Zastanawiałem się, jakby zwiedziony tym błędnie napisanym tytułem, który przeczytałem na zapowiedzi w metrze, czy protoplasta serii o Obcych to tylko odcinanie kuponów, jak określają go niektórzy, czy poważna pozycja na polu współczesnego science-fiction? Wiedziony instynktem postanowiłem sprawdzić to na klasycznym seansie 2D. Wrażenia poniżej, i będą spojlery, uprzedzam.
Film otwiera scena, z której dowiadujemy się jak, prawdopodobnie powstało życie na Ziemi. Mocny, otwierający akcent można interpretować jako zapowiedź kina sci-fi z nutką filozofii, czyli najwyższych lotów uczta dla oczu. Zresztą, czego można się spodziewać po ojcu serii o Obcych i kilku innych kasowych produkcji, które odcisnęły swoje piętno w kinematografii? Wreszcie mamy okazję zobaczyć od czego wszystko się zaczęło! Mam wrażenie, że podobne myślenie spowodowało wśród wielu fanów przypływ dużej porcji entuzjazmu w stosunku do tego co zobaczymy ostatecznie na ekranie. Mam też wrażenie, że Scott uległ modnej ostatnio tendencji, żeby cały film streścić w zwiastunie, który miał go promować.
Ale po kolei. Wspomniana przeze mnie sekwencja otwierająca nadaje sens, a właściwie bezsens całej historii. Jak się bowiem później okazuje, grupa naukowców odnajduje w szkockich jaskiniach naścienne malowidła na których, podobnie jak w innych rejonach ziemi, utrwalono pewien wzór składający się z kropek. Wspomniane tęgie głowy wymyślają więc, że ten wspólny mianownik prehistorycznych kultur musi być rodzajem drogowskazu, który być może odpowie nam na pytania związane z tajemnicą powstania człowieka i doprowadzi nas do Inżynierów, a więc kogoś w rodzaju naszych stwórców. Odkrycia tego dokonuje dość dziwna para składająca się z przystojnego sceptyka (Charlie) i pełnej religijnej wiary, piękności (Shaw). Ich konflikt interesów w kwestii narodzin człowieka dawno już ewoluował poza teorię Darwina czy boskiej ręki. Oczywiście stanie się to wszystko przyczyną całej wyprawy mającej na celu zbadanie co też ciekawego kryje się na końcu króliczej nory. I tak rozpoczyna się seria zdarzeń, które doprowadzą bohaterów nie do odpowiedzi na postawione sobie pytanie, ale do dramatycznej walki o przetrwanie nie tylko swoje ale również gatunku ludzkiego.
By wyjaśnić bezsens zawarty we wstępie do tego filmu i rzutujący na całość fabuły muszę napisać, że wspomniany drogowskaz to współrzędne konkretnego miejsca w kosmosie, które jak wierzą bohaterowie tej story, jest miejscem zamieszkanym przez obcą rasę. W rzeczywistości księżyc planety, na którym ląduje ekipa zebrana przez znaną lub nieznaną korporację Weyland, okazuje się być jedynie bazą wypadową wspomnianych Obcych. To znaczy, że Ridley Scott wydymał nie tylko nas, ale także całe pokolenia prehistorycznych ludów a przede wszystkim członków ekspedycji. Po co bowiem praludzie mieliby umieszczać na swoich malowidłach adres bazy wypadowej? Oto jest pytanie na które odpowiedzi nie uzyskamy.
Skoro już wiemy, że film nie ma sensu to zajmijmy się analizą tego co ma sens, albo mieć powinno i co można zinterpretować i ocenić w sposób prosty. Fabuła chwieje się na glinianych nogach więc zwyczajowo mamy do dyspozycji jeszcze grę aktorską, scenografię, efekty wizualne i dźwiękowe itp. I trzeba przyznać, że od strony technicznej trudno zarzucić coś Prometeuszowi. Wizualnie, choć ascetycznie, film prezentuje się okazale, wspaniałe widoki wyglądają zjawiskowo. Oko cieszy charakteryzacja, kostiumy i skromność obrazu nawiązująca do surowej estetyki innych filmów z serii o Obcych. Nie ma tu niepotrzebnych fajerwerków ani świecidełek a całość przypomina nieco bardziej rozwiniętą współczesność.
