Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film-recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film-recenzje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 czerwca 2019

Niegrzeczny Superman


Recenzja filmu „Brightburn: syn ciemności”, 2019, reż. David Yarovesky.

 

Widać, ze „Brightburn" to film o niskim budżecie, ale prawdziwym problemem jest tu fakt, że nie trzeba iść na  niego do kina czy kupować dvd. Jeśli widzieliście zwiastun to już wszystko. Nic więcej tam nie będzie.

No dobrze, ale jak to? To już nie trzeba iść na to do kina? Dokładnie, można, ale nie trzeba. Być może sami będziecie chcieli się przekonać jak wygląda mroczna wariacja na temat Supermana. Bo tym właśnie B jest. Dostajemy w pewnym sensie powtórkę z Man of Steel. Tyle, że Brandon wcale nie chce robić nic dobrego a krzywdzenie innych sprawia mu przyjemność. W pewnym momencie główny bohater filmu dostrzega, że jest niezniszczalny i pojawiający się na jego twarzy obrzydliwy uśmieszek spowoduje ten rodzaj nieprzyjemnego uczucia, przy którym już wiesz, że pozostali ludzie będą w opałach.

Historia w filmie toczy się stosunkowo szybko, ale jest poskładana dość sprawnie. Nic szczególnie
nie gryzie, chociaż pełen jest totalnie kliszowych scen. Znajdzie się kilka chwil na to, żeby zobaczyć jak Brandon dorasta, z jakimi problemami mierzy się w szkole, w jakiej rodzinie przyszło mu spędzać dzieciństwo oraz trochę tych, gdzie orientujemy się, że coś z chłopakiem jest nie tak. Ciężko jednak kogoś zaskoczyć odsłaniając wszystkie asy w rękawie już w materiałach promocyjnych. Co nie przeszkadza w tym aby obejrzeć jak ta historia została zrealizowana. Bo pomimo ewidentnie niskiego budżetu nie zostaniemy tu obrażeni strasznie kiepskimi efektami czy beznadziejną fabułą. Oczywiście znajdzie się tu i tam kilka dziur. Na przykład nie dowiemy skąd się Brandon wziął a jedyne co jest pewne, to że przybył z nieba i wszystko wskazuje na to, że był bardzo niechciany w ojczyźnie (motyw skaleczenia pozostawia tutaj pewne pole na domysły). Kompletny brak tła fabularnego (co wyraźnie odróżnia tę historię od Man of Steel) sprawia, że film ślizga się po łebkach. W jednej ze scen nasz mały nicpoń usiłuje odgadnąć to o czym mówi tajemniczy, szepczący do niego głos. Ni stąd ni zowąd mu się to udaje a widownia zostaje postawiona przed faktem dokonanym. Zdecydowanie postawiono tu jedynie na pokazanie tego, że nie każda peleryna oznacza coś dobrego. Resztę musisz sobie wymyślić.



Jak wspomniałem, efekty nie obrażają, co nie znaczy, że strona techniczna zrobiona jest świetnie. W scenach w których wykorzystano komputer jest to widoczne, ale nie są to tak rozbudowane sekwencje, żeby kruszyć o to kopię. Film jest krwawy, momentami. To nie jest gore, ale sceny śmierci są bardzo proste i wymowne. Wydaje mi się, że to działa i świetnie kontrastuje z delikatną twarzą tego nastoletniego mordercy. Brak tu finezji, ale nasz antybohater nie przebiera w słowach i czynach.

Niestety film rozgrywa się jedynie w kilku lokacjach, po których skaczemy niczym w serialowych cliffhangerach i to też troszkę razi. Czasami miałem to uczucie, że znów widzimy znane ujęcie z widoczkiem na farmę i za chwilę usłyszymy – w poprzednim odcinku Brightburn After Hours! - czytane jakimś przyjemnym głosem zza kadru. Brakuje tu szerszej perspektywy jaką zobaczymy choćby w niedawnym remake'u "It". Tego typu momenty, albo wspomniane kliszowe sceny sprawiają, że to ewidentnie produkcja nie posiadająca wielkich ambicji. Czy to źle? Myślę, że nie. Jeśli to jednorazówka to nadal do zapamiętania.


