poniedziałek, 4 lipca 2011

Kubańskie love story


Recenzja filmu Chico i Rita (2010); reż:Javier Mariscal, Fernando Trueba, Tono Errando.

Wśród miłosnych opowieści, animacje stanowią zdecydowaną mniejszość, tym bardziej nie mogłem się doczekać zobaczenia tej hiszpańsko-brytyjskiej mieszanki amerykańskiego jazzu i rytmów kubańskich, które zbliżyły ku sobie dwie muzyczne osobistości lat czterdziestych, dwudziestego wieku. Mając przed sobą tak groteskowy wybór, między dwiema skrajnie różnymi produkcjami (Transformers 3, oraz Chico i Rita), poszedłem za głosem serca i nie zawiodłem się.

Zaintrygowała mnie forma, nie ukrywam, mam słabość do animacji, szczególnie tych, które są dobrze zrealizowane od strony technicznej, a więc stawiając nieznane ponad blockbusterem, zaryzykowałem bo o ile z produkcji trzeciej już części historii o gigantycznych robotach można, podejrzewam, spokojnie wyjść olśnionym ilością efektów specjalnych na centymetr kwadratowy ekranu, tak w przypadku Chico and Rity musiałem uwierzyć „na słowo” temu, co ujrzałem na plakacie.


Historia zaczynająca się w roku 1948 pachnie seksem i kubańskim, leniwym ale rozrywkowym stylem życia. Tak sportretowaną ojczyznę Castro należy oczywiście oglądać z przymrużonym okiem, mając na uwadze to, że nasi bohaterowie wywodzą się z rozrywkowych kręgów. Oto Chico i Rita, którzy poznają się w jednym z wielu lokali wyrosłych na kubańskim gruncie muzycznym. Zapadają się w siebie bez pamięci. Ich, doprawione naprzemiennie wyskokowymi i rzewnymi rytmami, uczucie to miłość prostego pianisty o wspaniałej duszy (Chico) do wschodzącej gwiazdy estrady, o zniewalającym głosie i prawdziwie południowym temperamencie (Rita). Jak to jednak w życiu bywa wybory, które podejmują nie zawsze prowadzą ich tam gdzie chcieliby być. Jest to przecież opowieść o miłości trudnej. Trochę zużyta, ale wciąż urocza.

Oglądając film miałem wrażenie, że wszystkie poruszone dylematy już widziałem we Fridzie, Julie Taymor, chociaż jest to obraz biograficzny, i pewnie wielu porównań nie da się uniknąć do tego czy innego obrazu, jednak nie przeszkadzało mi to ani przez chwilę. Wtórność jest, więc czuj się widzu ostrzeżony. Technicznie, film przypominał mi z kolei Walc z Bashirem i chyba nie jest to porównanie przesadzone, chociaż w Chico… widać więcej życia, kolorów i przede wszystkim znakomitej muzyki w tle, bez którego film chyba by się nie obronił.


Połączenie romansu w konwencjonalnym, dramatycznym wydaniu z muzyczną pigułką lat 50 ubiegłego wieku podziałało na mnie jak lekarstwo chociaż spotkałem się już z opiniami, że obraz trzech reżyserów przeraża fabularną pustką i oklepaniem tematu. I mógłbym się z tym zgodzić, gdyby nie słowa jednego z twórców, Fernando Trueba, że nie interesuje go robienie modnych filmów, że interesuje go opowiadanie. Para bohaterów, których nam przedstawił to ludzie z krwi i kości i łapałem się na tym, że oglądając Chico i Ritę razem wyobrażam sobie prawdziwych aktorów, którzy mogliby to pociągnąć.Te rzeczy pozwoliły mi utwierdzić się w przekonaniu, że wybrałem słusznie. 

Wycisnąłem z tej historii znacznie więcej niż tylko romans. To dla mnie przede wszystkim dwie miłości (ta fizyczna pomiędzy kochankami i duchowa, gdy widzimy z jaką fascynacją Chico porusza się po świecie muzyki), które widać gołym okiem, to zauroczenie stylem życia i opowiadaniem historii prostej w budowie z naprawdę głębokim tłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz