Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film-publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film-publicystyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kamil Bazydło: Cyfrowa miłość lepsza od prawdziwej?

Odpręż się, zaczniemy za chwilę.
W filmie "Człowiek demolka" obudzony po latach z hibernacji Sly Stallone nagle odnajduje się w świecie dalekiej przyszłości. Choć bardziej trafne byłoby określenie gubi się w świecie przyszłości. Zafascynowana nim Sandra Bullock - w jej oczach żyjącym, nieokrzesanym reliktem XX wieku - zaprasza go do swojego domu i na przywitanie bardzo bezpośrednio proponuje mu seks. Kto by odmówił? Już na pewno nie człowiek demolka. Niestety szybko okazuje się, że jakimś sposobem najbardziej intymne kontakty międzyludzkie zostały w świecie przyszłości zastąpione wirtualną symulacją. Ludzie nawet się nie dotykają, a wszystko rozgrywa się tylko w ich umysłach przy pomocy elektronicznego systemu. Stallone'a to nie bawi.

Co z dzisiejszymi ludźmi w dzisiejszym świecie? Czy perspektywa cyfrowego seksu jest dla współczesnych atrakcyjna? Połączenie się z osobą z drugiego zakątka świata z poziomu przeglądarki własnego laptopa. Przypomina się także trochę film "Gamer" sprzed kilku lat. Tam genialny programista opracował swojego rodzaju grę wideo podzieloną na dwa odłamy. Tryb Slayer to shooter, w którym gracze kierują wzajemnie zabijającymi się żołnierzami. Tryb Society przypomina bardziej zabawę w "Simsy", gdzie przejmujesz kontrolę nad swoim avatarem i "żyjesz" nim z wielką swobodą. W "Gamer" grupa graczy nie kontrolowała wirtualnych projekcji, wytworów komputera, a żywych ludzi podłączonych do systemu.

Zrób ze mną co chcesz.
O ile tryb Slayer mówi sam za siebie, to w Society, jak można się domyślić, niewielu graczy zainteresowanych było dekorowaniem domu czy wyprowadzaniem psa na spacer. Gra została zdominowana przez realizację seksualnych fantazji jej użytkowników. Była ujściem wszystkich odchyleń, skrzywień i dewiacji. Co ciekawe gracze nie odczuwali tego co ich avatary i szybko wytworzył się podział całego społeczeństwa na kontrolujących i kontrolowanych. Futuryści zawsze widzieli w nowych technologiach jakieś zagrożenie, tak jak np. jeszcze w "eXistenZ", kolejnym filmie mieszającym wirtualną rzeczywistość ze światem naturalnym, grę z życiem. Taka wizja przyszłości może kiedyś jeszcze nas dopadnie, tymczasem pojawiają się pomysły w bardziej stonowanej formie.



Projekt DIGITAL LOVE już dziś oferuje swoim użytkownikom cyfrowy seks z prawdziwymi doznaniami. Wystarczy odwiedzić stronę digital-love.org i kierować się instrukcjami na ekranie. Dla pełniejszego doświadczenia dla obu stron zalecane jest wykorzystanie kamery internetowej. Za darmo, bez zobowiązań i przede wszystkim w 100% bezpiecznie. Czy technologia może zastąpić, wyeliminować obcowanie z drugą osobą? Czy pornografia internetowa z dnia na dzień straci zainteresowanie milionów odbiorców? Niestety, przynajmniej na razie serwis internetowy nie podaje żadnych statystyk co do popularności strony, ale jestem bardzo ciekaw ilu ludzi na świecie już wypróbowało tę nowatorską technologię. Zainteresowani?


DIGITAL LOVE przez digitallovecorp

sobota, 12 marca 2011

Kamil Bazydło: Cyklopom wstęp wzbroniony, czyli o 3D słów kilka.

Kiedy w 1903 roku Justus D. Barnes wystrzelił z pistoletu prosto w widownię filmu "The Great Train Robbery", wydawało się że nie można pokazać na ekranie nic bardziej szokującego i bezpośrednio uderzającego w widza. Naturalnie, dziś na każdym Bondzie jesteśmy "zabijani" w ten sposób, a twórcy co jakiś czas prześcigają się w przesuwaniu granic wytrzymałości ludzkiej wrażliwości na ruchome obrazy. Nie piszę jednak o szokowaniu widza. Chciałbym spojrzeć na fenomen, który jest efektem poszukiwania dziś przez filmowców nowych wrażeń wizualnych. Chodzi o najbardziej promowany obecnie trend w kinie rozrywkowym, czyli 3D.

Eksperymenty z tą techniką zaczęły się niedługo po skomercjalizowaniu się kina czyli jeszcze przed końcem XIX wieku. Nie będę jednak wracał do początków. Jeśli kogoś interesuje lekcja historii, zachęcam do sięgnięcia do stosownej literatury. Będzie to trochę tekst zrzędy, jako że już tutaj zaczynam moje narzekanie. Przeskakujemy więc cały wiek do roku 2009. James Cameron po dwunastu latach reżyserskiej nieobecności wypuszcza długo oczekiwany mega projekt "Avatar". Ponad 2,7 mld dolarów jakie wygenerował popchnęło hollywoodzkie studia filmowe (a z czasem ogólnoświatową produkcję) do inwestowania w "prawdziwie" trójwymiarowe kino, kierując się myśleniem: jeśli Cameron mógł na tym zarobić, to my też. Taki tok myślenia jest błędny z założenia. Jaki film ustanowił poprzedni rekord najbardziej dochodowego filmu w historii? Oczywiście "Titanic" Camerona. Kto od tamtego czasu zdołał go pobić? Nikt. Właśnie tak samo jak nikt poza Cameronem nie wie, jak jednym filmem zarobić astronomiczne pieniądze, tak samo nikt nie wie jak z takim samym powodzeniem wykorzystać wątpliwą dobroć stereoskopii. Pytanie brzmi czy 3D w ogóle może się sprawdzić poza kinem, że tak to brzydko określę "lunaparkowym", i czy nawet samemu Cameronowi się to udało?

Skupmy się przez moment na "Avatarze". Zapowiadany jako rewolucja technologiczna i święty Graal kina 3D. Coś w tym jest. Cameronowi na pewno udało się osiągnąć efekt mocnego szczękoopadu i minie jeszcze parę lat zanim filmy zaczną zbliżać się do takiego poziomu technicznego. Wysokie ustawienie poprzeczki było nadrzędnym celem dla "króla świata". Powtórzę, udało się. Na rzecz technologii poświęcono wyrafinowanie scenariusza, ale oglądając nawet dość banalną (acz niepozbawioną silnych emocji) historię, wielu choć przez chwilę zapragnęło być niebieskim. Ale czy w 3D? "Avatar", tak samo jak każdy inny film trójwymiarowy, nie posiada ani jednej sceny, która nie mogłaby funkcjonować bez użycia 3D. Stereoskopia nie tworzy dramaturgii; nie jest środkiem wyrazu; nie opowiada kina. To tylko efekt specjalny, a nawet mniej niż efekt specjalny. Za pomocą efektów specjalnych można pokazać sceny, jakich nie da się nakręcić kamerą na planie. 3D natomiast nie umożliwia w ogóle kręcenia wcześniej nieosiągalnych rzeczy. Jest to tylko nic nie wnoszący trik.


"Avatar" wykorzystuje ten trik całkiem dobrze. Już początkowa scena, w której widzimy budzącego się w kapsule kriogenicznej Sama Worthingtona, z dryfującymi przed ekranem kropelkami wody, daje nam do zrozumienie, że to jest 3D którego widzowie oczekiwali. Jest całe mnóstwo innych scen, w których przyłożono się do bezbolesnego połączenia wystającego z ekranu technologicznego efekciarstwa i tradycyjnych poruszających się obrazów. Cameron niemal perfekcyjnie reżyseruje swój film, odpowiednio prowadząc widza i kiedy jest to potrzebne skupiając jego uwagę na perypetiach bohaterów, a w scenach akcji i rozwałki atakując trójwymiarem.

Nie obyło się bez krytyki, ale ogólnie film został bardzo dobrze odebrany, zdobywając nawet kolejno po osiem i dziewięć nominacji do BAFTA i Oscara. Sam jestem fanem Camerona i lubię jego filmy. Lubię także "Avatara" jako epickie widowisko odświeżonego Hollywood. Co jest dla mnie natomiast okropnie rozczarowujące to reakcje niektórych widzów. Po jednym z seansów w IMAX 3D spotkałem się z dość niepokojącymi opiniami. Nie chodzi o to, że film się nie podobał. Wręcz przeciwnie. Wszyscy byli zachwyceni, och, ach i jakie to wspaniałe. Zachwyty były kierowane jednak głównie pod adresem wyskakujących z ekranu pocisków, przestrzennych hologramów i wszelkiego rodzaju złudzeń namacalności. A co ze świetną reżyserią, w takich scenach jak Jake Sully będący między młotem a kowadłem dwóch kreatur w dżungli na początku filmu; przesadzoną, ale frapującą kreacją Stephena Langa jako najtwardszego skurczybyka w jednostce ochrony; czy pełną energii przemową odkupionego bohatera, zagrzewającą ludy Na'vi do obrony własnej ziemi. Cameron tworząc najlepsze stereoskopowe widowisko w historii padł ofiarą własnej technologii. W rezultacie wielu widzów oglądało "Avatara" dosłownie i w przenośni przefiltrowanego przez okulary 3D. Trik okazał się rozpraszający i odciągający uwagę od całości filmu. Od każdej kolejnej produkcji oczekiwano tego samego. Ale jak już pisałem, nikomu nie udało się zrealizować trójwymiarowości na podobnym poziomie.


Właśnie z tego powodu (rozproszenia uwagi widza) Christopher Nolan wraz ze swoim stałym operatorem Wallym Pfisterem nie dali się skusić na trójwymiarową "Incepcję", mimo że podobnie jak oba Batmany była wyświetlana także na ekranach IMAX, idealnym formacie dla 3D. Niedawno ogłoszono, że "Incepcja" zostanie skonwertowana na potrzeby wydania 3D Blu-ray, ale zarówno reżyser jak i autor zdjęć umywają ręce od tego niepotrzebnego zabiegu. Podczas gdy Nolan stroni od uwikłania w trójwymiarowe wojny, inny reżyser lgnie do nich jak do ziemi obiecanej. Trójwymiarowe wojny gwiezdne, należałoby chyba powiedzieć. Wszystkie z sześciu filmów serii "Star Wars" zostaną po raz n-ty odświeżone i już w przyszłym roku zaczną po kolei pojawiać się znów na ekranach kin, w nieuniknionej wersji 3D. George Lucas w 1977 roku przestał robić filmy i zaczął zajmować się fabryką gwiezdnych wojen. Sequele, prequele, spin-offy, adaptacje na inne media, poprawianie, zmienianie, niezliczone wydania VHS, DVD, za kilka miesięcy BD, no i w końcu wspomniana konwersja na 3D w kinie oraz 3D BD. Już chyba najbardziej hardkorowym fanom niedobrze się robi, kiedy na to wszystko patrzą. Mówię o tym ponieważ jest już cała lista filmów czekających w kolejce na podobne potraktowanie. Jednym z nich jest naturalnie "Titanic", co zupełnie nie dziwi, nie tylko ze względu na "Avatara", ale także już wcześniejsze manewry jakie Cameron wykonywał na polu 3D z "Obcy z głębin" i projektem "T2 3-D: Battle Across Time". Z gigantów biznesu również Disney inwestuje w odgrzewanie swoich klasyków, zaczynając od "Pięknej i Bestii" i "Króla Lwa" tej jesieni.

George Lucas i jego Imperium

3D jest dla mnie przeżytkiem nie tylko ze względu na swoją zbędność i brak wartości artystycznych, ale także niedoskonałość technologii. Po pierwsze 10% ludzi w ogóle nie może zobaczyć tego efektu, z powodu wad wzroku. Potrzeba dwojga sprawnie działających oczu, aby w pełni doświadczać tego, co fałszywy trójwymiar ma nam do zaoferowania. Dochodzi do tego pozycja z jakiej obserwujemy obraz. W idealnym środku sali kinowej wygląda nieźle, ale spróbujmy usiąść mocno z boku, pod kątem i piękne efekty zaczynają się nieco rozjeżdżać. Dużym problemem jest jasność obrazu. Po założeniu specjalnych okularów filmy są po prostu nienaturalnie ciemne. Przypomina mi się "Starcie Tytanów", na które zmuszony byłem wybrać się na pokaz 3D (brak kopii standardowych w dniu premiery). Za bilet w granicach 30zł dostałem bardzo zły film w 3D, na którym nie było widać efektów 3D i wszystko było irytująco ciemne. Ostatniego Wesa Cravena z premedytacją ominąłem tylko ze względu na brak możliwości zobaczenia go bez zakładania niewygodnych okularów. Moje zniesmaczenie i frustracja sięgają już takiego poziomu, że nie przekonają mnie nawet Wenders ze swoją "Pina" czy też mój najbardziej oczekiwany film tego roku "Tree of Life" Malicka. Choć trójwymiarowy status tego ostatniego jest obecnie bardzo niejasny. Za dwa miesiące okaże się co się stało z pojawiającymi się w plotkach trzema wersjami filmu.


