Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 czerwca 2019

Niegrzeczny Superman


Recenzja filmu „Brightburn: syn ciemności”, 2019, reż. David Yarovesky.

 

Widać, ze „Brightburn" to film o niskim budżecie, ale prawdziwym problemem jest tu fakt, że nie trzeba iść na  niego do kina czy kupować dvd. Jeśli widzieliście zwiastun to już wszystko. Nic więcej tam nie będzie.

No dobrze, ale jak to? To już nie trzeba iść na to do kina? Dokładnie, można, ale nie trzeba. Być może sami będziecie chcieli się przekonać jak wygląda mroczna wariacja na temat Supermana. Bo tym właśnie B jest. Dostajemy w pewnym sensie powtórkę z Man of Steel. Tyle, że Brandon wcale nie chce robić nic dobrego a krzywdzenie innych sprawia mu przyjemność. W pewnym momencie główny bohater filmu dostrzega, że jest niezniszczalny i pojawiający się na jego twarzy obrzydliwy uśmieszek spowoduje ten rodzaj nieprzyjemnego uczucia, przy którym już wiesz, że pozostali ludzie będą w opałach.

Historia w filmie toczy się stosunkowo szybko, ale jest poskładana dość sprawnie. Nic szczególnie
nie gryzie, chociaż pełen jest totalnie kliszowych scen. Znajdzie się kilka chwil na to, żeby zobaczyć jak Brandon dorasta, z jakimi problemami mierzy się w szkole, w jakiej rodzinie przyszło mu spędzać dzieciństwo oraz trochę tych, gdzie orientujemy się, że coś z chłopakiem jest nie tak. Ciężko jednak kogoś zaskoczyć odsłaniając wszystkie asy w rękawie już w materiałach promocyjnych. Co nie przeszkadza w tym aby obejrzeć jak ta historia została zrealizowana. Bo pomimo ewidentnie niskiego budżetu nie zostaniemy tu obrażeni strasznie kiepskimi efektami czy beznadziejną fabułą. Oczywiście znajdzie się tu i tam kilka dziur. Na przykład nie dowiemy skąd się Brandon wziął a jedyne co jest pewne, to że przybył z nieba i wszystko wskazuje na to, że był bardzo niechciany w ojczyźnie (motyw skaleczenia pozostawia tutaj pewne pole na domysły). Kompletny brak tła fabularnego (co wyraźnie odróżnia tę historię od Man of Steel) sprawia, że film ślizga się po łebkach. W jednej ze scen nasz mały nicpoń usiłuje odgadnąć to o czym mówi tajemniczy, szepczący do niego głos. Ni stąd ni zowąd mu się to udaje a widownia zostaje postawiona przed faktem dokonanym. Zdecydowanie postawiono tu jedynie na pokazanie tego, że nie każda peleryna oznacza coś dobrego. Resztę musisz sobie wymyślić.



Jak wspomniałem, efekty nie obrażają, co nie znaczy, że strona techniczna zrobiona jest świetnie. W scenach w których wykorzystano komputer jest to widoczne, ale nie są to tak rozbudowane sekwencje, żeby kruszyć o to kopię. Film jest krwawy, momentami. To nie jest gore, ale sceny śmierci są bardzo proste i wymowne. Wydaje mi się, że to działa i świetnie kontrastuje z delikatną twarzą tego nastoletniego mordercy. Brak tu finezji, ale nasz antybohater nie przebiera w słowach i czynach.

Niestety film rozgrywa się jedynie w kilku lokacjach, po których skaczemy niczym w serialowych cliffhangerach i to też troszkę razi. Czasami miałem to uczucie, że znów widzimy znane ujęcie z widoczkiem na farmę i za chwilę usłyszymy – w poprzednim odcinku Brightburn After Hours! - czytane jakimś przyjemnym głosem zza kadru. Brakuje tu szerszej perspektywy jaką zobaczymy choćby w niedawnym remake'u "It". Tego typu momenty, albo wspomniane kliszowe sceny sprawiają, że to ewidentnie produkcja nie posiadająca wielkich ambicji. Czy to źle? Myślę, że nie. Jeśli to jednorazówka to nadal do zapamiętania.


