poniedziałek, 30 lipca 2012

Koniec Mrocznego Rycerza

Recenzja filmu Mroczny Rycerz Powstaje, 2012, reż. Christopher Nolan.

Jest to już ostatni film o przygodach Zamaskowanego Mściciela, którym zajmuje się Christopher Nolan. Tym bardziej warto rzucić okiem na to co udało się osiągnąć, czego zabrakło i jakie są perspektywy na przyszłość. To wszystko w kontekście poprzednich części, do których warto się odnieść by zwrócić uwagę na szczegóły w tle wydarzeń, których widz jest świadkiem w filmie Mroczny Rycerz Powstaje.

Jestem zdania, że to co w serii o Batmanie ma największą wartość, to co buduje postać Człowieka-Nietoperza jest zawarte w świecie, który bohatera otacza. Tło, którym jest Gotham City jest właściwą treścią filmu i Batmanem samym w sobie. Tym bardziej ucieszyłem się, że antybohaterem w epilogu Nolanowskiej epopei stał się ten, o którym mówi się, że złamał Nietoperza. Bane, bo o nim mowa, to znakomity materiał na podsumowanie osiągnięć Bruce`a Wayne`a w przebraniu. Dlatego chociażby, że komiksowy pierwowzór tego złoczyńcy o nadludzkiej sile scharakteryzował kiedyś swojego przeciwnika słowami "Batman is Gotham City". Ale kim on właściwie jest? Kim jest człowiek w masce, którego wszyscy się boją?


Bane nie miał szczęścia do mediów i jego dotychczasowe wcielenia ograniczyły się jedynie do przedstawienia głupiego, niewyraźnego mięśniaka, którego zaletą była tężyzna fizyczna (w najbardziej groteskowej formie można było go zobaczyć w filmie Batman i Robin, 1997, reż, Joel Schumacher) i dopiero Nolan pchnął tę postać we właściwym kierunku. Można powiedzieć, że Bane z Mroczny Rycerz Powstaje to nadal jedynie interpretacja tego błyskotliwego stratega o posturze kolosa, ale nie pozostająca cieniem własnej postaci. Inne są tu fakty z życia terrorysty, historia jest zmieniona ale to co najbardziej soczyste, rdzeń, Nolan zarysował idealnie a Tom Hardy wyeksponował w jednej z najbardziej wyrazistych kreacji ze świata Batmana. Bane jest adwersarzem na miarę Jokera, którego zagrał kilka lat temu zmarły już Heath Ledger i dlatego właśnie tak znakomicie buduje atmosferę Gotham City. Dlatego to co dzieje się na ekranie jest tak ważne. Inteligentny, brutalny i nadludzko silny Bane, cierpliwie wyczekuje właściwego momentu, by uderzyć w targanego wyrzutami sumienia Mrocznego Rycerza Gotham. Przeciwnik Wayne`a to wychowanek jednego z najcięższych więzień na świecie, który urodził się tam i dorastał a gdy opuścił miejsce w którym miał skończyć życie, zaczęła się dla niego nowa era. Czas dominacji i czas zemsty.

Tom Hardy nie pozostawia wątpliwości co do wyrazistości swojej postaci, która przez 99% filmu pojawia się w masce na twarzy. Sposób w jaki Hardy gra przekonuje mnie całkowicie a kwintesencją jest zdanie wypowiedziane przez tego super złoczyńcę w jednej z kluczowych dla jego wizerunku, scen w filmie - Do you feel like you`re in charge? Pyta jednego ze swoich mocodawców, Bane. Żeby nie zepsuć zabawy nie chcę mówić zbyt wiele, ale trzeba samemu poczuć moc jaka bije od człowieka, którego mimiki twarzy właściwie nie widzimy!


Aktorstwo w tej części ma dwa oblicza, mam bowiem świetnie zrealizowane postacie drugoplanowe (Lucius Fox i Alfred Pennyworth) i błyszczącego adwersarza Batmana a jednak nie zapomnijmy, że poruszamy się w rodzaju kina popcornowego gdzie znajdzie się dużo, niestety, miejsca na wiele innych, płytkich postaci. Film jest długi więc może to służyć za uzasadnienie pojawienia się armii ludzi będących tłem, czasami dość marnym, dla wydarzeń które oglądamy.