No, ale nie ma tego złego. Wszystko ma swoją miarę i pojawia się pewne światło nadziei. Po pierwsze, widzowie zaczynają być zmęczeni droższymi biletami. Pewnie, kiniarze muszą odrobić sobie inwestycję adaptowania technologii potrzebnej do wyświetlania 3D, ale na dłuższą metę filmy trójwymiarowe zaczną tracić widownię. Kiedy wszyscy już nasycą swój głód około filmowych technicznych wrażeń, wrócą do płaskiego, tańszego wypadu na film. Nacisk na 3D można uznać też częściowo za próbę walki z internetowym piractwem. Ściągnięte filmy nie zapewnią takich efektów co wycieczka do kina, a dostępne wydania trójwymiarowych filmów na nośnikach optycznych są nieznaczącym marginesem, zresztą  zarezerwowane tylko dla właścicieli kosztownych telewizorów 3D. Mówiąc złośliwie, tylko dla obojga z nich ;) Cieszy pojawienie się animacji "Rango" Verbinski'ego. W Polsce dostępny w 2D i z napisami zamiast dubbingu. Zwiastuje to pewne odwrócenie się wiatru i liczę, że seanse 3D znów wrócą do swojej niszy i skończą się problemy ze znalezieniem tradycyjnych kopii w kinach. Również nowy film Jerzego Hoffmana "Bitwa Warszawska 1920" może okazać się ciosem dla kina 3D. Zapowiadany jako pierwszy polski film stereoskopowy (marketingowcy chyba zapomnieli o "Mieście ruin" od Platige Image) na pewno wypełni sale kinowe przymuszonymi do obejrzenia filmu gimnazjalistami. Poza nimi, chyba nikt go nie obejrzy i może się zdarzyć, że powtórzy się historia totalnej klapy "Quo Vadis" Kawalerowicza, a Hoffman zapisze się w historii polskiej kinematografii jako twórca naszego pierwszego i ostatniego filmu 3D. To w sumie tylko przypuszczenia, co się stanie czas pokaże.


Kino nie jest jedyną sztuką audiowizualną, do której wdziera się 3D. Tam gdzie przemysł filmowy okazuje się być coraz bardziej odpychający, wchodzi inna coraz bardziej licząca się dziedzina rozrywki: gry wideo. Nie bez powodu temat 3D w branży gier jest teraz szczególnie aktualny. Najbliższe miesiące pokażą czy rzecz zakorzeni się tutaj na stałe, czy też pozostanie w powijakach. Z jednej strony Sony wpycha stereoskopię w swoje duże tytuły na Playstation 3 oraz umożliwia odtwarzanie trójwymiarowych Blu-rayów na tejże konsoli; w innym rejonie ostro atakuje kolejny gigant przemysłu, Nintendo z nową generacją swojej przenośnej konsoli, o której więcej za moment.

Nota bene Nintendo, które obecnie ma realną szansę spopularyzować gry 3D, próbowało tego już wiele lat temu. W lipcu 1995 roku firma wprowadziła na rynek śmieszne urządzonko o nazwie Virtual Boy. Przed końcem tego samego roku zaprzestano jego produkcji. Pewnie, urządzenie zapewniało złudzenie głębi, ale kosztem dwukolorowej palety barw (z dominującą wściekłą czerwienią), oraz migren wywołanych u tysięcy graczy. Była to totalna porażka. Co więc skłoniło firmę do powrotu do tego tematu? Wygląda no to, że nigdy z niego do końca nie zrezygnowali, a stałe nastawienie Nintendo na innowację czekało tylko na masowo dostępną technologię. Sukces "Avatara" raczej też nie zniechęcał. Powróciłem do Camerona, bo przecież "Avatar" pojawił się również właśnie jako gra. Pierwsza mainstreamowa gra w stereoskopowym 3D wraz ze wszystkim co oferują dzisiejsze silniki graficzne. Podczas swojego przydługiego wystąpienia na konferencji Ubisoftu, Cameron powiedział, że nie chce aby cokolwiek związanego z "Avatarem" było do bani, i tyczy się to również gry wideo. Technikalia za nią stojące nie były wprawdzie złe z efektami 3D na czele, ale niestety już sama rozgrywka mocno "ssała". Cóż, tutaj reżyserowi nie udało się popisać w propagowaniu trzeciego wymiaru.

Zarówno "Avatar", hity Playstation 3 czy kosmicznie drogie zestawy sprzętu od nVidii pokazują, że gry 3D mogą być imponujące, ale kłopotliwe. Na tym swój sukces chce oprzeć Nintendo, które pokazuje że czasami mniej znaczy więcej i pozbywa się potrzeby zakładania okularów do doświadczania obrazu 3D. Autostereoskopia to nowy sposób patrzenia na gry, a debiutująca obecnie na świecie konsola Nintendo 3DS obiecuje nam to zapewnić. Jak to działa? Cóż, nie powiem, nie wiem, nieważne. Ważne jest, że działa. Japończycy już od kilkunastu dni cieszą oczy nową zabawką, reszta świata dostanie ją w przeciągu kilku tygodni, w zależności od kraju.


Nintendo 3DS

Jak growe 3D ma się do filmowego? Czy gry są właściwym medium, gdzie można tą technologię wykorzystać? Przy kwestii gier budzi się we mnie optymista. Pod warunkiem przemyślanego zaimplementowania, 3D może mieć wpływ nie tylko na to jak gry obserwujemy, ale jak nimi operujemy. Tak więc ma szanse odnosić się do podstawowego atrybutu gier oddzielającego go od filmów - interaktywności.

Wyobraźmy sobie sytuację w grze, gdzie aby dostać się do kolejnej lokacji musimy otworzyć drzwi zabezpieczone zamkiem z elektronicznym szyfrem. Nasz postęp w grze zależy od rozgryzienia dwunastoklawiszowego pin pada. Sytuacja może kojarzyć się z grą "Splinter Cell". Tam należało przełączyć się na termowizję by dostrzec, na których klawiszach pozostał ciepły ślad. Rozgryzienie kolejności wstukania to już dalej bułka z masłem. Nieistotne na ile było to realistyczne. Aplikując do podobnego mechanizmu efekty 3D, można by za ich pomocą wyróżnić interesujące nas klawisze, czego zobaczenie umożliwiałaby stereoskopia. No i proszę, mamy prosty przykład jak możliwe jest wykorzystanie trójwymiarowości do komunikacji między grą, a graczem.

3D nie musi się odnosić tylko do wyraźnego "wyłażenia" elementów z ekranu. Istotne jest ogólne poczucie głębi. Gracz w zupełnie inny sposób może oceniać odległości w przestrzeni gry. Może zwiększyć to precyzję np. oddawania strzałów na bramkę, czy podań w grach sportowych takich jak "Pro Evolution Soccer", będącym jednym z tytułów dostępnych na premierę konsoli 3DS. Pomyślmy jak rozszerzone odwzorowanie głębi wewnątrz ram ekranu może zmienić sposób grania w platformówki. Czy już zapowiedziane nowe "Super Mario" będzie równie wielkim krokiem dla gatunku co "Super Mario 64" półtorej dekady temu? Od poruszania się w prawo, poprzez swobodę w trzech płaszczyznach, aż do wychodzenia poza kadr?

Snake Eater

Częściowo odpowiedzi poznany za dwa tygodnie. Jaki użytek z 3D zrobią później najbardziej kreatywne głowy w branży możemy tylko zgadywać. Z czasem, kiedy technologia nie będzie onieśmielać, mogą pojawić się prawdziwe perełki trzech wymiarów. Bardzo obiecująco zapowiada się gra "Metal Gear Solid: Snake Eater 3D", remake trzeciej części serii. Do tej pory prezentowany jedynie w postaci niegrywalnego technologicznego demo, już zdążył zrobić sporo zamieszania wokół Nintendo 3DS. W tej materii mogę powiedzieć - jestem ostrożny, ale jednocześnie podekscytowany potencjałem. Następny ruch należy do developerów.

Od początku lat 50-tych 3D stale co jakiś czas pojawiało się i znikało z kina. Biorąc pod uwagę rosnącą liczbę aktualnie produkowanych filmów, chyba możemy mówić o swoistym renesansie tej techniki. Obecny rok jest najszczodrzejszy od 1953, w liczbie premier trójwymiarowych obrazów. Z kolejnymi "Avatarami" w perspektywie czterech lat i "Gwiezdnymi wojnami" sięgającymi 2017 roku wszystko wskazuje na to, że tym razem 3D ma zamiar zostać na dłużej. Na końcu wszystko i tak podyktuje zainteresowanie widzów. Czy pozwolimy wciąż dać się naciągać na droższe bilety? Po drobnym romansie z tą techniką ja mówię temu nie, obiecując sobie bezwzględnie omijać szerokim łukiem kinowe seanse w 3D... z wyjątkami potwierdzającymi regułę, zwanymi filmami Camerona. ;)

