„Powiedz, niewiasto, widziałaś błyski oręża na śniegu albo zbrojnych kroczących wśród lodów? – Widziałam szron łyskający w słońcu (…)”
~ Córa lodowego olbrzyma – Robert E. Howard.
Recenzja filmu Conan Barbarzyńca, 2011, reż, Marcus Nispel.
Nastał dobry czas dla ekranizacji opowieści z gatunku fantasy. Środki techniczne którymi dysponują filmowcy pozwalają na nieograniczoną swobodę w kreowaniu nawet najbardziej wymyślnych światów. Od lżejszych jak Tolkienowskie Śródziemie, przez światy Narnii, Lewisa po te bardziej brutalne w stylu Gry o Tron, Martina czy Howarda i jego najbardziej znanego barbarzyńcy czyli Conana. Ten ostatni jest zresztą moim ulubionym bohaterem, a po współczesnym restarcie jego przygód spodziewałem się prawdziwych kokosów, miodu, mleka i złota tryskającego na mnie z ekranu. Umownie, bo przecież Conan to nieokrzesany brutal urodzony na polu bitwy, wychowany przez ojca wśród plemion barbarzyńskich w górzystych krainach Cymerii.
„And if you do not listen, the Hell with you!”
Ten do którego przyzwyczaił nas Arnold Schwarzenegger był niczym innym jak małomówną górą mięsa. Jego ułomności wynikały nie tyle z przywar kreowanej postaci ale też samego aktora. Mimo wszystko nie da się mu odmówić wyrazistej twarzy „inteligentnego tępaka” oraz niezapomnianych tekstów, stylowych „one-liner`ów”, ale potrafił też śmiać się i łazić pijany tak więc jego kreacja nie była znów tak daleka od książkowego pierwowzoru. Pomimo tego nie była to kreacja kompletna, brakowało mu wspomnianego nieokrzesania i pewnej spontaniczności, którą postaci nadaje Jason Mamoa.
![]() |
| Arnold Schwarzenegger |
Nowy Conan, to już typ bardziej medialny. Więcej gada (tak!) i wygląda bardziej cywilizowanie niż pokryty maściami i skórami Arnold. Jest też bardziej Emo. Strosząc się jak kogut i patrząc na wszystko i wszystkich spode łba, ma w poważaniu niebezpieczeństwa i z pełną pogardą traktuje swoich wrogów. Jednocześnie nadaje postaci więcej swobody. Jest bardziej „ludzki”, włóczy się, pije, bawi się z kobietami i kompanami. To wszystko było również kiedyś ale dziś wygląda trochę lepiej.
Różnica nie jest tak wielka, ale jednak obydwaj aktorzy eksponują jedne cechy bohatera by zapomnieć o innych. Gibki Mamoa nie jest znów tak brutalny i prosty jak pierwszy filmowy Conan. Przypominam, że mówimy o postaci barbarzyńcy, który w książkowej wersji jest znacznie mniej przyjemny.
![]() |
| Jason Mamoa |
Co jest?
Opowiadania na których opierają się (luźno) ekranizacje właściwie przypominają baśnie, historie niemalże mitycznego bohatera ze skrajnych zakątków fantastycznego świata. Nie jest to świat pełen magicznych stworów chociaż magia jest w nim obecna na tyle, by czynić go nierzeczywistym. Jest tu zdecydowanie mniej efektów niż np. w Królu Skorpionie czy nie tak dawno nakręconym Księciu Persji. Przynajmniej nie są one na tyle widoczne. Wykreowany świat w zupełności mi odpowiada (a jestem wielkim fanem serii opowiadań) i wizualnie wypada nieźle chociaż w przeciwieństwie do pierwszej wersji z 1982 roku nie ma już tej baśniowej otoczki. Szczególnie dobrze pod względem wizualnym wygląda początek filmu i ukazane dzieciństwo Conana (różne w obydwu filmowych adaptacjach). Przekonywająco wyglądają barbarzyńcy, przekonywająco wypadają krew i ucięte głowy.
Nowy Conan jest dość brutalny, czasami miałem wrażenie, że na pokaz. Dużo tu tryskającej krwi i latających kończyn, mało to epickie ale za to bardzo proste i działa na wyobraźnię. Ta przemoc razi trochę, zestawiona z nieco wymuskanymi, i na swój sposób subtelnymi bohaterami (o tym za chwilę).