Osobne miejsce warto poświęcić Kobiecie Kot (Anne Hathaway), pamiętając, że Batman Nolana zrywa z baśniową konwencją poprzednich produkcji o Rycerzu z Gotham. Selina Kyle to kobieta posiadające wiele wdzięku ale zdecydowanie za mało sexapealu, którym jej bohaterka wręcz ocieka i to zarówno w poprzedniej ekranizacji jak i w komiksie. Hathaway jedynie ociera się o ten aspekt swojej postaci i przypomina bardziej kapryśną dziewczynę, niż kotkę na rozgrzanym, blaszanym dachu, która potrafi boleśnie zadrapać. Inna sprawa, że należy się jej honor za to, że idealnie wpasowała się w rzeczywisty świat nowego Gotham i stała się bardziej prawdziwa, przyciśnięta (zgodnie z pierwowzorem) do muru, idąca zawsze swoimi ścieżkami.


Odniesienie do poprzednich części trylogii, ma tu bardzo duże znaczenie. Szczególnie warto przypomnieć sobie część pierwszą gdyż znajdzie się w nowym Batmanie wiele odniesień do treści pokazanych wcześniej a niekoniecznie eksponowanych w Mrocznym Rycerzu. Muszę przyznać, że dzięki temu miałem poczucie, że oglądam kawał dobrze zrealizowanego kina akcji, w którym wszystko układa się w dobrze przemyślaną całość. Nasycenie postaci przeszłością (film trwa ponad 2,5 godziny więc jest na to czas) dobrze służy ich zrozumieniu, szczególnie gdy pod koniec filmu widać łzy w oczach człowieka, po którym najmniej można się tego spodziewać! Takie szczegóły, którym poświęcono niemałą ilość czasu, wynoszą pewne postacie do rangi niemalże ikony. W moich oczach oczywiście.


Ostatnie sceny, będące podsumowaniem trylogii dają nam jednak jeszcze więcej! Żeby nie zdradzać szczegółów napiszę, że w filmie pojawia się jeszcze jedna z ważniejszych postaci w uniwersum Batmana. Ale po szczegóły zapraszam do kin. I tak, miejscami jest to film dla miłośników Batmana, ale chwileczkę, czy nie o to właśnie chodzi?

Pomimo tych wszystkich błyszczących kreacji wynoszących film Nolana niemalże do arcydzieła popcorn movie, nie mogłem przeboleć kilku spraw. Bez względu na to jak bardzo kocham Bane`a (to mój ulubiony przeciwnik Nietoperza), nie podobało mi się nazbyt swobodne manipulowanie pewnymi faktami z jego przeszłości. I chociaż efekt końcowy był niesamowity, po prostu trudno mi odżałować pewnych zmian, które musiały nastąpić. Trudno mi też zrozumieć pewne sprawy związane z jego kreacją w filmie. Problemem jest również traktowanie, miejscami, widza jak idioty, który nie zada sobie pytań, dlaczego akcja, która rozpoczęła się za dnia nagle kończy się nocy, dlaczego spośród biegnących na siebie band prawie nikt nie ginie skoro wszyscy mają broń? Dlaczego.... znajdzie się jeszcze sporo takich pytań, było to dla mnie bardzo irytujące i powodowało  mieszane uczucia. Również scenografia drugiej partii filmu pozostawiała dla mnie wiele do życzenia i właściwie na tych drobnostkach i szczególikach kończy się moje narzekanie na ten obraz. Niektórzy twierdzą jeszcze, że jest to film akcji bez akcji. Trudno się nie zgodzić z tym, że wszystko rozgrywa się tu powoli, ale nie oszukujmy się, to jest epilog, trzecia część, która formalnie i fabularnie jest inna od poprzednich i to widać i chyba trzeba przyjąć, że tak ma być. Mi takie wytłumaczenie sobie pomogło, tym bardziej, że mogłem zwrócić dzięki temu większą uwagę na tło całej historii.


Po seansie mogłem jedynie powiedzieć, wiedząc, że to ostatnia część zrobiona przez Nolana "Nolan Ty Chu*u! Jak mogłeś nam to zrobić?". Czy wyszedłem z kina z uczuciem niedostatku? Tak! Powoli doszedłem jednak do wniosku, że to znacznie lepsze niż nadmiar. Poza tym, nie wszystkie furtki zostały w tym filmie zamknięte i mocnej akcji, towarzyszą zdumiewające, czasami, zwroty fabularne. Mocna rzecz. Ale jakie są zatem perspektywy na przyszłość? Nolan zapowiedział, że nie robi kolejnego filmu o Batmanie, Bale zadeklarował, że w przypadku pojawienia się w kontynuacji jednej z istotnych postaci w Gotham on również zdecydowanie rezygnuje. Jednocześnie Mroczny Rycerz Powstaje daje tak wielkie pole do interpretacji, że ciężko się oprzeć wrażeniu, że jeszcze nie wszystko stracone. Są na to perspektywy a jaka będzie rzeczywistość, zapewne dowiemy się w przyszłości. Nie można bowiem zaprzeczyć, że w perspektywie czasu ktoś znów sięgnie po człowieka w czarnej pelerynie.

Podsumowując muszę napisać, że ogólne wrażenie po obejrzeniu Mroczny Rycerz Powstaje było takie, że nie jest to najlepszy film z serii, ale jednak posiada najbardziej zajebiste postacie i najlepsze tło fabularne.

Zdjęcia pochodzą z serwisu Filmweb.pl

niedziela, 22 lipca 2012

"Promoteusz"

Recenzja filmu Prometeusz, 2012, reż. Ridley Scott.

Zastanawiałem się, jakby zwiedziony tym błędnie napisanym tytułem, który przeczytałem na zapowiedzi w metrze, czy protoplasta serii o Obcych to tylko odcinanie kuponów, jak określają go niektórzy, czy poważna pozycja na polu współczesnego science-fiction? Wiedziony instynktem postanowiłem sprawdzić to na klasycznym seansie 2D. Wrażenia poniżej, i będą spojlery, uprzedzam.

Film otwiera scena, z której dowiadujemy się jak, prawdopodobnie powstało życie na Ziemi. Mocny, otwierający akcent można interpretować jako zapowiedź kina sci-fi z nutką filozofii, czyli najwyższych lotów uczta dla oczu. Zresztą, czego można się spodziewać po ojcu serii o Obcych i kilku innych kasowych produkcji, które odcisnęły swoje piętno w kinematografii? Wreszcie mamy okazję zobaczyć od czego wszystko się zaczęło! Mam wrażenie, że podobne myślenie spowodowało wśród wielu fanów przypływ dużej porcji entuzjazmu w stosunku do tego co zobaczymy ostatecznie na ekranie.  Mam też wrażenie, że Scott uległ modnej ostatnio tendencji, żeby cały film streścić w zwiastunie, który miał go promować.



Ale po kolei. Wspomniana przeze mnie sekwencja otwierająca nadaje sens, a właściwie bezsens całej historii. Jak się bowiem później okazuje, grupa naukowców odnajduje w szkockich jaskiniach naścienne malowidła na których, podobnie jak w innych rejonach ziemi, utrwalono pewien wzór składający się z kropek. Wspomniane tęgie głowy wymyślają więc, że ten wspólny mianownik prehistorycznych kultur musi być rodzajem drogowskazu, który być może odpowie nam na pytania związane z tajemnicą powstania człowieka i doprowadzi nas do Inżynierów, a więc kogoś w rodzaju naszych stwórców. Odkrycia tego dokonuje dość dziwna para składająca się z przystojnego sceptyka (Charlie) i pełnej religijnej wiary, piękności (Shaw). Ich konflikt interesów w kwestii narodzin człowieka dawno już ewoluował poza teorię Darwina czy boskiej ręki. Oczywiście stanie się to wszystko przyczyną całej wyprawy mającej na celu zbadanie co też ciekawego kryje się na końcu króliczej nory. I tak rozpoczyna się seria zdarzeń, które doprowadzą bohaterów nie do odpowiedzi na postawione sobie pytanie, ale do dramatycznej walki o przetrwanie nie tylko swoje ale również gatunku ludzkiego.


By wyjaśnić bezsens zawarty we wstępie do tego filmu i rzutujący na całość fabuły muszę napisać, że wspomniany drogowskaz to współrzędne konkretnego miejsca w kosmosie, które jak wierzą bohaterowie tej story, jest miejscem zamieszkanym przez obcą rasę. W rzeczywistości księżyc planety, na którym ląduje ekipa zebrana przez znaną lub nieznaną korporację Weyland, okazuje się być jedynie bazą wypadową wspomnianych Obcych. To znaczy, że Ridley Scott wydymał nie tylko nas, ale także całe pokolenia prehistorycznych ludów a przede wszystkim członków ekspedycji. Po co bowiem praludzie mieliby umieszczać na swoich malowidłach adres bazy wypadowej? Oto jest pytanie na które odpowiedzi nie uzyskamy.

Skoro już wiemy, że film nie ma sensu to zajmijmy się analizą tego co ma sens, albo mieć powinno i co można zinterpretować i ocenić w sposób prosty. Fabuła chwieje się na glinianych nogach więc zwyczajowo mamy do dyspozycji jeszcze grę aktorską, scenografię, efekty wizualne i dźwiękowe itp. I trzeba przyznać, że od strony technicznej trudno zarzucić coś Prometeuszowi. Wizualnie, choć ascetycznie, film prezentuje się okazale, wspaniałe widoki wyglądają zjawiskowo. Oko cieszy charakteryzacja, kostiumy i skromność obrazu nawiązująca do surowej estetyki innych filmów z serii o Obcych. Nie ma tu niepotrzebnych fajerwerków ani świecidełek a całość przypomina nieco bardziej rozwiniętą współczesność.