czwartek, 17 lutego 2011

Kamil Bazydło: Kultowe transfery czyli sukces wielokrotny

Słowo klucz dzisiejszej kultury audiowizualnej to "remiks". Niekończące się przetwarzanie tych samych materiałów może stawać się coraz bardziej męczące dla odbiorców. Nie w każdym wypadku jest to jednak zjawisko zupełnie negatywne. Obecny stan rzeczy jest w pełni zrozumiały. Bezpieczniej jest powtórzyć raz sprawdzoną formułę niż podjąć ryzyko stworzenia czegoś oryginalnego. Jeszcze przez długi czas to się nie zmieni, jeśli w ogóle.

Jaki jest ulubiony film każdego producenta filmowego? Oczywiście sequel. Jeśli coś odnosi sukces, to czemu nie miałoby zrobić tego ponownie? Można przypomnieć sobie auto ironiczną scenę w "Krzyku 2" gdzie uczniowie dyskutują o wyższości sequeli nad swoimi poprzednikami, wymieniając jako przykłady kontynuacje "Obcego", "Terminatora" i "Ojca chrzestnego". Naturalnie można się spierać jak kształtował się poziom każdej z tych serii, ale bez wątpienia kino widziało parę solidnych "dwójek", nawet w przeciągu ostatnich lat jak "Mroczny rycerz" bądź "Krucjata Bourne'a" - pierwsze które akurat wpadły mi do głowy.

Bardziej dla mnie niepokojący jest trend dotyczący głównie wysoko budżetowych produkcji z Hollywood, gdzie od razu planuje się powstanie całej serii filmów. Kreatywność i tworzenie kina przez duże K schodzi na drugi plan, a najistotniejszy staje się przelicznik: ilość $ wydanych/ilość $ dolarów odzyskanych. Taki model masowej produkcji zaczął przeżywać swój renesans po sukcesie filmowej trylogii "Władcy pierścieni", projektu z olbrzymim potencjałem, ale także sporym ryzykiem. Kto by wtedy przypuszczał, że film fantasy dostanie kiedyś jedenaście Oscarów? Nie trzeba było długo czekać, aż wieloczęściowe przedsięwzięcia zaczęły pojawiać się niczym grzyby po deszczu. "Harry Potter", "Opowieści z Narnii", "Matrix", "Piraci z Karaibów" i wiele innych poniekąd zamieniły sale kinowe w telewizyjne odbiorniki, gdzie szkolne wycieczki w każdym sezonie dostawały kolejne odcinku swoich ulubionych serii.

Nie trzeba wprawnego oka aby zaobserwować próbę zrobienia tego samego na polu horrorów. Idealnym przykładem jest "Piła". Seria, której pierwsza część debiutowała w Sundance, aby od razu potem popłynąć rynsztokiem w dół. Wyraźną intencją było dopisanie jej do kultowych serii grozy jak "Koszmar z ulicy Wiązów", "Piątek 13-tego" i "Halloween". Różnica polega na tym, że każda z tamtych serii wprowadziła do gatunku swój własny styl i narzucała kierunek wszystkim naśladowcom. "Piła" jest jednym z tych naśladowców, po którym w pamięci zostanie tylko chwytliwy motyw muzyczny.
Equilibrium

Kiedy jestem już przy horrorach, nie sposób nie wspomnieć o notorycznych remake'ach. Tutaj podobnie jak z sequelami, często kręcenie filmu "na nowo" ma sens. Ba, są filmu których remake'i są niezwykle pożądane, jak "Zakazanej planety" z 1956. Widzieliśmy ponadto kilka znakomitych, jak "Mucha" Cronenberga, czy już w XXI wieku "3:10 do Yumy", oba lepsze od swoich oryginałów. Nawet Wimmerowi trzeba oddać jakiś szacunek za "Equilibrium" będący post-matrixowską wersją "Fahrenheita 451", w interesujący sposób adaptujący wybitne dzieło Truffaut, na futurystyczny film akcji. Bardzo specyficznym remake'iem był także "Psychol" Gusa van Santa, którego osobiście nie określam w sumie jako remake, a film wręcz eksperymentalny, kopia mistrza przetworzona na realia 1998 roku.

