Od razu powiem, uprzedzę, że film będzie w pełni zrozumiały jedynie dla tych, którzy przeczytają książkę. Podobnie jak wspomnianą papierową wersję tej historii, tak i wersję filmową toczy ta sama choroba. Otóż miejscami nie wiadomo dokąd zmierza. Może właśnie to powinno być osią dla jednej i drugiej historii, ponieważ w istocie znacząco się od siebie różnią posiadając jednocześnie kilka, wspólnych mianowników. Ten brak, obecny w obydwu przypadkach wypełnia się gdzieś pomiędzy. Trzeba go zapełnić samemu wyciągając wnioski z tych postrzępionych, hulackich wizji. Cel trzeba samemu odkryć.
Do rzeczy jednak. Jest końcówka lat czterdziestych dwudziestego wieku, w Stanach Zjednoczonych następuje
era bopu i młodzieńczego buntu. Dwaj przedstawiciele młodego pokolenia
zakochują się w swoich charakterach bez pamięci i jest to miłość gorąca i
duszna, platoniczna i przyjacielska. Obaj mają jeden cel – drogę. Wraz z grupą
przyjaciół podróżują po Stanach odwiedzając coraz to dziwniejsze postaci i
bawiąc się wbrew przyjętym kodeksom moralnym. Podobnie jak oryginał, tak i
ekranizacja Sallesa pełna jest najdziwniejszych zdarzeń, które kształtują tych
młodych buntowników.
Przyznać trzeba, że Salles ducha książki oddaje nieźle i za
to muszę pochylić przed nim moje czoło, ponieważ (nie wiem czy ze względu na
ograniczenia czasowe) dokonał tego, czego Kerouac nie zdołał. Nie znudził mnie.
To, co widzimy na ekranie to esencja trywialnej potęgi, która trawi mężczyzn od
zarania dziejów – ciekawości. Dlaczego mężczyzn? Abstrahując od tego, że to oni
są głównymi bohaterami tej historii, muszę powiedzieć, że dla mnie, wbrew
popularnym opisom spotykanym na obwolucie czy to książki czy filmu, jest to
opowieść nie o buncie, ale o facetach właśnie. Facetach w różnej postaci,
której centrum stanowi wybuchowy i zgubiony w życiu Dean Moriarty (w tej roli
świetny Garrett Hedlund). Idealny włóczęga stanowi ucieleśnienie idei
drzemiącej w facetach – ciągłej potrzeby parcia przed siebie. Jednocześnie nie
pominięto trudnego losu kobiet, które cierpiąc kochają się w ludziach, których
zupełnie nie rozumieją. Jest to zresztą prawda znana nawet dziś, dlatego podoba
mi się uniwersalność zawarta na ekranie.
Występuje tu ten zabieg w ekranizacjach, którego nie lubię,
powiedzmy – nie całkiem. Na ekranie następuje niesamowita kondensacja tego co
jest w książce i odnoszę wrażenie, że tylko z korzyścią dla napisanej przez Kerouaca
powieści, którą w większości uważam za dość nudną. Pomimo tego, ten zbędny trik
jest konieczny dla zrozumienia całości i żeby chaos zdarzeń nabrał konkretnego
kształtu i ze stosowną prędkością rozwalił mózg odbiorcy. Tak być powinno i tak
jest, nawet jeśli tego nie lubię. Pojawiający się na ekranie aktorzy świetnie
odzwierciedlają książkowe pierwowzory (które nota bene zostały zaczerpnięte
żywcem z życiorysu Kerouaca). Oglądając nie czułem się oszukany, nie czułem
tego bolesnego ukłucia, które towarzyszy mi wówczas, gdy widzę brak spójności
odgrywanego charakteru z aktorem.
Paradoksalnie, istotnym problemem tego filmu jest jego
największa zaleta - skrótowość. Trik, który
uznałem za kluczowy, miejscami przeszkadza w zrozumieniu tego co widzimy na
ekranie a dzieje się przecież dużo, bo pojawiają się interesujące postaci. Szczególnie
na początku następuje lekka dezorientacja, gdy pojawiają się niewyjaśnione
przeskoki czasowe. Takie trochę scenariuszowe wszystko i nic. Na szczęście nie
jest to problem stały i film został przyzwoicie pocięty na odpowiadające
wydarzeniom ramy czasowe.
A propos wykonania. Kiedy w filmie widać połacie gołej,
spalonej słońcem ziemi, którą przecina idealnie prosta droga, można dojść do
wniosku, że film trafia w sedno tej powieści a to znaczy, że został nieźle
zrobiony. Obecny jest duch tamtych czasów (lub jego wiarygodne wyobrażenie) i
nie czułem się zawiedziony tym, co Èric Gautier (znany również z filmu
Wszystko za życie) pokazał na ekranie. Jego zdjęcia są dobre. Podoba mi się
scenografia i dobór muzyki, która w książce odgrywa ważną rolę. Pojawiają się
te ważne sceny ciasnych pomieszczeń wypełnionych ludźmi pragnącymi chłonąć
każdy dźwięk natchnionych, czarnoskórych muzyków. Piękne, kolorowe i żywiołowe
sceny doskonale zgrywają się z wymęczonymi wizerunkami młodzieńców beat generation.
Dla tych, którzy lubią historie wyzwolonych postaci,
którzy chcą się dowiedzieć czegoś o facetach albo dla tych, którzy lubią drogę jest
to pozycja obowiązkowa. Nie tak filozoficzna, niestety, jak książka, ale za to
ciekawsza w odbiorze. Nie jest to poszukiwanie samego siebie i alienacja od
tego co ludzkie jak we Wszystko za życie, ale opowieść o zupełnie innym rodzaju
„drogi”.
Zdjęcia pochodzą z serwisu Filmweb.