W filmowej współczesności dominująca rolę ma odgrywać korporacja a tu już coś zaczyna kuleć. Odczuwam wsteczność w stosunku do tego co mieliśmy w starych filmach o Obcych. Powiedzmy, że byłem przyzwyczajony do wszechobecnej korporacyjności, ducha "parcia na szkło", na osiąganie sukcesów, na znalezienie w kosmosie czegoś co rozsławi Weyland po granice znanego świata. Dlatego w każdym filmie z tej serii musiał się znaleźć jakiś "skurwiel w krawacie" reprezentowany w ten czy inny sposób. Tutaj mamy Charlize Theron aka Vickers, która jako członek zarządu korporacji ma pilnować czy załoga wypełnia cele ekspedycji. Jakież było moje rozczarowanie gdy okazało się, że urocza Charlize jest w tym filmie właściwie po to, żeby się bzyknąć z kapitanem statku? Jej obecność na ekranie jest właściwie stratą czasu i nie do końca wiem z czego to wynika ale mam silne wrażenie, że po prostu jej postać została źle napisana. Zimna suka jaką stara się być Vickers ma jakieś swoje rozkazy, którymi nie bardzo chce się dzielić z załogą Prometeusza ale jednocześnie kompletnie ich nie realizuje. Taki trochę pies ogrodnika z niej. Totalna klapa jeśli chodzi o wykorzystanie postaci. Dwójka głównych bohaterów o których pisałem to oddzielny temat. Ta para, której związek napiętnowany jest naukowo-religijnym sporem o korzenie rasy ludzkiej mogła być znakomitym materiałem podpierającym filozoficzną stronę filmu. I co? Zamiast tego mamy kilka pocałunków, przytulasków, seks i śmierć. To aż zbyt mocno akcentuje związek między dwojgiem i to w miejscu, które akcentu potrzebuje najmniej. Jako, że reszta załogi stanowi w zasadzie tło skupię się na ostatniej, wartej wspomnienia postaci czyli Davidzie, granym przez Fassbendera. Roboty w ludzkiej postaci są nieodłączną częścią firmy Weyland i zawsze należy się spodziewać, że pod tą zaprogramowaną chęcią pomocy uczestnikom wyprawy, kryje się lojalność wobec interesów firmy. Właściwie Fassbender jest jedyną osobą godną zapamiętania. Jego beznamiętne oddanie całej sprawie i wyższy cel, który ukrywa przed współpracownikami są świetnie pokazane w kilku scenach. Jest to postać, która świetnie zaczepia o temat ludzkich uczuć, religijnych przesądów czy naukowego poświęcenia. Jego beznamiętność to idealna metoda na wprowadzenie obiektywnej narracji na tematy nurtujące członków załogi, idealna metoda odpowiedzi na pytania które powinny zostać tu zadane, a które nie padły! Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli nie Fassbender to kto? Wygląda na to, że mocne tło kończy się na korelacji akcji z nazwą statku, którym załoga przybywa na miejsce.

Niezależnie od tego jak dobrze czy źle wypadają bohaterowie trzeba wspomnieć o absurdalnych (nadal dających się uzasadnić ale jednak absurdalnych) rozwiązaniach fabularnych, których w filmie doświadczymy dość sporo. Przede wszystkim mamy tu mnogość wątków zaczerpniętych z uniwersum Obcego, które pozostają niewykorzystane. Wielu bohaterów i ich historie sprawiają wrażenie, że film się rozjechał w szwach. Żadna z tych historii nie jest pchnięta wystarczająco daleko by zaciekawić a nie jest też tak płytka by tylko o niej wspomnieć. To niestety widać, tak jak absurdy związane z akcją dziejącą się na ekranie, czego operacja na brzuchu, Shaw, jest błyszczącym przykładem. Takie rzeczy zrzucam jednak na barki kina sci-fi i stwierdzam, że mogę to zaakceptować między jednym a drugim łykiem coli.

Byłem zaskoczony tym jak bardzo Scott rozwodnił temat. Jego Inżynierowie i towarzyszące im stwory mają być protoplastami rasy znanej z poprzednich części Obcego i wszystko jest tu zrozumiałe ale mnogość obcych form jakie spotkamy w tym filmie chyba przerosła twórców, skutkiem czego moja uwaga była podzielona gdy próbowałem się doszukać, kto jest kim. Za dużo, Scott. Za dużo. Za dużo akcji, za mało treści. Oczywiście trzeba sobie powiedzieć jedno. Kolejna część już w produkcji, tak? Dobrze, że nie dotarliśmy jeszcze do czasów, gdy musimy sobie kupić zakończenie filmu.

Ogólnie mogę powiedzieć, że to co zrobił Scott jest w porządku. Wizualnie mnie nie obraził a rola Davida ratuje temat (nie wspominając o urodzie Noomi Rapace) ale fabularnie, chociaż można go wytłumaczyć, jest po prostu słaby. Przypomina to dobrą pozycję na wspólne popołudnie przed telewizorem z dvd,z  colą i popcornem. Szkoda kasy na kino.

Mogli to tak zagrać.

Zdjęcia pochodzą z serwisu: Filmweb.pl, oraz strony http://mojeulubionepostacie.blox.pl

czwartek, 7 czerwca 2012

Dyktator

Recenzja filmu Dyktator, reż. Larry Charles, 2012.

Mamy świeże informacje dla wiarołomnych członków sił opozycji, którzy jeszcze nie wiedzą czy warto szturmować kina w poszukiwaniu najnowszej, imperialistycznej produkcji z Sachą Baron Cohenem w roli głównej (o ile jeszcze jest gdzieś wyświetlana). Otóż warto. Dlaczego?

W prostych słowach można by napisać, że powodem jest po prostu duża dawka humoru, głupiego humoru, jakiej uświadczymy w filmie. W rozwinięciu postaram się jednak opowiedzieć coś więcej na temat tego obrazu sfinansowanego całkowicie przez wywrotowców z amerykańskiej ziemi.

Otóż produkcje z udziałem Cohena cechuje udział solidnej dawki idiotycznego, wręcz żenującego, a jednak mieszczącego się w granicach rozsądku, dowcipu sytuacyjnego. Z tym słownym jest już niestety gorzej, niemniej jednak głównym bohaterom filmów ze wspomnianym gwiazdorem trzeba oddać jedno - jeńców nie biorą. Nie ma dla nich szczególnych świętości. Równo dostaje się z białym, czarnym, azjatom i latynosom, śmieją się z subkulturowego stylu życia czy światowej sławy celebrytów, z więzi rodzinnych i przywiązania do tradycji. Nie ma dla nich właściwie żadnej świętości i nawet królowa musi się mieć na baczności. Nie inaczej jest w przypadku Dyktatora będącego, w zasadzie, satyrą na dyktatorskie rządy watażków z Bliskiego Wschodu. Sam film ma ponoć dość dobre tło, gdyż inspirowany miał być książką Zabibah and The King napisaną, rzekomo, przez samego Saddama Husseina. Prawda, że ładnie?



Nie ma co się rozwodzić nad fabułą gdyż jest prosta jak konstrukcja rakiety balistycznej ze szpiczastym końcem. Generał Aladeen, przywódca wymyślonej dyktatury pojawia się w Stanach Zjednoczonych Ameryki by na kongresie ONZ powiedzieć co sądzi o demokracji w swoim kraju. Na skutek knowań jednego z jego dowódców, Aladeen zostaje porwany a na jego miejsce podstawia się sobowtóra. Głównym zadaniem byłego dyktatora będzie więc powrót do władzy.



I trzeba przyznać, że nieźle mu to idzie. Można powiedzieć, że przewrotnie spełnia się tu słynny amerykański sen czyli droga od zera do bohatera, co jednak dla naszego dumnego oprawcy, przyzwyczajonego do słuchania rozkazów, będzie nie lada wyzwaniem. Jego droga przez mękę, od sprzedawcy w sklepie z ekologiczną żywnością do dyktatorskiego stołka, będzie obfitowała w całą masę obrzydliwych i okrutnych dowcipów, balansujących na granicy dobrego smaku a nierzadko ją przekraczających. Tutaj muszę uprzedzić, że Cohen drwi ze wszystkiego o czym pisałem, a przede wszystkim z tego jak ludzie wyglądają. Dla tych, którym ciężko przełknąć taki humor polecam wybrać jakiś lekko strawny film o zabarwieniu romantycznym bowiem Dyktator jest ostrym przeciwieństwem tego opisu. Jedną z najokropniejszych scen jest tu poród odbywający się na podłodze w sklepie. Nie da się ukryć, że związane z macierzyństwem sprawy są w tym obrazie przekręcone na opak i wyśmiane do granic. To samo dotyczy równości płci. Przekroczenie granicy dobrego smaku uważam zresztą za największą wadę tego filmu. Wydaje mi się bowiem, że jest miejsce na obsceniczny humor na ekranach kin, ale myślę też, że Cohen  czasami się w tym wszystkim zatraca.