Wracając jednak do tych nieszczęsnych horrorów, to tutaj jest już znacznie słabiej. Raz około Wielkiej Nocy uda się nakręcić coś bardziej sensownego w postaci zeszłorocznej "Piranii" lub "Wzgórza mają oczy", akurat oba obrazy tego samego reżysera. Przeważnie niestety kończy się na bólu i zgrzytaniu zębów przez widzów i w to nie zamierzonym przez filmowców sensie. Szkoda tępić pióra na wymienianie nawet części z nich więc wspomnę tylko o katastrofalnym powrocie Freddy'ego Krugera na kinowe ekrany w ostatnim letnim sezonie.

Ellen Ripley - Obcy: Przebudzenie

Jako kinomana najbardziej boli i dotyka mnie - że powrócę do tego słowa - remiksowanie filmów zupełnie świeżych. O ile jeszcze w przypadku "Ju-on" Takashiego Shimizu można zwalić to na artystyczną nonszalancję w dublowaniu własnych filmów, tak jest to raczej przypadek odosobniony. Niemal każdy inny "kulturowy transfer" filmowy wypada blado w starciu z oryginałem. Tak, mówię do ciebie remake'u "Ringu". Gwoździem do trumny ambitniejszego kina komercyjnego może się okazać amerykańska wersja "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", w reżyserii Davida-jak-mogłeś-nam-to-zrobić-Finchera. Co ciekawe człowieka, który przed laty słusznie uśmiercił Ellen Ripley, tylko po to aby (skądinąd znakomity) Jean-Pierre Jeunet bezmyślnie ją wskrzesił i zbrukał wspaniałe, młodzieńcze wspomnienia o największej bohaterce lat 80-tych. Zapamiętać: francuskie kino autorskie i kosmiczny horror się nie łączą!

Cóż my biedni kinomaniacy możemy zrobić? Jest zawsze tylko jeden sposób. Idź do kina, kup bilet na "Czarnego łabędzia", zabierz swoich znajomych i znajomych znajomych; "Piratów z Karaibów 7" zobacz w superkinie na TVN.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Rewind

Przypadek piątej części Szklanej pułapki skłonił mnie do refleksji nad stanem umysłowym hollywoodzkich (ale i nie tylko tych) producentów. Chyba nie jest dobrze, kiedy okazjonalnie czytając zapowiedzi i plotki odnośnie „nowych” produkcji, jak również obserwując tendencję już panującą w branży, mogę zadać sobie to oczywiste pytanie – czy zostaliśmy skazani na wieczny powrót do przyszłości? Wiele wskazuje na to, że znaleźliśmy się już w erze Wielkich Powrotów.

Niezniszczalni długowieczni

Są takie filmowe postacie, które nigdy nie przeminą. Piszę być może na wyrost, ale ciężko mi w tej chwili wyobrazić sobie świat bez Dartha Vadera, dra Henry Waltona Jonesa Juniora czy bohatera wspomnianej Szklanej pułapki, Johna McClane`a. Czym byłoby kino bez Rambo, Rockyego i kolejnych wcieleń terminatora? Gdzie byśmy pojechali gdyby nie Szalony Max Rockatansky?

Harrison Ford
Problem z nieśmiertelnością niektórych bohaterów wydaje mi się o tyle istotny, że ich ciągłe powroty powodują pewne rozwodnienie uwielbienia, jakim niektórych z nich darzyłem. W pewnym sensie podziw ustępuje miejsca nudzie i wrażeniu reanimacji dawno już poległych herosów. Zastanawiałem się na przykład, czy reanimacja Indy`ego aby na pewno była konieczna? Czy wrażenia, które czerpiemy do dziś z przeróżnych wydań filmów o zawadiackim archeologu, są mniej aktualne, lub nieświeże w stosunku do tych sprzed lat? Dobrze nam znane trzy części Indiany Jonesa okazały się jednak niewystarczające by zadowolić głodnych ludzi show biznesu. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć niespełna 70. letniego dziś Harrisona Forda śmigającego po ekranie i tłukącego „Ruskich”. Z tego też powodu zobaczymy Bruce`a Willisa (55 lat) w kolejnej Szklanej pułapce. Zresztą ten ostatni zamierza zakończyć przygody McClane`a na części szóstej. Przedsiębiorczy „ambasador” wódki Sobieski stara się tym samym uniemożliwić powrót twardego Johna na duży ekran w przypadku, gdyby okazało się, że gwiazdor będzie fizycznie niezdolny do scen akcji. Nie sądzę jednak by miało to jakikolwiek wpływ na ewentualną decyzję o wznowieniu serii, gdy tylko ktoś w Hollywood przypomni sobie, że ma jeszcze jednego kotleta do odgrzania. 