Nie powiem nic złego o aktorach bo wypadli względnie wiarygodnie co traktuję zawsze in plus. Nie są to szczególnie znani ludzie, ale gdyby trochę poszperać, to można się dowiedzieć, że w realizację filmu zaangażowało się kilka znanych tu i tam nazwisk. Zarówno po stronie obsady jak i na zapleczu. Na przykład taki James Gunn. (pan stojący za Strażnikami Galaktyki, który niedawno dostał po uszach za kilka nieciekawych wpisów na Twitterze) a także kilku jego znajomych. Wygląda to więc jak projekt po godzinach, żeby trochę odsapnąć. I myślę, że z takim nastawieniem warto na ten film iść. Myślę, że obniżając nieco wymagania można się na nim dobrze bawić a wychodząc nadal myśleć nad tym, czy znajdzie się ktoś, kto stanie Brandonowi na drodze? Byłoby naprawdę świetnie, gdyby okazało się, że jest to część większego uniwersum. Może jakiś crossover z Supermanem?

wtorek, 8 października 2013

Człowiek z nienawiści.

Recenzja filmu Wałęsa. Człowiek z nadziei, 2013, reż. Andrzej Wajda.

W Internecie aż huczy, że Wajda fałszuje historię, że jest kłamcą i nakręcił film o kłamcy. Wygląda na to, że zdaniem niektórych internautów prawdziwy Wałęsa nigdy nie powinien otrzymać takiej laurki a najlepiej gdyby szczezł pod czołgiem ze swoją nagrodą Nobla, która nic nie znaczy. Niektórzy podają źródła, fakty. Ogólne oburzenie przekłada się poniekąd na relatywnie niską ocenę Człowieka z nadziei na jednym z branżowych serwisów. Tylko czy aby na pewno film zasługuje na tak tęgie baty? Czy to jeszcze ocena filmu? Wydaje mi się, że nie i że nikt tu nikogo nie okłamuje.

Wałęsa. Człowiek z Nadziei trafia w dobry czas. Przede wszystkim pokolenie ludzi urodzonych "wtedy" wchodzi w dorosłość, a wielu z młodszych odbiorców mogło o Wałęsie i Solidarności ledwie słyszeć. Idealna chwila, by przypomnieć o tych, którzy pchnęli ludzi do walki z władzą i film nie sugeruje, że był to wyłącznie Lech Wałęsa.

Nikt tu nikogo nie wybiela chociaż z całą pewnością nie pokazuje wszystkiego. Wałęsa z ekranu jest człowiekiem ze wszystkimi drobnymi uchybieniami, bywa małostkowy, samolubny ale też przebiegły i zdeterminowany. W jednej z pierwszych scen znana włoska reporterka Oriana Fallaci jedzie do mieszkania, które rodzina Wałęsów otrzymała od państwa, co samo w sobie stawia ich w złym świetle. Bohater nie pozostawia złudzeń co do swojej osoby, uważa się za człowieka prostego i takim jest pokazany. W jednej se scen mówi wprost, że nie jest politykiem ale elektrykiem. Historia obraca się więc wokół jednej osoby ponieważ to film biograficzny, ale tłem dla tej historii są przecież dużo ważniejsze wydarzenia wśród których Bolek, prawdę powiedziawszy, pokazany jest jako człowiek od machania rękami i mocnych słów.

W filmie przedstawiono niektóre, ważniejsze sceny z życia Wałęsy i jego rodziny jak i samej Solidarności, te jasne i nieco ciemniejsze. Widać moment podpisywania przez niego dokumentów o współpracy z SB, widać to, jak stara się zapewnić rodzinie byt korzystając z własnego nazwiska i dla mnie to wystarczy, by zrozumieć w jakich czasach żyli ci ludzie. Ale żeby wszystko było jasne Wajda pokazuje też permanentną inwigilację i skrajną biedę, która pcha ludzi do chwytania się wszystkiego. Czego nie pokazuje Wajda, to Wałęsy tworzącego Solidarność. Pokazuje tytułowego człowieka z nadziei, który nie bał się stanąć w pierwszej linii nowego porządku i wykrzyczeć tego, o czym marzyli inni. Ale byli z nim inni.