Mimo wszystko trzeba przyznać, że nie jest to obraz słaby. Pojawiają się znani aktorzy, i rozpoznawalne postacie, dzięki którym film, w szerszej perspektywie nabrał dla mnie, pod względem humoru, rumieńców. Ta szersza perspektywa i tendencja do wyśmiewania wszystkich negatywnych emocji pojawiających się w filmie, ma szalenie inteligentny ale przystępny smak.



Film zdecydowanie polecam, ale jednocześnie, widzu - czuj się uprzedzony. W filmie Dyktator nie ma litości dla ludzi i ich wartości czy, odwrotnie, ułomności. Przewrotnie, należy się dopatrywać w tym wszystkim satyry na takie pojęcia jak choćby dyskryminacja.


Fot. Filmweb.pl

czwartek, 31 maja 2012

Ciemność Holland

Po długiej przerwie zapraszam na recenzję filmu Agnieszki Holland, W ciemności, 2011.

Na ten film czekałem z zapartym tchem, tematyka jest trudna, trochę w stylu Wajdy i końcowy efekt też miejscami trąci patosem, ale zastanawiałem się czy Holland udało się stworzyć obraz, który przekona widza, że to co zobaczył na ekranie miało miejsce naprawdę?

W pierwszym kontakcie film Holland odrzuca jako obraz wykonany zbyt starannie, za bardzo dopieszczony, w którym otoczenie, ubrania aktorów i atmosfera przywodzą na myśl estetykę serialu telewizyjnego. Jest to odczucie, które - co prawda nie z tym samym natężeniem ale jednak - pozostaje aż do końca filmu. Dlatego bardzo ciężko było mi przebrnąć przez te pierwsze chwile historii Leopolda Sochy i grupy jego protegowanych żydów. Zapewniam jednak osoby, którym może to przeszkadzać, że warto się przemóc.


Nie jest to film łatwy. Ba, sama historia jest opowieścią książkową (i na kartach książki ostatecznie się pojawiła, pod postacią pamiętników) na miarę bestsellera, którego potęga drzemie w surowej historii o przemianie drobnego cwaniaczka i złodzieja, pracownika lwowskich kanałów, w człowieka dla którego życie ludzkie stanowi wartość najwyższą. Ewolucja moralna Sochy jest zresztą przedstawiona bardzo zgrabnie a grający go Robert Więckiewicz daje popis prawdziwie światowego aktorstwa. Zresztą nie tylko on. Przyznać trzeba, że bohaterowie to ludzie z krwi i kości, uczciwi albo podli, pełni marzeń albo przyziemnych pragnień. Dla nich pewne uczucia stają się czarne albo białe ale są też takie, nad którymi nie raz zmarszczą czoło. To działa.

Nie tylko za bohaterów muszę Holland pochwalić, ale też za dobór scen, które odważnie wkraczają w te najbardziej intymne, ludzkie momenty. Jedną z bardziej poruszających historii jest poród w podziemnej kryjówce uciekinierów z lwowskiego, żydowskiego getta. Jest to obraz tak prawdziwy i tak przerażający, że chwytając się za głowę można tylko soczyście przekląć. Ale Holland nie boi się też pokazać tych rubasznych scen z życia lwowian. Socha w jednej z pierwszych scen ochoczo zabiera się do swojej żony, fest kobiety, i to wszystko w niewiarygodnej ciasnocie w obliczu śpiącego obok dziecka. Te wszystkie "swojskie" widoki niesamowicie budują atmosferę filmu i naprawdę, pod tym względem trudno W ciemności cokolwiek zarzucić. Jest to po części odpowiedź na pytanie postawione we wstępie. Nie czytałem dzienników Krystyny Chiger ale w wywiadzie udzielonym Nesweekowi przyznała, że oglądając film czuła się tak, jakby ponownie zeszła do cuchnących kanałów. Nie wiem czy może być coś bardziej przekonywającego do obejrzenia filmowej adaptacji losów siedmioletniej dziewczynki i ludzi, którzy razem z nią spędzili czternaście miesięcy w kanałach Lwowa.

 Jedynym moim zarzutem poza wspomnianą serialowością, może być jeszcze odrobina patosu, ale hej, to w jakiś sposób polska szkoła filmowa. Poza tym, wydaje mi się, że w kinie brakuje nam nieco tych gestów, symbolicznych "wyciągniętych dłoni" oblanych światłem. Ilość takich dodatków jest tu zresztą minimalna więc podnoszą nieco wartość artystyczną obrazu.

Warto poświęcić te prawie dwie i pół godziny (!) na obejrzenie jednej z najciekawszych, heroicznych opowieści ostatnich lat.








fotografie: www.filmweb.pl


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Druga Ziemia

Recenzja filmu Druga Ziemia, 2011, reż. Mike Cahill.

Niewiele jest filmów, które uważam za "inne". Słusznie ktoś stwierdził, że pojawiają się tu recenzje głównie kina popularnego, co jednak nie wyklucza bardziej ambitnych projektów na mojej liście obejrzanych czy też "must see". Another Earth jest perełką festiwalu w Sundance, na którym zgarnęła między innymi nagrodę jury dla najlepszego dramatu. Kąsek więc łakomy, tym bardziej, że nie jest to kino, na które wybraliby się głównie miłośnicy coli, popcornu i dobrych efektów specjalnych.

Właśnie, to co wyróżnia Another Earth to specyficzny nastrój, panujący w tej filmowej próbie zmierzenia się z pytaniem obecnym w życiu każdego, kto spogląda w niebo - czy jesteśmy sami? To spokój kadrów i nieśpieszne prowadzenie akcji, to wreszcie kamera z ręki i refleksyjne, czasem pełne winy spojrzenia bohaterów, których los postawił po jednej, niezbyt przyjemnej stronie barierki.


Dziewczyna, która zapowiadała się na dobrą studentkę Massachusetts Institute of Technology (MIT) spędza 4 lata swojego młodego życia w więzieniu za spowodowanie wypadku samochodowego. Mężczyzna, który w tym samym wypadku traci całą rodzinę stacza się na dno moralnej drabiny, przysypiając w domu pełnym śmieci, korzystając z usług prostytutek. Ta połączona jednym losem para odkryje się na nowo na starej dobrej Ziemi, ale posiądą też perspektywę sprawdzenia alternatywnej dla siebie historii.

Motyw science-fiction jakim jest w filmie pojawienie się drugiej Ziemi (będącej lustrzanym odbiciem naszej planety) to szansa dla bohaterów na złapanie w życiu kolejnych możliwości. To w pewnym sensie furtka dająca ludziom postawionym w dramatycznej sytuacji nowy kierunek, w którym mogą podążać. Chociaż akcja rozwija się tu powoli, to jednak warto czekać te półtorej godziny by sprawdzić czy i w jaki sposób z owej furtki skorzystali. Próżno czekać tutaj na efekty przygotowań do wielkiej wyprawy w nieznane. Motyw podróży w kosmos stanowi jedynie tło dla przemyśleń o wszystkich, czekających tam możliwościach.


Przez część filmu doświadczamy narracji. Dzięki niej naświetlone zostają wszelkie pytania i wątpliwości związane z pojawieniem się w naszej przestrzeni planety podobnej do Ziemi. Narracja kreuje atmosferę tej opowieści, nadając miejscami formę dokumentu, ale na niepowtarzalny klimat pracuje również muzyka. Poruszające połączenie klasycznych dźwięków instrumentów z elektroniką sprawdza się znakomicie, ale uwaga, nie oczekujcie żwawych elektronicznych kawałków. To współgra z ogólnym nastrojem obrazu Cahilla, w którym więcej jest zadumy niż akcji. Poza dramatem znajdziemy tu też momenty piękne i zabawne. Idealny miks dla kogoś, kto chce odetchnąć od kina głównego nurtu, pełnego scenariuszowych śmieci albo przeładowanego efektami.

Pisząc o tym filmie, że jest "inny" miałem na myśli tę mieszankę nieprzewidywalności, sci-fi z dramatem w chłodnych barwach podnieconych nieco doskonałym backgroundem muzycznym. Ciekawy temat i skromna forma obrazu działają zdecydowanie na jego korzyść. Chciałbym, aby to zapoczątkowało falę lekkiego sci-fi nastawionego raczej na dobrą narrację niż przesadnie upstrzonego świecidełkami.

Zdecydowanie polecam.

sobota, 31 marca 2012

Giganci ze stali


Recenzja filmu Giganci ze stali, 2011, reż. Shawn Levy.

Panie i panowie! Zapraszamy wszystkich miłośników robotów małych i dużych na galę boksu zawodowego w wykonaniu bohatera dnia, Atoma i wszystkich przeciwników, których uda się przeciw niemu poskładać! Owszem! Będą musieli ich składać!

Właściwie nie będę ściemniał i napiszę od razu, że jestem miłośnikiem wszystkich robotów obdarzonych przez swoich twórców emocjami  dobrymi czy złymi. Absolutnie uwielbiam wszelkiej maści filmowe twory z metalu i tworzyw wykonane przez człowieka i przez niego prowadzone z dobrymi i złymi zamiarami. Nie będę sięgał do przeszłości zbyt często bo czas na to nie pozwala (runda ma przecież swoje trzy minuty), ale warto przywołać takie klasyki jak Sędzia Dredd czy Robot Jox dochodząc do animowanych Transformersów i kończąc na tych filmowych (zdecydowanie mniej udanych). Z tym większym zapałem siadłem do najnowszej produkcji z maszynami w tle czyli do Real Steel.



I srogo się zawiodłem. Na początku. 

Oto mamy niedaleką przyszłość gdzie tradycyjny boks został zastąpiony przez ten bardziej brutalny w wykonaniu wielkich maszyn. Byli mistrzowie tradycyjnych walk na pięści stali się teraz trenerami swoich mechanicznych pupili. Taki właśnie los spotkał Charliego Kentona (Hugh Jackman), który próbując spłacić długi tuła się po podrzędnych ringach zabawiając tłum walkami z udziałem zwierząt na dorocznych wiejskich festynach. Nie jest on też bohaterem pierwszej próby, masa długów i szemrana przeszłość drobnego cwaniaczka pozwala mu z czystym sumieniem sprzedać swojego dopiero co odnalezionego syna, Maxa (Dakota Goyo) rodzinie zastępczej.  Gdy jednak musi się zaopiekować chłopcem jeszcze przez jakiś czas, razem z życiową partnerką Bailey (Evangeline Lilly) mają szansę stanąć na nogi w bokserskim światku, wrócić na szczyt i zacząć wszystko od nowa. I będzie to przygoda z wybojami, tym bardziej, że chłopak wdał się w ojca.



Zasadniczo filmy o zdobywaniu uznania i chwały na ringu wiele się od siebie nie różnią, podobnie jest z Gigantami, w których próżno szukać fabularnych fajerwerków i należy się nastawić na akcję totalnie przewidywalną. Co jednak na pewno znajdziecie to masa dobrej zabawy i najwięcej metalu na metr kwadratowy od czasu ostatnich Transformersów. Mówię szczerze. Jest to bowiem historia Charliego, Maxa i znalezionego na złomie robota o imieniu Atom, z którym bohaterowie sięgną po mistrzostwo stając przeciwko niepokonanemu dotychczas Zeusowi. Ależ to brzmi! W dodatku, tradycyjnie, Atoma nie da się nie lubić.



Skoro jest tak super to dlaczego jest tak źle na początku? Otóż film ma start bardzo słaby, rozkręca się powoli, nudno i sztampowo a do tego bohater grany przez Jackmana nie grzeszy głębią. Na szczęście z czasem obraz zyskuje na dynamice i z nudnawego zrzędzenia o nieudolnym, byłym bokserze robi się prawdziwie rodzinne kino wyładowane pierwszorzędnymi emocjami. Taki trochę Rocky w wersji dla wszystkich. I to trzeba temu filmowi oddać, że nie udaje czegoś czym nie jest. Byłem absolutnie kontent z podejścia do tematu tak od strony fabularnej jak i technicznej.

A jeśli już o tym mowa to warto wspomnieć, że muzyką zajął się Danny Elfman. Tak, tak, ten sam, stary, dobry Danny. Zresztą muzyka jest tu oliwą dolaną do ognia. Piosenki, Miksy i utwory muzyczne idealnie pasują do zmagań na ringu a do tego podnoszą ciśnienie tam gdzie powinny. Skoczne, lekkie rytmy, trochę hip hopu i rockowego pazura dodaje pieprzu!

W kategorii film rozrywkowy z przymrużeniem oka Real Steel zajmuje u mnie aktualnie pierwszą pozycję. Dla dzieciaków i dorosłych. ;)

sobota, 24 marca 2012

Walt Gosling

Niestety nie potwierdzą się informacje o filmie zatytułowanym WALT, biograficznej produkcji dotyczącej słynnego Walta Disneya.



W sieci zadebiutował niedawno poster przedstawiający Ryana Goslinga jako ojca disneyowskiego imperium. Już zacierałem dłonie gdy okazało się, że plakat jest niestety fałszywy. Do tej oryginalnej próby stworzenia nieistniejącego filmu przyznaje się Francuz Pascal Witaszek.

Wspomniany artysta stworzył jeszcze kilka plakatów do produkcji filmowych, które nie miały miejsca. Więcej znajdziecie pod adresem: www.joblo.com

A mogło być tak pięknie.