sobota, 31 marca 2012

Giganci ze stali


Recenzja filmu Giganci ze stali, 2011, reż. Shawn Levy.

Panie i panowie! Zapraszamy wszystkich miłośników robotów małych i dużych na galę boksu zawodowego w wykonaniu bohatera dnia, Atoma i wszystkich przeciwników, których uda się przeciw niemu poskładać! Owszem! Będą musieli ich składać!

Właściwie nie będę ściemniał i napiszę od razu, że jestem miłośnikiem wszystkich robotów obdarzonych przez swoich twórców emocjami  dobrymi czy złymi. Absolutnie uwielbiam wszelkiej maści filmowe twory z metalu i tworzyw wykonane przez człowieka i przez niego prowadzone z dobrymi i złymi zamiarami. Nie będę sięgał do przeszłości zbyt często bo czas na to nie pozwala (runda ma przecież swoje trzy minuty), ale warto przywołać takie klasyki jak Sędzia Dredd czy Robot Jox dochodząc do animowanych Transformersów i kończąc na tych filmowych (zdecydowanie mniej udanych). Z tym większym zapałem siadłem do najnowszej produkcji z maszynami w tle czyli do Real Steel.



I srogo się zawiodłem. Na początku. 

Oto mamy niedaleką przyszłość gdzie tradycyjny boks został zastąpiony przez ten bardziej brutalny w wykonaniu wielkich maszyn. Byli mistrzowie tradycyjnych walk na pięści stali się teraz trenerami swoich mechanicznych pupili. Taki właśnie los spotkał Charliego Kentona (Hugh Jackman), który próbując spłacić długi tuła się po podrzędnych ringach zabawiając tłum walkami z udziałem zwierząt na dorocznych wiejskich festynach. Nie jest on też bohaterem pierwszej próby, masa długów i szemrana przeszłość drobnego cwaniaczka pozwala mu z czystym sumieniem sprzedać swojego dopiero co odnalezionego syna, Maxa (Dakota Goyo) rodzinie zastępczej.  Gdy jednak musi się zaopiekować chłopcem jeszcze przez jakiś czas, razem z życiową partnerką Bailey (Evangeline Lilly) mają szansę stanąć na nogi w bokserskim światku, wrócić na szczyt i zacząć wszystko od nowa. I będzie to przygoda z wybojami, tym bardziej, że chłopak wdał się w ojca.



Zasadniczo filmy o zdobywaniu uznania i chwały na ringu wiele się od siebie nie różnią, podobnie jest z Gigantami, w których próżno szukać fabularnych fajerwerków i należy się nastawić na akcję totalnie przewidywalną. Co jednak na pewno znajdziecie to masa dobrej zabawy i najwięcej metalu na metr kwadratowy od czasu ostatnich Transformersów. Mówię szczerze. Jest to bowiem historia Charliego, Maxa i znalezionego na złomie robota o imieniu Atom, z którym bohaterowie sięgną po mistrzostwo stając przeciwko niepokonanemu dotychczas Zeusowi. Ależ to brzmi! W dodatku, tradycyjnie, Atoma nie da się nie lubić.



Skoro jest tak super to dlaczego jest tak źle na początku? Otóż film ma start bardzo słaby, rozkręca się powoli, nudno i sztampowo a do tego bohater grany przez Jackmana nie grzeszy głębią. Na szczęście z czasem obraz zyskuje na dynamice i z nudnawego zrzędzenia o nieudolnym, byłym bokserze robi się prawdziwie rodzinne kino wyładowane pierwszorzędnymi emocjami. Taki trochę Rocky w wersji dla wszystkich. I to trzeba temu filmowi oddać, że nie udaje czegoś czym nie jest. Byłem absolutnie kontent z podejścia do tematu tak od strony fabularnej jak i technicznej.

A jeśli już o tym mowa to warto wspomnieć, że muzyką zajął się Danny Elfman. Tak, tak, ten sam, stary, dobry Danny. Zresztą muzyka jest tu oliwą dolaną do ognia. Piosenki, Miksy i utwory muzyczne idealnie pasują do zmagań na ringu a do tego podnoszą ciśnienie tam gdzie powinny. Skoczne, lekkie rytmy, trochę hip hopu i rockowego pazura dodaje pieprzu!

W kategorii film rozrywkowy z przymrużeniem oka Real Steel zajmuje u mnie aktualnie pierwszą pozycję. Dla dzieciaków i dorosłych. ;)

1 komentarz:

  1. Ja w przeciwieństwie do ciebie wielbicielką filmów z robotami w roli głównej, nie jestem. (nawet wall-e nie zrobił na mnie wrażenia). Real Steal zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Nie wiem czy to przez moją miłość do Jackmana czy po prostu film był dobry (trudno mi ocenić obiektywnie) ale zgadzam się z twoją recenzją.

    OdpowiedzUsuń