 |
| Tron 1982. |
Sieć, to ponoć miejsce nieograniczonych możliwości, fantazyjna kraina gdzie nasza rzeczywistość niemal nie ma znaczenia i wykreowanie świata idealnego zdaje się być tak łatwe, jak codzienne dziś wciśnięcie przycisku „Power” na obudowie komputera. Czy wobec tego producenci nowego Tronu wycisnęli ze swojego „dziecka” wszystkie możliwości i zaserwowali nam olśniewające wizualnie, ale i fabularnie dzieło? Nie do końca.
Pierwsze chwile na Sali kinowej okazały się kluczowe dla odbioru całości obrazu. Mój pierwszy seans w 3D zaczął się nieprzyjemnie gdy zorientowałem się jak bardzo niewygodnie będzie oglądać film z dwiema parami okularów na nosie – jednymi, korekcyjnymi i drugimi do wersji 3D. Oto i pierwsza (niestety równie ż nie jedyna) wada systemu "tri di", którą zauważyłem. Jednak pomińmy kwestie wygody skupiając się na związku 3D z wizualną warstwą filmu. Nie da się nie zauważyć faktu, że wspomniana technologia, mająca widza zaskoczyć i dosłownie „wgnieść w fotel” jest w tym przypadku zupełnie zbędna. Dzieje się tak dlatego, że niewiele jest scen w filmie sprzyjających takim trikom. Całość podzielono na sekwencje trójwymiarowe oraz „płaskie” (których jest niewiele) ale prawdziwego uczucia „wychodzenia” obrazu z ekranu uświadczymy w tak niewielkiej ilości ujęć, że można je policzyć na palcach obydwu rąk. Stąd myśl w mojej głowie, że główną ideą przyświecającą zrobieniu wersji 3D było: kasy nigdy zbyt wiele!
Niemniej od strony wizualnej film prezentuje się doskonale. Zresztą co można zepsuć w świecie całkowicie wykreowanym? Jest to jeden z argumentów, który trzyma dla mnie leciwy już, klasyczny Tron, na przyzwoitym poziomie. Nie ukrywajmy jednak, że po wizualnej uczcie jaką zaserwowali nam ludzie z Disneya, powrót do jedynki może być dla większości widzów… trudny.
Fabularne fajerwerki.
 |
| Retro pager |
Fabularnie film przedstawia się prosto. Syn zaginionego przed laty programisty, Kevina Flynn`a, Sam, pomimo posiadania w rękach jednej z czołowych firm programistycznych na świecie, Encomu, jest na dobrej drodze do spędzenia reszty życia w towarzystwie nieco pokracznego psa i puszek coli. Słowem? Do zmarnowania swoich najlepszych lat. Pewnego dnia okazuje się jednak, że ojciec nie przepadł bez śladu a tropem do jego odnalezienia będzie wiadomość wysłana na pewien archaiczny pager. Tym sposobem wspólnie z Samem zostajemy wciągnięci do cybernetycznego świata Sieci, gdzie nie dzieje się dobrze. Okazuje się bowiem, że rzeczywistości nie pilnuje już unicestwiony przed laty Master Control Program, ale klon samego Kevina, Clu, który bezwzględnie pragnie zaprowadzić idealny porządek. By wydostać ojca i jego piękną wspólniczkę Quorę, Sam będzie musiał przechytrzyć cybernetycznego łotra.

Wszystko jasne ale…. problemem są pojawiające się tu i ówdzie dziury w fabule oraz pewne, zaskakujące przy tej produkcji uproszczenia. Gdy oglądałem zakończenie rechotałem, już nie ukrywając zażenowania. Obrazek Jeffa Bridgesa dokonującego „pierdnięcia mocy”, które znosi wszystkie bariery jest epicki. Jeżeli mowa o samym Kevinie to został ładnie wykreowany. Powiedzmy, że Bridges nie wymagał pewnie zbyt wielkiej charakteryzacji bowiem czas, który spędził w cyfrowym świecie jest niemalże równy temu, który faktycznie dzieli obydwie części Tronu. Szkoda mi jednak, że jako współtwórcy tego całego świetlistego otoczenia nie podarowano mu większych możliwości wpływania na jego strukturę. Słowem- jest za mało zajebisty.