Nie jest to film historyczny. To biografia osoby żyjącej, w dodatku oparta o konkretne wydarzenia. Skutkiem tego stajemy się świadkami przemian, które zachodziły w Polsce również dzięki Wałęsie ale też tylko niektórych wydarzeń z jego życia. Najważniejsze w tym wszystkim wydaje mi się tło i zrozumienie pewnych decyzji, z których ludzie są rozliczani do dziś. Nie jest to również film szkalujący imię czołowego, polskiego elektryka. Jeśli ktoś chce skonfrontować prawdę ekranu z prawdą czasu powinien sięgnąć po lekturę książek i materiałów prasowych i wym wypadku głosy sprzeciwu należy traktować jako dobry kontrapunkt dla całej historii. Jako głosy świadczące o tym, że jest tam coś więcej, że każda historia ma też swoje czarne strony. W żadnym wypadku nie jestem jednak w stanie zredukować zasług kogoś, kto miał w sobie tyle jaj, żeby stanąć naprzeciw władzy. Przez całą tę internetową burzę mam wrażenie, że tylko w Polsce rozlicza się zwycięzców. Przydałoby się w tym kraju trochę więcej pozytywnego myślenia na temat ludzi, którzy go tworzyli. Szczególnie, że często są oceniani przez ludzi, którzy nie musieli podpisywać żadnych dokumentów, nie byli też podsłuchiwani ani zapraszani na rozmowy.


Film jest oszczędny w formie chociaż zrealizowany dobrze. Nie miałem wrażenia sztuczności planu czy zachowań ludzi. Kamera radzi sobie całkiem nieźle, nie ma tu zbędnych scen czy fajerwerków, jest za to przyjemne mieszanie ujęć ze scenami dokumentalnymi. Postać Wałęsy zagrana jest bezbłędnie do tego stopnia, że miałem wrażenie, że Więckiewicz w tym filmie nie gra, ale nim jest. Gorzej wypada drugi plan ze względu na postacie, które nie mają zbyt wiele do powiedzenia przez co produkcja traci na głębi. Można powiedzieć, że oprócz żony Wałęsy, reszta ludzi wypada po prostu papierowo. Bardzo podobało mi się również tło muzyczne, które było dla mnie zaskoczeniem bo spodziewałem się u Wajdy czegoś co miałoby podkreślać patos. Nie ma jednak ani patosu, ani łzawej muzyki. Są buntownicze, punkowe kawałki, które świetnie wpasowują się w tematykę.

Jak dla mnie Wajda zrobił dobrą robotę, a kto chce więcej niech sięgnie po książki. Film pozostawia bowiem otwarte zakończenie i nikogo nie rozlicza.

Fotografie pochodzą z serwisu filmweb.pl.

środa, 1 maja 2013

Co u starego, dobrego Sala Paradise?

Recenzja filmu W drodze, 2012, reż. Walter Salles.

Od razu powiem, uprzedzę, że film będzie w pełni zrozumiały jedynie dla tych, którzy przeczytają książkę. Podobnie jak wspomnianą papierową wersję tej historii, tak i wersję filmową toczy ta sama choroba. Otóż miejscami nie wiadomo dokąd zmierza. Może właśnie to powinno być osią dla jednej i drugiej historii, ponieważ w istocie znacząco się od siebie różnią posiadając jednocześnie kilka, wspólnych mianowników. Ten brak, obecny w obydwu przypadkach wypełnia się gdzieś pomiędzy. Trzeba go zapełnić samemu wyciągając wnioski z tych postrzępionych, hulackich wizji. Cel trzeba samemu odkryć.

Do rzeczy jednak. Jest końcówka lat czterdziestych dwudziestego wieku, w Stanach Zjednoczonych następuje era bopu i młodzieńczego buntu. Dwaj przedstawiciele młodego pokolenia zakochują się w swoich charakterach bez pamięci i jest to miłość gorąca i duszna, platoniczna i przyjacielska. Obaj mają jeden cel – drogę. Wraz z grupą przyjaciół podróżują po Stanach odwiedzając coraz to dziwniejsze postaci i bawiąc się wbrew przyjętym kodeksom moralnym. Podobnie jak oryginał, tak i ekranizacja Sallesa pełna jest najdziwniejszych zdarzeń, które kształtują tych młodych buntowników.


Przyznać trzeba, że Salles ducha książki oddaje nieźle i za to muszę pochylić przed nim moje czoło, ponieważ (nie wiem czy ze względu na ograniczenia czasowe) dokonał tego, czego Kerouac nie zdołał. Nie znudził mnie. To, co widzimy na ekranie to esencja trywialnej potęgi, która trawi mężczyzn od zarania dziejów – ciekawości. Dlaczego mężczyzn? Abstrahując od tego, że to oni są głównymi bohaterami tej historii, muszę powiedzieć, że dla mnie, wbrew popularnym opisom spotykanym na obwolucie czy to książki czy filmu, jest to opowieść nie o buncie, ale o facetach właśnie. Facetach w różnej postaci, której centrum stanowi wybuchowy i zgubiony w życiu Dean Moriarty (w tej roli świetny Garrett Hedlund). Idealny włóczęga stanowi ucieleśnienie idei drzemiącej w facetach – ciągłej potrzeby parcia przed siebie. Jednocześnie nie pominięto trudnego losu kobiet, które cierpiąc kochają się w ludziach, których zupełnie nie rozumieją. Jest to zresztą prawda znana nawet dziś, dlatego podoba mi się uniwersalność  zawarta na ekranie.



Występuje tu ten zabieg w ekranizacjach, którego nie lubię, powiedzmy – nie całkiem. Na ekranie następuje niesamowita kondensacja tego co jest w książce i odnoszę wrażenie, że tylko z korzyścią dla napisanej przez Kerouaca powieści, którą w większości uważam za dość nudną. Pomimo tego, ten zbędny trik jest konieczny dla zrozumienia całości i żeby chaos zdarzeń nabrał konkretnego kształtu i ze stosowną prędkością rozwalił mózg odbiorcy. Tak być powinno i tak jest, nawet jeśli tego nie lubię. Pojawiający się na ekranie aktorzy świetnie odzwierciedlają książkowe pierwowzory (które nota bene zostały zaczerpnięte żywcem z życiorysu Kerouaca). Oglądając nie czułem się oszukany, nie czułem tego bolesnego ukłucia, które towarzyszy mi wówczas, gdy widzę brak spójności odgrywanego charakteru z aktorem.



Paradoksalnie, istotnym problemem tego filmu jest jego największa zaleta -  skrótowość. Trik, który uznałem za kluczowy, miejscami przeszkadza w zrozumieniu tego co widzimy na ekranie a dzieje się przecież dużo, bo pojawiają się interesujące postaci. Szczególnie na początku następuje lekka dezorientacja, gdy pojawiają się niewyjaśnione przeskoki czasowe. Takie trochę scenariuszowe wszystko i nic. Na szczęście nie jest to problem stały i film został przyzwoicie pocięty na odpowiadające wydarzeniom ramy czasowe. 



A propos wykonania. Kiedy w filmie widać połacie gołej, spalonej słońcem ziemi, którą przecina idealnie prosta droga, można dojść do wniosku, że film trafia w sedno tej powieści a to znaczy, że został nieźle zrobiony. Obecny jest duch tamtych czasów (lub jego wiarygodne wyobrażenie) i nie czułem się zawiedziony tym, co Èric Gautier (znany również z filmu Wszystko za życie) pokazał na ekranie. Jego zdjęcia są dobre. Podoba mi się scenografia i dobór muzyki, która w książce odgrywa ważną rolę. Pojawiają się te ważne sceny ciasnych pomieszczeń wypełnionych ludźmi pragnącymi chłonąć każdy dźwięk natchnionych, czarnoskórych muzyków. Piękne, kolorowe i żywiołowe sceny doskonale zgrywają się z wymęczonymi wizerunkami młodzieńców beat generation.