W filmowej współczesności dominująca rolę ma odgrywać korporacja a tu już coś zaczyna kuleć. Odczuwam wsteczność w stosunku do tego co mieliśmy w starych filmach o Obcych. Powiedzmy, że byłem przyzwyczajony do wszechobecnej korporacyjności, ducha "parcia na szkło", na osiąganie sukcesów, na znalezienie w kosmosie czegoś co rozsławi Weyland po granice znanego świata. Dlatego w każdym filmie z tej serii musiał się znaleźć jakiś "skurwiel w krawacie" reprezentowany w ten czy inny sposób. Tutaj mamy Charlize Theron aka Vickers, która jako członek zarządu korporacji ma pilnować czy załoga wypełnia cele ekspedycji. Jakież było moje rozczarowanie gdy okazało się, że urocza Charlize jest w tym filmie właściwie po to, żeby się bzyknąć z kapitanem statku? Jej obecność na ekranie jest właściwie stratą czasu i nie do końca wiem z czego to wynika ale mam silne wrażenie, że po prostu jej postać została źle napisana. Zimna suka jaką stara się być Vickers ma jakieś swoje rozkazy, którymi nie bardzo chce się dzielić z załogą Prometeusza ale jednocześnie kompletnie ich nie realizuje. Taki trochę pies ogrodnika z niej. Totalna klapa jeśli chodzi o wykorzystanie postaci. Dwójka głównych bohaterów o których pisałem to oddzielny temat. Ta para, której związek napiętnowany jest naukowo-religijnym sporem o korzenie rasy ludzkiej mogła być znakomitym materiałem podpierającym filozoficzną stronę filmu. I co? Zamiast tego mamy kilka pocałunków, przytulasków, seks i śmierć. To aż zbyt mocno akcentuje związek między dwojgiem i to w miejscu, które akcentu potrzebuje najmniej. Jako, że reszta załogi stanowi w zasadzie tło skupię się na ostatniej, wartej wspomnienia postaci czyli Davidzie, granym przez Fassbendera. Roboty w ludzkiej postaci są nieodłączną częścią firmy Weyland i zawsze należy się spodziewać, że pod tą zaprogramowaną chęcią pomocy uczestnikom wyprawy, kryje się lojalność wobec interesów firmy. Właściwie Fassbender jest jedyną osobą godną zapamiętania. Jego beznamiętne oddanie całej sprawie i wyższy cel, który ukrywa przed współpracownikami są świetnie pokazane w kilku scenach. Jest to postać, która świetnie zaczepia o temat ludzkich uczuć, religijnych przesądów czy naukowego poświęcenia. Jego beznamiętność to idealna metoda na wprowadzenie obiektywnej narracji na tematy nurtujące członków załogi, idealna metoda odpowiedzi na pytania które powinny zostać tu zadane, a które nie padły! Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli nie Fassbender to kto? Wygląda na to, że mocne tło kończy się na korelacji akcji z nazwą statku, którym załoga przybywa na miejsce.
Niezależnie od tego jak dobrze czy źle wypadają bohaterowie trzeba wspomnieć o absurdalnych (nadal dających się uzasadnić ale jednak absurdalnych) rozwiązaniach fabularnych, których w filmie doświadczymy dość sporo. Przede wszystkim mamy tu mnogość wątków zaczerpniętych z uniwersum Obcego, które pozostają niewykorzystane. Wielu bohaterów i ich historie sprawiają wrażenie, że film się rozjechał w szwach. Żadna z tych historii nie jest pchnięta wystarczająco daleko by zaciekawić a nie jest też tak płytka by tylko o niej wspomnieć. To niestety widać, tak jak absurdy związane z akcją dziejącą się na ekranie, czego operacja na brzuchu, Shaw, jest błyszczącym przykładem. Takie rzeczy zrzucam jednak na barki kina sci-fi i stwierdzam, że mogę to zaakceptować między jednym a drugim łykiem coli.
Byłem zaskoczony tym jak bardzo Scott rozwodnił temat. Jego Inżynierowie i towarzyszące im stwory mają być protoplastami rasy znanej z poprzednich części Obcego i wszystko jest tu zrozumiałe ale mnogość obcych form jakie spotkamy w tym filmie chyba przerosła twórców, skutkiem czego moja uwaga była podzielona gdy próbowałem się doszukać, kto jest kim. Za dużo, Scott. Za dużo. Za dużo akcji, za mało treści. Oczywiście trzeba sobie powiedzieć jedno. Kolejna część już w produkcji, tak? Dobrze, że nie dotarliśmy jeszcze do czasów, gdy musimy sobie kupić zakończenie filmu.
Ogólnie mogę powiedzieć, że to co zrobił Scott jest w porządku. Wizualnie mnie nie obraził a rola Davida ratuje temat (nie wspominając o urodzie Noomi Rapace) ale fabularnie, chociaż można go wytłumaczyć, jest po prostu słaby. Przypomina to dobrą pozycję na wspólne popołudnie przed telewizorem z dvd,z colą i popcornem. Szkoda kasy na kino.
![]() |
| Mogli to tak zagrać. |
Zdjęcia pochodzą z serwisu: Filmweb.pl, oraz strony http://mojeulubionepostacie.blox.pl







