Recenzja filmu Giganci ze stali, 2011, reż. Shawn Levy.
Panie i panowie! Zapraszamy wszystkich miłośników robotów
małych i dużych na galę boksu zawodowego w wykonaniu bohatera dnia, Atoma i
wszystkich przeciwników, których uda się przeciw niemu poskładać! Owszem! Będą
musieli ich składać!
Właściwie nie będę ściemniał i napiszę od razu, że jestem
miłośnikiem wszystkich robotów obdarzonych przez swoich twórców emocjami dobrymi czy złymi. Absolutnie uwielbiam
wszelkiej maści filmowe twory z metalu i tworzyw wykonane przez człowieka i
przez niego prowadzone z dobrymi i złymi zamiarami. Nie będę sięgał do
przeszłości zbyt często bo czas na to nie pozwala (runda ma przecież swoje trzy
minuty), ale warto przywołać takie klasyki jak Sędzia Dredd czy Robot Jox
dochodząc do animowanych Transformersów i kończąc na tych filmowych
(zdecydowanie mniej udanych). Z tym większym zapałem siadłem do najnowszej
produkcji z maszynami w tle czyli do Real Steel.
I srogo się zawiodłem. Na początku.
Oto mamy niedaleką przyszłość gdzie tradycyjny boks został
zastąpiony przez ten bardziej brutalny w wykonaniu wielkich maszyn. Byli
mistrzowie tradycyjnych walk na pięści stali się teraz trenerami swoich
mechanicznych pupili. Taki właśnie los spotkał Charliego Kentona (Hugh
Jackman), który próbując spłacić długi tuła się po podrzędnych ringach
zabawiając tłum walkami z udziałem zwierząt na dorocznych wiejskich festynach.
Nie jest on też bohaterem pierwszej próby, masa długów i szemrana przeszłość
drobnego cwaniaczka pozwala mu z czystym sumieniem sprzedać swojego dopiero co
odnalezionego syna, Maxa (Dakota Goyo) rodzinie zastępczej. Gdy jednak musi się zaopiekować chłopcem
jeszcze przez jakiś czas, razem z życiową partnerką Bailey (Evangeline Lilly)
mają szansę stanąć na nogi w bokserskim światku, wrócić na szczyt i zacząć
wszystko od nowa. I będzie to przygoda z wybojami, tym bardziej, że chłopak
wdał się w ojca.
Zasadniczo filmy o zdobywaniu uznania i chwały na ringu
wiele się od siebie nie różnią, podobnie jest z Gigantami, w których próżno
szukać fabularnych fajerwerków i należy się nastawić na akcję totalnie przewidywalną.
Co jednak na pewno znajdziecie to masa dobrej zabawy i najwięcej metalu na metr
kwadratowy od czasu ostatnich Transformersów. Mówię szczerze. Jest to bowiem
historia Charliego, Maxa i znalezionego na złomie robota o imieniu Atom, z
którym bohaterowie sięgną po mistrzostwo stając przeciwko niepokonanemu
dotychczas Zeusowi. Ależ to brzmi! W dodatku, tradycyjnie, Atoma nie da się nie
lubić.
Skoro jest tak super to dlaczego jest tak źle na początku?
Otóż film ma start bardzo słaby, rozkręca się powoli, nudno i sztampowo a do
tego bohater grany przez Jackmana nie grzeszy głębią. Na szczęście z czasem
obraz zyskuje na dynamice i z nudnawego zrzędzenia o nieudolnym, byłym bokserze
robi się prawdziwie rodzinne kino wyładowane pierwszorzędnymi emocjami. Taki
trochę Rocky w wersji dla wszystkich. I to trzeba temu filmowi oddać, że nie
udaje czegoś czym nie jest. Byłem absolutnie kontent z podejścia do tematu tak
od strony fabularnej jak i technicznej.
A jeśli już o tym mowa to warto wspomnieć, że muzyką zajął się Danny Elfman. Tak, tak, ten sam, stary, dobry Danny. Zresztą muzyka jest tu oliwą dolaną do ognia. Piosenki, Miksy i utwory muzyczne idealnie pasują do zmagań na ringu a do tego podnoszą ciśnienie tam gdzie powinny. Skoczne, lekkie rytmy, trochę hip hopu i rockowego pazura dodaje pieprzu!
A jeśli już o tym mowa to warto wspomnieć, że muzyką zajął się Danny Elfman. Tak, tak, ten sam, stary, dobry Danny. Zresztą muzyka jest tu oliwą dolaną do ognia. Piosenki, Miksy i utwory muzyczne idealnie pasują do zmagań na ringu a do tego podnoszą ciśnienie tam gdzie powinny. Skoczne, lekkie rytmy, trochę hip hopu i rockowego pazura dodaje pieprzu!
W kategorii film rozrywkowy z przymrużeniem oka Real Steel
zajmuje u mnie aktualnie pierwszą pozycję. Dla dzieciaków i dorosłych. ;)





