poniedziałek, 14 lutego 2011

Rewind

Przypadek piątej części Szklanej pułapki skłonił mnie do refleksji nad stanem umysłowym hollywoodzkich (ale i nie tylko tych) producentów. Chyba nie jest dobrze, kiedy okazjonalnie czytając zapowiedzi i plotki odnośnie „nowych” produkcji, jak również obserwując tendencję już panującą w branży, mogę zadać sobie to oczywiste pytanie – czy zostaliśmy skazani na wieczny powrót do przyszłości? Wiele wskazuje na to, że znaleźliśmy się już w erze Wielkich Powrotów.

Niezniszczalni długowieczni

Są takie filmowe postacie, które nigdy nie przeminą. Piszę być może na wyrost, ale ciężko mi w tej chwili wyobrazić sobie świat bez Dartha Vadera, dra Henry Waltona Jonesa Juniora czy bohatera wspomnianej Szklanej pułapki, Johna McClane`a. Czym byłoby kino bez Rambo, Rockyego i kolejnych wcieleń terminatora? Gdzie byśmy pojechali gdyby nie Szalony Max Rockatansky?

Harrison Ford
Problem z nieśmiertelnością niektórych bohaterów wydaje mi się o tyle istotny, że ich ciągłe powroty powodują pewne rozwodnienie uwielbienia, jakim niektórych z nich darzyłem. W pewnym sensie podziw ustępuje miejsca nudzie i wrażeniu reanimacji dawno już poległych herosów. Zastanawiałem się na przykład, czy reanimacja Indy`ego aby na pewno była konieczna? Czy wrażenia, które czerpiemy do dziś z przeróżnych wydań filmów o zawadiackim archeologu, są mniej aktualne, lub nieświeże w stosunku do tych sprzed lat? Dobrze nam znane trzy części Indiany Jonesa okazały się jednak niewystarczające by zadowolić głodnych ludzi show biznesu. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć niespełna 70. letniego dziś Harrisona Forda śmigającego po ekranie i tłukącego „Ruskich”. Z tego też powodu zobaczymy Bruce`a Willisa (55 lat) w kolejnej Szklanej pułapce. Zresztą ten ostatni zamierza zakończyć przygody McClane`a na części szóstej. Przedsiębiorczy „ambasador” wódki Sobieski stara się tym samym uniemożliwić powrót twardego Johna na duży ekran w przypadku, gdyby okazało się, że gwiazdor będzie fizycznie niezdolny do scen akcji. Nie sądzę jednak by miało to jakikolwiek wpływ na ewentualną decyzję o wznowieniu serii, gdy tylko ktoś w Hollywood przypomni sobie, że ma jeszcze jednego kotleta do odgrzania. 

Bruce III Sobieski
Rambo, pamięta ktoś jeszcze tego dziarskiego komandosa, który według książkowego pierwowzoru zginął? Zapewne, przecież mieliśmy już cztery części, a co najmniej jedna jest w planach. Tym razem zajmuje się tym już sam Stallone, który co prawda kino akcji robić potrafi, ale nie wiadomo na ile jego pomysły okażą się świeże. Z kim mógłby się zmierzyć John w kolejnej części swoich przygód i czy nie będzie to przypadkiem personel domu starców?

Kolejną gwiazdą, która zaczyna blednąć w moich oczach jest Mad Max, którego nowa odsłona pt. Fury Road, nie ma jeszcze żadnych zapowiedzi. W tym przypadku Mel Gibson nie miał na tyle szczęścia by znaleźć się w obsadzie. Być może walnął w mordę nie tę osobę, co trzeba? Zamiast niego ujrzymy natomiast Toma Hardy`ego, który o dziwo pasuje mi do wizerunku Maxa kubek w kubek, zupełnie jak niegdyś młody Gibson.

Wśród wszystkich tych seriali, pewnego rodzaju exclusivem jest agent Jej Królewskiej Mości, którego tradycją stała się produkcja lepszych lub gorszych wcieleń. To symbol, który się nigdy nie kończy – produkowany zawsze niczym „najlepsza łódka świata”, znak towarowy Brytyjczyków eksportowany na Wschód i Zachód. W tej roli widzieliśmy już między innymi Seana Connery, Rogera Moore`a czy Timothy Daltona, ale też w nowszych wersjach Brosnana i Craiga.

Nie wypada pominąć produkcji powstałych już w 21. wieku. Jedną z najbardziej znanych i mocnych serii jest Resident Evil, gdzie Milla Jovovich sieje zniszczenie wśród dziesiątków zombie zastanawiając się z części na część, czy brać udział w kolejnej. Ten film to nieco inne podejście. Tutaj, podobnie jak w serii X-Men, nie następuje już reanimacja, ale intensywna eksploatacja materiału. Producenci wyciskają sok z owoców i będą to robili do ostatniej kropelki.

Powrót do korzeni

Jeżeli kontynuacje znudzą już widza, zawsze można zrobić remake! Przy okazji odejścia z Warner Brothers jednego z dyrektorów wykonawczych, dowiedzieliśmy się, że firma ma w przygotowaniu całą ich serię, a wśród nich na przykład Zabójczą Broń. Niestety, Mel Gibson również tutaj nie miał szczęścia. Bez znaczenia, bo restart jednej z najbardziej znanych serii kina sensacyjnego oznacza policzek w twarze aktorów, którzy już w niej wystąpili.

Wciąż mało? Proszę bardzo. W tym roku restart ma zaliczyć również najbardziej znany barbarzyńca w świecie filmu, czyli Conan. Grany przez Arnolda Schwarzeneggera siłacz z Cymerii przestał już być aktualny, dlatego w jego nowym wcieleniu zobaczymy Jasona Mamoa, umięśnionego surfera i gwiazdę Słonecznego patrolu – ślub na Hawajach. Jest na co czekać. 

Arnold Schwarzenegger
Ponadto, restartu prawdopodobnie nie uniknie też Pamięć Absolutna (skoro wspomnieliśmy Arnolda), czyli ikona kina science-fiction lat 90. ubiegłego wieku, oraz Commando (1985), z tymże samym siłaczem w roli głównej. Czy można sobie wyobrazić, że ktoś inny wypowie słynne zdanie „You`re a funny guy Sally, that`s why i`ll kill you last”?

W całym tym koglu-moglu brakuje mi sensu. Widzę potencjalny zysk produkcji żerujących na hitach sprzed lat. Ludzie pójdą do kin, jeśli nie zachęceni konkretami to z sentymentu, a to przeraża najbardziej. Takie zachowanie może mieć przełożenie na realny zysk będący dziś nierzadko miernikiem „ciepłego przyjęcia” przez widzów nawet najbardziej nędznych produkcji.

Na szczęście tytuły o których mowa należą co prawda do klasyki kina, ale niekoniecznie ambitnego. Pozostaje jeszcze mieć nadzieję, że nie zobaczymy kontynuacji Ojca chrzestnego, ani Leona Zawodowca.

2 komentarze:

  1. Całość czytałam kiwając głową ze zrozumieniem, ale ostatnie zdanie zmroziło mi krew w żyłach

    OdpowiedzUsuń
  2. Nad sequelem Leona, nota bene z Natalie Portman w roli głównej myślano już kilka lat temu. Na szczęście ktoś na górze poszedł po rozum do głowy.

    OdpowiedzUsuń