Dla tych, którzy lubią historie wyzwolonych postaci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś o facetach albo dla tych, którzy lubią drogę jest to pozycja obowiązkowa. Nie tak filozoficzna, niestety, jak książka, ale za to ciekawsza w odbiorze. Nie jest to poszukiwanie samego siebie i alienacja od tego co ludzkie jak we Wszystko za życie, ale opowieść o zupełnie innym rodzaju „drogi”.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Filmweb.

środa, 20 lutego 2013

Nie tylko dla Amerykanów



Recenzja filmu Lincoln, 2012, reż. Steven Spielberg.

Steven Spielberg ostatnio chyba więcej produkuje niż reżyseruje, ale przed napisaniem tego tekstu i tak zerknąłem na rodzimy serwis poświęcony filmom by podejrzeć jakie oceny całościowe wystawiłem jego poprzednim obrazom. Równo z Lincolnem było tam kilka ósemek i ani trochę nie czułem się tym zawiedziony. Zastanawiałem się bowiem czy ten reżyser nadal jest w dobrej formie czy tylko przypadkiem nakręcił tak dobry film.

Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy podczas pierwszych minut seansu, to że jestem do niego zupełnie nieprzygotowany. Powiedzmy, że częściowo znam historię Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, jednak pomimo tego zajęło mi trochę czasu nim przypomniałem sobie czego dokładnie Lincoln dokonał i w jaki sposób. Nie wspominając już o całej brygadzie jego popleczników i politycznych przeciwników, z którymi miałem największy problem (polecam zapoznać się z opisem jego osoby przed seansem). Na szczęście reżyser tak  skonstruował film, że szybko zaczniemy orientować się w wachlarzu arcyciekawych postaci. Oczywiście pod warunkiem, że będziemy jeszcze w kinie. Jest to bowiem film wymagający. Wymaga przede wszystkim skupienia. Gwoli wyjaśnienia wypada napisać, że Spielberg opowiada o drodze prezydenta Lincolna do uchwalenia trzynastej poprawki do konstytucji USA, dzięki której miliony czarnoskórych amerykanów przestało być niewolnikami. Nie brzmi zbyt porywająco? Ostrzegam – dużo polityki, trochę wojny i masa spraw z życia osobistego.


Jestem pod wrażeniem monumentalności - to dobre słowo - tego filmu a jednocześnie jego precyzji. Historia jest poważna, kreacje pierwszo i drugoplanowe są rewelacyjne, czasy przedstawione - trudne. Na szczęście nie zabrakło w tym filmie momentów lżejszych. To nie Django, gdzie zobaczymy gołe plecy chłostanych niewolników. Lincoln jednak pokazuje, że walka o wyzwolenie ludzi toczyła się nie tylko na polach bitew wojny secesyjnej, ale przede wszystkim w ludziach samych w sobie. 

Charakterystyczne jest tu bardzo dobre przedstawienie realiów, pokazanie walki politycznej na tle wojny toczonej przy użyciu dział i muszkietów. Precyzja tego filmu to głównie dobrze zagrane postacie. Daniel Day-Lewis stworzył genialnego Lincolna, który niemalże zadręczał wszystkich wokół swoimi filozoficznymi opowiastkami. Sally Field nakreśliła kreację jego zwariowanej żony a Tommy Lee Jones wcielił się w rolę amerykańskiego senatora, który zdobywa serca widzów swoim bezkompromisowym znieważaniem politycznych przeciwników ale, co najważniejsze, również oddaniem się idei walki z niesprawiedliwością.

Jest w tym filmie kilka naprawdę istotnych scen. Mocna jest choćby sekwencja kłótni pomiędzy Lincolnem i jego żoną, podczas której tak naprawdę zdałem sobie sprawę, że jest to człowiek pozostający pod naciskiem nie tylko politycznych adwersarzy, ale również rodziny. Imponujące są również starcia polityków w senacie, gdzie najbardziej odczujemy sposób myślenia ówczesnych mężów stanu. Znamienna jest choćby scena, w której jeden z politycznych oponentów wypowiada się na temat tego, co miałoby nastąpić po zniesieniu niewolnictwa. – Prawa wyborcze dla kobiet? Pyta retorycznie. I choć dziś budzi to uśmiech, wtedy jak widać, było nie do pomyślenia. Widać jak na dłoni, że niektórzy ludzie zostali stworzeni do walki bronią, inni zaś wspierali sprawę słowem.



