Kto może nam lepiej opowiedzieć o miłości jeżeli nie Francuzi? Co dopiero, gdy za produkcję miłosnej historii wezmą się wspólnie z Belgami i Włochami? Postanowiłem sprawdzić ten stereotyp przy okazji Kochałem ją, Zabou Breitmana. Miało być czarująco, wyszło trochę ślisko.
Z kinem francuskim nie miałem do tej pory wiele wspólnego, przynajmniej nie z tym dramatycznym, dlatego do Kochałem ją podszedłem praktycznie bez przygotowania. Tym bardziej, że jest to ekranizacja powieści pod tym samym tytułem. Może był to błąd, niemniej uczucie ślizgania się przez fabułę towarzyszyło mi nieprzerwanie podczas seansu.
Pierre (Daniel Auteuil) jest francuskim przedsiębiorcą, którego zmarnowane życie uczuciowe zmienia bieg gdy podczas podróży do Chin spotyka piękną tłumaczkę Mathilde (Marie Josée-Croze). Od tego momentu, zakochany w sporo młodszej kobiecie Francuz, będzie przemierzał cały świat by spotykać się ze swoją wybranką w hotelach, restauracjach, na spacerach; dryfując między prawdą i kłamstwem. Mathilde jest bowiem jego sekretem, skrupulatnie ukrywanym przed obliczem rodziny mieszkającej w Paryżu. Jednak każdy sen, nawet najpiękniejszy ma kiedyś swój koniec. I tak wokół sekretnego związku w końcu gromadzą się chmury, których Pierre, poprzez swoje niezdecydowanie nie potrafi rozwiać.
Wydawać się może, że w tej klasycznej opowieści są dwie drogi. Albo zostaniemy oczarowani kunsztem reżyserskim a co za tym idzie, świetnie poprowadzoną fabułą (jest dwoje kochanków, którzy wcale być nie powinni – czego chcieć więcej? Największe światowe dzieła się na tym opierają), albo zanudzimy się na śmierć i konając w męczarniach, kątem oka obejrzymy ostatnie kadry pierwszych 30 minut obrazu. Kochałem ją wprowadza trzecią możliwość. Nie jest ani do końca nudny, ani w żaden sposób porywający. I nijakość jest właściwie największą wadą filmu. Wstęp jest długi a gdy na ekranie wreszcie zaczyna się coś dziać i mamy nadzieję, że opowieść wciągnie nas w siebie i każe przeżywać się wielokrotnie, zostajemy uraczeni czymś potwornie zwykłym. Proste historie, szczególnie te miłosne potrafią być piękne, ale ta przypomina monotonnie wyrecytowany wiersz. Niby pojawiają się jakieś wzloty i upadki ale ani wzloty nie zachwycają ani upadki nie bolą. Zbyt rozwlekła narracja powoduje, ze powieki podniosłem dopiero pod koniec filmu, gdy pewne decyzje zostały już przez kochanków podjęte. Jest to jednak koniec nijaki, zaś ostatnia scena to już tapeta z ładnym widokiem. Tyle.
Jakby dla równowagi, znalazłem w filmie kilka pozytywów. Zadowalająco uwierają chwile, w których Pierre popełnia typowo męskie błędy w rozmowach z żoną i kochanką. Gdy próbuje ratować sytuację, którą zawalił w sposób dla mężczyzn klasyczny. Te potknięcia są tak bardzo naturalne i żałuję, że nie znalazło się miejsca na więcej podobnych smaków. Historia opowiedziana jest dość ciasno (jeżeli mówimy o pracy kamery), dlatego tak bardzo zachwyciła mnie swoboda sceny na łódce, gdy zakochani, długo przytulają się do siebie. Dlatego tak dobrze się czułem podczas sceny w restauracji, gdy Mathilde, powoli przechodząc wśród stolików przyciąga wzrok obcych mężczyzn swoją czerwoną sukienką i kształtną powierzchownością. Porywający jest moment, w którym bohater dostaje od swojej miłości ultimatum i rozpoczyna stresującą ale i wyzywająco niepewną grę miłosną, która jak mi się zdaje, uskrzydla go i daje pozytywnego kopa. Tym się cieszyłem i tym samym cieszył się Pierre. Widać wprawny z niego kinoman. Bardzo prawdopodobnym jest, że gdyby operator miał więcej swobody, całość nadrobiłaby stracone u mnie punkty.
Z samą historią Pierre`a można się łatwo utożsamić, wszak to opowieść życiowa. Bez trudu uda się ją więc dopasować w jakiś sposób do siebie. Kuleje jednak budowa i wykonanie.
Kochałem ją, to opowieść tragiczna, w świetle tragicznych wydarzeń ale i opowieść radosna w świetle uczuć, których bohaterowie dotykają. Opowieść która niczym bułka z masłem jedynie pobudza apetyt.
Kochałem ją, reż. Zabou Breitman, 2009.
PS Marie Josée-Croze zdecydowanie lepiej wygląda w rozpuszczonych włosach, niż w upiętych!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz