Recenzja filmu Inwazja, Bitwa o Los Angeles, 2011, reż. Jonathan Liebesman.
Wiele zależy od tego, czego oczekujesz po takim filmie i z
jakim nastawieniem do niego podchodzisz. Należę do tych, którzy lubią się
orientować w temacie zanim zobaczą film, a już z całą pewnością lubię znać
opinie. To ostatnie sprawiło, że świeżą wciąż płytę dvd włożyłem do napędu z
przekonaniem, że przyjdzie mi obejrzeć jeden z najbardziej (jak twierdzą
zaufane źródła) krapowych filmów sci-fi ostatnich lat.
Na początek może krótkie streszczenie: wprowadzenie, walka, walka, jeszcze trochę
walki, masakra, ucieczka, ucieczka, nadzieja, masakra, patos, patos, ucieczka,
patos. Czyli historia dzielnych Marines, ewakuujących cywili i siebie z
zagrożonego obszaru Los Angeles, przy okazji nie zapominających o żołnierskich
ideałach i ofiarnej walce. Miasto zostało zaatakowane przez obcych, którzy
przybyli po nasze surowce (chociaż mogłoby to być cokolwiek innego; ekranizacja
Duke Nukem mogłaby być interesująca).
Skoro mamy za sobą opis filmu o inwazji obcych na Ziemię,
warto przejść do tych przyjemniejszych rzeczy, czyli oceny tego co przyszło mi
zobaczyć, a zobaczyłem wiele.
Kryzys 2, Dystrykt 9, Dzień Niepodległości, Transformers…
Skojarzenia nasuwają się same. Przede wszystkim jest to film
bardzo podobny do zaanonsowanych produkcji. Po pierwsze powielany jest schemat
ataku na ludzkość przez przybyszy z kosmosu. Tym razem w dość nietypowej
formie(może pachnie trochę Transformersami) bo pod przykrywką grup meteorytów
rozbijających się w okolicach największych miast świata. Nieznajomi wychodzą z
wód przybrzeżnych Los Angeles i łup, zaczyna się robić ciepło. I robi się coraz
bardziej gorąco, zupełnie jak w Dniu… z tą różnicą, że to nie są żarty i Will
Smith nie rozbawi nas swoim aroganckim podejściem do sprawy. Obcy (dźwięki,
kształty, postura, ruchy, technologia) do złudzenia przypominają tych z gry
komputerowej Crisis 2 czy też Dystryktu 9. Gdy widziałem ich w pełnej krasie po
raz pierwszy, dopadła mnie myśl, że gdzieś tutaj musi nad swoim losem krewetki
rozpaczać Van De Merwe. Nie wiem na ile stylizacja oparta na innych tworach pop
kultury (co ciekawe, gra wideo Crysis 2 wyszła w tym samym miesiącu), może być uznana za dobrą czy
złą. Wydaje mi się trafiona. Metoda skojarzeń budziła moje pozytywne reakcje.
Speed.
Akcja prowadzona jest szybko więc i emocji jest sporo
(bezpośrednio nie nawiązuję do filmu Niebezpieczna prędkość, chociaż podróż
autobusem stanowi istoty zwrot w akcji); atakują, bronią się, szczelają i
rzucają granatami, skaczą, giną, krzyczą itp. Jest kozacko, w tym wszystkim
pogubiłem się jedynie ze względu na ciągłe skakanie kamery „z ręki”, która
wprost wyprowadzała mnie z równowagi. Tutaj jestem zawiedziony, ale niech
będzie. Nie brakuje też kadrów bardziej statycznych. Wśród tych w których wali
się dosłownie wszystko pod gradem pocisków obcych (tak, pocisków bowiem
dysponują oni arsenałem łudząco zbliżonym do ludzkiego, temat na inny czas)
dzieje się tyle, że próbowałem doszukać się gdzieś Optimusa Prime`a i jego
Autobotów fruwających po kątach ekranu. Swoją drogą jedna ze scen typu
„masakra” łudząco przypomina pierwszą ekranizację historii o wielkich robotach
w wykonaniu Michaela Bay`a.