Tylko Rinzlera szkoda.
 |
| Rinzler |
Pozostałych bohaterów da się lubić. Nie ma ich zbyt wielu i być może dzięki temu, możemy im się lepiej przyjrzeć. Pewną sympatią można nawet potraktować Clu, którego buźka animowana jest naprawdę ładnie.
Mamy więc tych dobrych i mamy tych złych, którzy doskonale splatają się ze swoimi archetypami. Bohaterowie są dość wyraziście wykreowani tak więc ból głowy związany z ich celami nam nie grozi. Wyjątkiem są dwie postacie, które dodają tej pustce uroku. Pierwszym jest rozrywkowy Castor, będący gospodarzem najbardziej znanego w świecie Sieci klubu i jednocześnie duchowym spadkobiercą Dumonta z pierwszej cześci. Jednak dwojaka natura Castora przyprawi bohaterów o gęsią skórkę a nas o dodatkowy uśmiech na twarzy. Ten wywrotowiec jest wcieleniem dobrego biznesmana, który dyplomatycznie balansując pomiędzy dobrem i złem (bez względu na to z której strony na to patrzymy) stara się utrzymać na powierzchni.
Najbardziej jednak szkoda mi innej postaci, która została w filmie mocno niedoceniona, a jej wątek tak marnie pociągnięty w czasie i przestrzeni (prawdopodobnie by było o czym kręcić sequel), że żal ściska… gardło. Rinzler, tajemniczy czarny charakter, którego wizerunek przyprawia o szybsze bicie serca pojawia się na arenie (dosłownie) niedługo po przybyciu Sama do „świata dysku”. Ten odziany na czarno, zamaskowany, doskonale wyćwiczony gladiator jest osobistym ochroniarzem Clu. Jego zadaniem jest odnalezienie starego Flynn`a i zgarnięcie jego dysku z danymi. Jeżeli mogę mówić o najmocniejszej postaci w filmie, która została jednocześnie najbardziej spartolona, to Rinzler będzie tutaj świetlistym przykładem. Ten bohater zmieniłby w filmie naprawdę wiele, gdyby nie potraktowano go z tak wielkim dystansem. By nie zdradzać zbyt wielu szczegółów wspomnę tylko, że nasz nieznajomy czarny charakter skrywa w sobie pewną tajemnicę.
Daft Punk górą
Nie będę ukrywał, że najmocniejszą stroną filmu jest muzyka. Napisać, że chłopaki z Daft Punk dali radę to mało. Oni po prostu stworzyli coś co w pewien sposób ratuje dla mnie tę pozycję. Ich elektroniczne kawałki idealnie komponują się ze scenami z cyfrowego świata. Szybkie gdy akcja się zawęża i mroczne oraz spokojne, gdy na ekranie następuje „cisza”. Zresztą obydwaj pojawiają się w filmie na krótką chwilę, ale nie chcę psuć przyjemnego zaskoczenia więc więcej szczegółów nie zdradzę. Od strony muzycznej, film miażdży. Jeżeli chodzi o soundtrack to pojawiły się dwie wersje – jedno i dwupłytowa.
Koniec?
Z kina wychodziłem rozczarowany. Z czasem film nieco zyskał w moich oczach ale ciągle biję się z myślami, że to mógł być jeden z lepszych filmów sci-fi ostatnich lat i to od schematycznego Disneya, którego historie, choć piękne, nie należą przecież do bardzo zawiłych.
Podsumowując, skopane 3D, nieco kulejąca fabuła, prosta jak konstrukcja cepa, uproszczone postacie; pomimo to nadal interesujące postacie, szybka akcja (ale bez przesady), dobra muzyka i rewelacyjna oprawa wizualna sprawiają, że film iskrzy wśród innych produkcji sci-fi, ale żaden wielki płomień z tego nie powstał.
Wszystko wskazuje na to (a ptaszki w sieci już ćwierkają), że pojawi się kontynuacja. Wolałbym jednak bardziej skondensowaną cześć drugą.