Bruce III Sobieski
Rambo, pamięta ktoś jeszcze tego dziarskiego komandosa, który według książkowego pierwowzoru zginął? Zapewne, przecież mieliśmy już cztery części, a co najmniej jedna jest w planach. Tym razem zajmuje się tym już sam Stallone, który co prawda kino akcji robić potrafi, ale nie wiadomo na ile jego pomysły okażą się świeże. Z kim mógłby się zmierzyć John w kolejnej części swoich przygód i czy nie będzie to przypadkiem personel domu starców?

Kolejną gwiazdą, która zaczyna blednąć w moich oczach jest Mad Max, którego nowa odsłona pt. Fury Road, nie ma jeszcze żadnych zapowiedzi. W tym przypadku Mel Gibson nie miał na tyle szczęścia by znaleźć się w obsadzie. Być może walnął w mordę nie tę osobę, co trzeba? Zamiast niego ujrzymy natomiast Toma Hardy`ego, który o dziwo pasuje mi do wizerunku Maxa kubek w kubek, zupełnie jak niegdyś młody Gibson.

Wśród wszystkich tych seriali, pewnego rodzaju exclusivem jest agent Jej Królewskiej Mości, którego tradycją stała się produkcja lepszych lub gorszych wcieleń. To symbol, który się nigdy nie kończy – produkowany zawsze niczym „najlepsza łódka świata”, znak towarowy Brytyjczyków eksportowany na Wschód i Zachód. W tej roli widzieliśmy już między innymi Seana Connery, Rogera Moore`a czy Timothy Daltona, ale też w nowszych wersjach Brosnana i Craiga.

Nie wypada pominąć produkcji powstałych już w 21. wieku. Jedną z najbardziej znanych i mocnych serii jest Resident Evil, gdzie Milla Jovovich sieje zniszczenie wśród dziesiątków zombie zastanawiając się z części na część, czy brać udział w kolejnej. Ten film to nieco inne podejście. Tutaj, podobnie jak w serii X-Men, nie następuje już reanimacja, ale intensywna eksploatacja materiału. Producenci wyciskają sok z owoców i będą to robili do ostatniej kropelki.

Powrót do korzeni

Jeżeli kontynuacje znudzą już widza, zawsze można zrobić remake! Przy okazji odejścia z Warner Brothers jednego z dyrektorów wykonawczych, dowiedzieliśmy się, że firma ma w przygotowaniu całą ich serię, a wśród nich na przykład Zabójczą Broń. Niestety, Mel Gibson również tutaj nie miał szczęścia. Bez znaczenia, bo restart jednej z najbardziej znanych serii kina sensacyjnego oznacza policzek w twarze aktorów, którzy już w niej wystąpili.

Wciąż mało? Proszę bardzo. W tym roku restart ma zaliczyć również najbardziej znany barbarzyńca w świecie filmu, czyli Conan. Grany przez Arnolda Schwarzeneggera siłacz z Cymerii przestał już być aktualny, dlatego w jego nowym wcieleniu zobaczymy Jasona Mamoa, umięśnionego surfera i gwiazdę Słonecznego patrolu – ślub na Hawajach. Jest na co czekać. 

Arnold Schwarzenegger
Ponadto, restartu prawdopodobnie nie uniknie też Pamięć Absolutna (skoro wspomnieliśmy Arnolda), czyli ikona kina science-fiction lat 90. ubiegłego wieku, oraz Commando (1985), z tymże samym siłaczem w roli głównej. Czy można sobie wyobrazić, że ktoś inny wypowie słynne zdanie „You`re a funny guy Sally, that`s why i`ll kill you last”?

W całym tym koglu-moglu brakuje mi sensu. Widzę potencjalny zysk produkcji żerujących na hitach sprzed lat. Ludzie pójdą do kin, jeśli nie zachęceni konkretami to z sentymentu, a to przeraża najbardziej. Takie zachowanie może mieć przełożenie na realny zysk będący dziś nierzadko miernikiem „ciepłego przyjęcia” przez widzów nawet najbardziej nędznych produkcji.

Na szczęście tytuły o których mowa należą co prawda do klasyki kina, ale niekoniecznie ambitnego. Pozostaje jeszcze mieć nadzieję, że nie zobaczymy kontynuacji Ojca chrzestnego, ani Leona Zawodowca.