Kopie dupę
Istotnie. Moje cztery litery są obolałe z żalu. Z jednej strony
fajna obsada, z drugiej kiczowatość i płycizna wykreowanych postaci. Niby można
się do nich przywiązać, ale to nie Byliśmy Żołnierzami, że wiemy czego można
się spodziewać po naszym bohaterze. Trochę to wszystko w stylu Black Hawk Down,
ale dużo gorzej zagrane. Zastanawiałem się czy przypadkiem Aaron Eckhart nie
przyniósł tu swoich rozterek z planu ostatniego Batmana. Michelle Rodriguez
jest taka sama jak w każdym filmie, bezkompromisowa, ostra laska z gnatem.
Pozostali ludzie są w porządku, chociaż do kreacji rodem z Szeregowca Ryana
chyba nie dotrą. Nie wiem na ile to wina aktorów, na ile problem scenariuszowy,
ale jest faktem, że nie ma co się spodziewać fajerwerków aktorskich.
Bliskie spotkania...
Jeśli chodzi o wizualną stronę filmu to muszę powiedzieć, że przekonywająco
wyglądają żołnierze, mundury, scenografia. Może pod koniec da się
zauważyć (to przecież wielka produkcja), niedoróbki komputerowych grafików,
sprawiające, że obraz mocno traci na wartości. Niedoróbki te wychodzą
szczególnie przy wszelkiego rodzaju wybuchach, dymach itp., które zostały
wykonane (a przynajmniej wiele na to wskazuje) całkowicie cyfrowo. Wiem, to już
zrzędzenie maniaka oprawy wizualnej. Chociaż miło jest popatrzeć na "prawdziwe" płomienie. To mi nasuwa myśl, że nie poszliśmy znów tak daleko z efektami od pamiętnego roku 1992 i drugiego Terminatora.
Back to the future
Film jest przewidywalny od początku do końca. Brak tu
rewolucyjności, ale też po prostu solidnego wykonania. Tak jak napisałem
wcześniej, mamy tu do czynienia z grupą uciekinierów, próbujących się wydostać
z obszaru objętego planowanym bombardowaniem. I ok., byłoby supcio, gdyby nie
to, że w momencie, kiedy nadchodzą najważniejsze sceny, nawet nie musisz czekać
w napięciu bo wiesz co się za chwilę stanie. Nie ma w tym obrazie polotu, nie ma nic co fabularnie by przykuło uwagę. Żednych inteligentnych
smaczków ani ukłonów w stronę widza. Nic. Czysta akcja wsparta suchym
pierdzeniem o różnej maści ideałach. Wszystko może by się jeszcze uratowało, gdyby był to niezły pokaz efektownej ewakuacji, ale nie, dlaczego po drodze nie zniszczyć idiotycznie ukrytej pod ziemią bazy wroga? Wsadźmy tam jeszcze standardową scenę z konfliktem w załodze i polejmy filozoficzną gadką o tym, że Marines nigdy się nie cofają.
This is our Independence Day!
W opisie wspomniałem o patosie. Wylewa się rękawami i
kołnierzami z mundurów. Nie tyle, że to amerykańskie mundury, to po prostu
amerykańska myśl, którą w kinie wojennym utożsamiam już z honorem, walką o
własna ziemię, równowagą płci i tym, że Marines nie zostawiają nikogo, nigdy
się nie poddają i walczą do końca i w ogóle nigdy. Znalazłem w filmie jedną z
najgorszych scen, w których dowódca przemawia do swoich żołnierzy, albo próbuje
pocieszyć zdruzgotanego chłopca.
Czekałem na to z oczami wlepionymi w ekran i nadstawionymi uszami. Nie zawiodłem się, to było po prostu płytkie.
Ostatnia scena filmu odpowiada mniej więcej scenie tryumfu z Dnia
Niepodległości. Brakuje tam jedynie amerykańskiej flagi, chociaż można ją
znaleźć między wierszami.
To trzymający w napięciu film akcji z kiepskimi efektami i
gdyby spece od efektów zajęli się jeszcze grą aktorską to byłoby z nią całkiem
nieźle. Dużo zapożyczeń z innych filmów czyli Niebezpiecznie prędki, Black Howk
Down w klimatach Dnia Niepodległości z krewetkową wkładką, ale to, o dziwo in plus. Totalny Popcorn Movie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz