujęcia? Trudno
orzec, ale efekt końcowy miejscami niemile zaskakuje.
![]() |
| Nowy Q. |
O ironio, z tym duchem czasu, gdyż fabuła mocno nawiązuje do
idei globalnej wioski połączonej gęstą siecią internetową, w której agenci jej
królewskiej mości sprowadzeni zostali do
roli cyngli wykonujących wyroki. To starcie nowego ze starym odzwierciedlono tu
dosłownie. Na ekranie spotykamy nowego Q, który przypomina pryszczatego
nastolatka i starego, dobrego Bonda, który docenia tradycyjne metody pracy.
Przeciwnikiem MI6 i całego świata, tym razem staje się przestępca uniwersalny,
który nie tylko doskonale włada klawiaturą ale jest też świrem pierwszej wody. Widać wyraźnie zmęczenie materiału. 007 nie
jest już tak szybki, często pudłuje a jego włosy przyprószyła już lekka
siwizna. Jest to ten moment w jego karierze, który mówi człowiekowi czy jeszcze
jest dobry, czy już powinien spasować. Ale nasz bohater rozkręca się powoli.
![]() |
| Strzelaniny, pościgi... |
Fabularnie nie należy tu oczywiście oczekiwać zawiłości,
producenci poszli tradycyjną drogą, i dobrze. Bond ma swój poziom i nie
chciałbym, żeby ktokolwiek niepotrzebnie robił z niego Bourne`a. Jest intryga,
się strzelają, się całują i ganiają. Są garnitury, drinki i szybkie samochody.
W skrócie to co w opowieści o tym szpiegu jest najukochańsze. Akcja będzie miała charakter właściwie
lokalny (nie licząc kilku scen zagranicznych), czyli Londyn i mogę zapewnić, że
w niektórych momentach, swoją intensywnością aż wbija w fotel. Z drugiej strony
są też chwile, w których chce się ziewać. Zaskakujące jest to jak głęboko
postanowiono pokazać relację pomiędzy M i Jamesem. To już nie są tylko zawodowe
rozmowy, ich znajomość staje się bardziej personalna a miejscami sentymentalna.
Dosłownie jak matki z synem. Znajdzie to zresztą swoje zwieńczenie w epilogu
tej historii. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, kariera Bonda i wielu z
jego agencji staje tu pod mocnym znakiem zapytania. Inna sprawa, że znajdziemy
tu kilka naprawdę głupich rzeczy, jak chociażby pościg w tunelach londyńskiego
metra. To chyba najsłabsza część filmu, którą można było skutecznie zastąpić
czymś ciekawszym. Znaczy ja rozumiem, że Bond to film rozrywkowy, ale ten
pociąg wypadający z torów… zresztą sam zobacz, czytelniku.
![]() |
| Javier Bardem wypada nieźle jako zły. |
Miłośników piosenki wykorzystanej w czołówce filmu,
informuję, że na oficjalnym soundtracku jej nie znajdziecie. Takie sprytne
zagranie producenta by zwiększyć wpływy ze ścieżki dźwiękowej. Wielu ludzi się
na to złapało. Mało tego, singiel w wykonaniu Adele nosi tytuł Skyfall i
dokładnie taki sam tytuł nosi jeden z utworów na krążku zawierającym muzykę z
filmu. Genialne. Piosenkę można kupić jako oddzielny singiel, ale czołówka jest
rewelacyjna więc dla miłośników serii nie będzie to pewnie żaden problem.
Muzycznie zresztą (żaden ze mnie krytyk muzyczny), Skyfall wypada przyzwoicie.
Pojawiają się związane z Bondem motywy a soundtrack nadaje się do samodzielnego
przesłuchania.
![]() |
| Nie mogło zabraknąć pięknej kobiety (Bérénice Marlohe). |
Mieszanka nowego i starego wypada korzystnie, ale
dostarczenie dużej dawki słabych efektów psuje smak tego Martini. I nawet
wstrząsanie nie pomaga. Pomimo tego polecam całym sercem gdyż akcja pasuje do wspaniałej historii JB.