Nie powiem nic złego o aktorach bo wypadli względnie wiarygodnie co traktuję zawsze in plus. Nie są to szczególnie znani ludzie, ale gdyby trochę poszperać, to można się dowiedzieć, że w realizację filmu zaangażowało się kilka znanych tu i tam nazwisk. Zarówno po stronie obsady jak i na zapleczu. Na przykład taki James Gunn. (pan stojący za Strażnikami Galaktyki, który niedawno dostał po uszach za kilka nieciekawych wpisów na Twitterze) a także kilku jego znajomych. Wygląda to więc jak projekt po godzinach, żeby trochę odsapnąć. I myślę, że z takim nastawieniem warto na ten film iść. Myślę, że obniżając nieco wymagania można się na nim dobrze bawić a wychodząc nadal myśleć nad tym, czy znajdzie się ktoś, kto stanie Brandonowi na drodze? Byłoby naprawdę świetnie, gdyby okazało się, że jest to część większego uniwersum. Może jakiś crossover z Supermanem?

sobota, 25 maja 2019

To naprawdę dobry horror

Recenzja filmu "To", 2017, reż Andy Muschietti.

Przeglądając Netflixa wpadłem na „To’, które miałem obejrzeć dawno temu. Tę odświeżoną wersję, bo stara jakoś nigdy mnie nie zaciekawiła a i opinie miała mierne. W ogóle z pracami opartymi na książkach Kinga istnieje ponoć ten problem, że ludzie je uwielbiają, albo nimi gardzą. Nie wiem kto ma rację, bo z jego literaturą jestem na bakier, ale na pewno byłem zachwycony tym co zobaczyłem na ekranie przy okazji tego seansu.

Przede wszystkim, chylę czoła za klimat. Akcja rozgrywa się w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku więc skojarzenia ze Stranger Things będą nieuniknione (również ze względu na obsadę). Nic na to nie poradzę. Po prostu uwielbiam tamte klimaty, specyficzną kolorystykę używaną w filmach, styl ubierania się, technologię, muzykę. Wiele małych rzeczy, które sprawiają, że wszystko wygląda ciekawiej i jakoś bardziej ludzko. Mniej tu szybkiej, technologicznej współczesności a więcej spokoju i małomiasteczkowości.


Scenariuszowo nie musimy się o nic martwić. Myślę, że klasyczne Goonies to dobre porównanie jeśli chodzi o paczkę bohaterów i wszystko też ładnie wpasowuje się w kino nowej przygody. Tylko jest zdecydowanie mroczniej i gdy na ekranie pojawiają się kolejne wizje, nie raz przejdą was ciarki. Jest to więc miks klasycznego filmu przygodowego dla każdego z czymś skierowanym dla starszego odbiorcy. Bo warto powiedzieć, że groza ciężkich scen nie kryje się tutaj zwyczajnie w obrzydliwych widokach, ale w graniu na lękach głównych bohaterów – zabieg, który szczególnie w horrorach lubię. Wszystkie małe i wielkie lęki zostają tu wywleczone w bezceremonialny sposób na światło dzienne i dorośli mieszkańcy miasteczka nic z tym nie zrobią i być może nawet nie chcieliby reagować. Dobra historia to jednak nic dziwnego, jest to w końcu ekranizacja książki poczytnego autora ponoć niezłych horrorów. Całość jest spójna i posiada kilkoro interesujących głównych bohaterów, z których każdy został przedstawiony w kompetentny sposób. Znajdziemy tu zresztą kilka pobocznych historii podkreślających ponury klimat miasteczka Derry, z których w mało delikatny sposób dowiemy się co gryzie mieszkańców. Trochę jak w Miasteczku Salem, tylko przedstawione w zgrabny sposób i bardzo dobrze zagrane.

Nie jest to kino obrzydliwych widoków, ale jak wspomniałem, bardziej szczucia klimatem. Znajdziemy za to kilka straszaków, ale przez „komediowy” charakter tajemniczego klauna, z którym mierzą się bohaterowie, wydają się wręcz być na miejscu. Byłem mile zaskoczony tym, że nie wszystko trzeba było pokazać na wylot a niektóre sceny po prostu potęgowały strach i zanim doszło do kulminującego momentu, włosy na skórze zdążyły się już porządnie zjeżyć. Byłem pod wrażeniem mocnego początku jak i późniejszego, spokojnego rozwinięcia akcji, żeby w końcowym akcie nastąpiła kulminacja. Film na pewno pozostawi niedosyt ale takie ma zadanie bowiem wszystko zaplanowane jest na to, byśmy latem tego roku odwiedzili kina oglądając kontynuację. Być może cierpi na tym nieco postać naszego mrocznego klauna, bo ostatecznie nie dowiadujemy się kim, lub czym właściwie jest. Ale pewne niedopowiedzenia wydają się być na miejscu. Zamiast tego łatwo można się zorientować, że za karykaturalną postacią kryje się jakiś większy dramat, historia, która nie zostaje opowiedziana. W praktyce dostajemy obietnicę tego, że będzie więcej i myślę że jest na co czekać.

Ja zacieram rączki z niecierpliwości i już pompuję balonik.