Zdjęcia do filmu robił Janusz Kamiński, który nie pierwszy raz kręci dla Spielberga. I dobrze bo dzięki temu obraz nabiera stosownego rozmachu. Może faktycznie brakuje tu nieco intymności, jesteśmy bowiem świadkami rzeczy wielkich i czuć to w każdej scenie, czasami chce się powiedzieć - niestety. Nie ma tu miejsca (zarówno ze strony scenariuszowej jak i zdjęciowej) chociażby na chorobę Lincolna. Brak takich osobistych wstawek uważam za dość duży minus, gdyż trzeba przyznać, że poszedłem do kina na film o Lincolnie. Rozumiem jednak zabiegi upraszczające.

 
Jest to film zdecydowanie dla wybranej grupy odbiorców, pomimo tego, że Spielberg jest znany z kręcenia kina rodzinnego. W tym sensie, że potrafi w jednym obrazie zawrzeć tak wiele skrajnych emocji bez nachalnego rzucania nimi w oczy odbiorcy.  Zrezygnowano tu z fajerwerków wizualnych na rzecz spokojnych, przeciągłych kadrów. Próżno szukać wartkiej akcji, chociaż film przyśpiesza w stosownych momentach. Mogę powiedzieć, że polityka jeszcze nigdy nie była tak pasjonująca jak tu. Miejmy nadzieję, że ten obraz stanie się w pewnym sensie wyznacznikiem jakości dla tych, którzy podejmą się biografii znanych osób.

Zdjęcia pochodzą z serwisu filmweb.pl

sobota, 1 grudnia 2012

Wstrząśnięte, nie mieszane.

Recenzja filmu Skyfall, reż. Sam Mendes, 2012.


Szczerze powiedziawszy darowałem sobie ostatnie filmy o brytyjskim szpiegu, szkockiego pochodzenia. Jakoś bez echa przeszedł obok mnie Casino Royale czy Quantum of Solace. Nie obchodziły mnie też wszystkie wersje przygód agenta 007 z Brosnanem w roli głównej, wszystkie po Golden Eye. Dlatego teraz, gdy na srebrnym ekranie zawitał chyba najtańszy z epizodów z udziałem Craiga, nadszedł wreszcie czas by wyrwać się do kina na akcję pierwszej klasy. Czy film sprostał stawianym mu wymaganiom? (nie były wysokie :)).

Cóż, z nowym Dżejmsem jest tak, że równocześnie daje radę i daje ciała. Ten ambiwalentny osąd uzasadnię za chwilę. Teraz po prostu trzeba wspomnieć, że Daniel Craig w roli agenta kojarzącego mi się do tej pory z eleganckim mężczyzną w średnim wieku, o przyzwoitej sylwetce i inteligentnym, zawadiackim spojrzeniu, wypada zaskakująco dobrze. Co prawda w pierwszej chwili przypomina amatora chłodnych trunków, który lubi swoje hobby, jednak w skrojonym na miarę garniturze tworzy wizerunek faceta, który nie rzuca słów na wiatr. Craig podobał mi się już zresztą w amerykańskiej adaptacji książki „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” (Stieg Larsson) i tamta postać wypadła wg mnie lepiej, jednak nie sposób odmówić mu prezencji w Skyfall, nawet pomimo twarzy zmęczonego pracą kołchoźnika.



Do rzeczy jednak, czyli jak to się stało, że nowy Bond jest tak dobry a miejscami wręcz słaby? Nie do końca wiem, czy wynika to z problemów finansowych studia Metro Goldwyn Meyer, czy może z pójścia z duchem czasu, ale okazuje się, że Skyfall dorobił się miejscami naprawdę słabych efektów specjalnych. Niektóre sceny przypominają film mocno średniej klasy, oczywiście biorąc pod uwagę pracę speców od komputerowych śmigłowców i niby tylnej projekcji. Tu postawiłbym zdecydowany minus, skoro już poszli w tę stronę. Warto było wykazać się i dać widzom coś pierwszej wody. Z drugiej strony, film jest czymś w rodzaju epilogu, chociaż to jest zbyt mocne słowo, dla działań MI6 i samego Bonda, być może to właśnie jest przyczyną skromnego ujęcia? Trudno orzec, ale efekt końcowy miejscami niemile zaskakuje.

Nowy Q.
 
O ironio, z tym duchem czasu, gdyż fabuła mocno nawiązuje do idei globalnej wioski połączonej gęstą siecią internetową, w której agenci jej królewskiej mości sprowadzeni  zostali do roli cyngli wykonujących wyroki. To starcie nowego ze starym odzwierciedlono tu dosłownie. Na ekranie spotykamy nowego Q, który przypomina pryszczatego nastolatka i starego, dobrego Bonda, który docenia tradycyjne metody pracy. Przeciwnikiem MI6 i całego świata, tym razem staje się przestępca uniwersalny, który nie tylko doskonale włada klawiaturą ale jest też świrem pierwszej wody.  Widać wyraźnie zmęczenie materiału. 007 nie jest już tak szybki, często pudłuje a jego włosy przyprószyła już lekka siwizna. Jest to ten moment w jego karierze, który mówi człowiekowi czy jeszcze jest dobry, czy już powinien spasować. Ale nasz bohater rozkręca się powoli.

Strzelaniny, pościgi...

Fabularnie nie należy tu oczywiście oczekiwać zawiłości, producenci poszli tradycyjną drogą, i dobrze. Bond ma swój poziom i nie chciałbym, żeby ktokolwiek niepotrzebnie robił z niego Bourne`a. Jest intryga, się strzelają, się całują i ganiają. Są garnitury, drinki i szybkie samochody. W skrócie to co w opowieści o tym szpiegu jest najukochańsze.  Akcja będzie miała charakter właściwie lokalny (nie licząc kilku scen zagranicznych), czyli Londyn i mogę zapewnić, że w niektórych momentach, swoją intensywnością aż wbija w fotel. Z drugiej strony są też chwile, w których chce się ziewać. Zaskakujące jest to jak głęboko postanowiono pokazać relację pomiędzy M i Jamesem. To już nie są tylko zawodowe rozmowy, ich znajomość staje się bardziej personalna a miejscami sentymentalna. Dosłownie jak matki z synem. Znajdzie to zresztą swoje zwieńczenie w epilogu tej historii. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, kariera Bonda i wielu z jego agencji staje tu pod mocnym znakiem zapytania. Inna sprawa, że znajdziemy tu kilka naprawdę głupich rzeczy, jak chociażby pościg w tunelach londyńskiego metra. To chyba najsłabsza część filmu, którą można było skutecznie zastąpić czymś ciekawszym. Znaczy ja rozumiem, że Bond to film rozrywkowy, ale ten pociąg wypadający z torów… zresztą sam zobacz, czytelniku.

Javier Bardem wypada nieźle jako zły.

Miłośników piosenki wykorzystanej w czołówce filmu, informuję, że na oficjalnym soundtracku jej nie znajdziecie. Takie sprytne zagranie producenta by zwiększyć wpływy ze ścieżki dźwiękowej. Wielu ludzi się na to złapało. Mało tego, singiel w wykonaniu Adele nosi tytuł Skyfall i dokładnie taki sam tytuł nosi jeden z utworów na krążku zawierającym muzykę z filmu. Genialne. Piosenkę można kupić jako oddzielny singiel, ale czołówka jest rewelacyjna więc dla miłośników serii nie będzie to pewnie żaden problem. Muzycznie zresztą (żaden ze mnie krytyk muzyczny), Skyfall wypada przyzwoicie. Pojawiają się związane z Bondem motywy a soundtrack nadaje się do samodzielnego przesłuchania.
Nie mogło zabraknąć pięknej kobiety (Bérénice Marlohe).

Mieszanka nowego i starego wypada korzystnie, ale dostarczenie dużej dawki słabych efektów psuje smak tego Martini. I nawet wstrząsanie nie pomaga. Pomimo tego polecam całym sercem gdyż akcja pasuje do wspaniałej historii JB.