![]() |
| Ilustracja Earl Norem |
Czego zabrakło
Książkowy Conan to nie tylko góra mięśni, to przede wszystkim przebiegły złodziej, postać pełna sprytu, nieugięta ale jednocześnie elastyczna i rozrywkowa. Tak jak już wspomniałem, nie jest to adaptacja kreująca pełną postać cymeryjskiego zbója. A szkoda, bo można się było pokusić o więcej głębi w filmie trwającym prawie dwie godziny.
Czego mi zabrakło to również fabularnej spójności. Scenariusz ma swoje potknięcia i niezrozumiałe zabiegi. W filmie znajdzie się miejsce na zbyt wiele skrótów oraz idiotycznych, sztampowych rozwiązań fabularnych. Pojawia się szczątkowa narracja, co w ogóle nie pasuje do całości. Końcowa walka (bo w takim filmie musi taka być), to fontanna idiotycznych zachowań bohaterów i zbiegów okoliczności, czego kulminacją jest oczywiście totalna rozpierducha.
Bardzo kuleje gra aktorska tej opowieści. W sumie, gdy główny czarny charakter znów mówił o zostaniu bogiem i zdobyciu świata , myślałem – przecież on w ogóle mnie nie przekonuje. Jedna z ciekawszych postaci w filmie, król-łotr Zym stał się w pewnym momencie zwykłym nudziarzem. W tym momencie wszystko się sypie i dostrzegamy płyciznę w kreacji drugoplanowych bohaterów oraz bezsens tej historii.
Szczególnie słabo wypadają dwie postacie. Pierwszą jest czarnoskóry, postawny kompan Conana, który przypomina bezmózgiego wesołka zgadzającego się na wszystko bez mrugnięcia okiem czy jakiejkolwiek refleksji. Drugą jest kobieca bohaterka po której spodziewałem się więcej subtelności. W zamian dostałem wojowniczą mniszkę siekącą na prawo i lewo tym co jej wpadnie w ręce, udającą trochę nieporadną ofiarę. Jak na osobę stanowiącą oś filmu – bohaterka należy bowiem do elitarnego rodu, którego krew ma służyć mrocznym zaklęciom, a bez mrocznych zaklęć nie było nawet Indiany Jonesa, więc…. – wypada ona bez wyrazu ze swoją ni to wojowniczą, ni to uległą naturą. Bieda i nędza.
Riddle of steel
Na koniec jeszcze słowo o muzyce. Bo nie sposób nie odnieść się do niej w filmie o Conanie. Szczególnie, że do pierwszej ekranizacji oprawę muzyczną przygotował nieżyjący już Basil Poledouris. Wykonał on tak dobry kawałek materiału, że ciężko mi wyobrazić sobie inne dźwięki ilustrujące te opowieści z gatunku dark fantasy. Proste, długie dźwięki, spokojne, pełne nadziei motywy przerywane wartkimi uderzeniami bębnów czy dzwoneczkami i chórkami, to naprawdę robi wrażenie i jest ponadczasowe. Co dostaliśmy od Tylera Bates`a? Nic. I tyle właściwie wystarczy. Jestem zdziwiony bo robił on między innymi oprawę muzyczną do 300, Snydera, gdzie wypadł bardzo klimatycznie.
Słowo na zakończenie
Mimo wszystko jestem w jakiś sposób zadowolony z tej ekranizacji. Jest dużo lepiej wykonana wizualnie od tej sprzed niemalże 30 lat. Conan nadal jest brutalnym dzikusem, chociaż trochę umalowanym i Emo. Nadal dużo się dzieje, są miecze, jest wystarczająca ilość magii i prosty, surowy świat. Tak czy inaczej na koleją odsłonę przygód walecznego Cymeryjczyka przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, chociaż jej pojawienie się jest wielce prawdopodobne gdyż na historię Conana składa się niezliczona ilość opowiadań. Ci z was, którzy oczekują filozoficznego filmu o machaniu mieczem z dzielnym bohaterami i kobiecymi kobietami zawiodą się. Idźcie tylko po to, żeby obejrzeć gołe klaty, miecze, dużo krwi i jak zawsze fajnego Rona Perlmana tym razem w roli Corina, ojca Conana.




Skojarzenie z "Królem Skorpionem" czy "Piaskami Czasu" jest jak najbardziej na miejscu. Oba te filmy to raczej kino dla dzieci (z czego ten drugi chyba dla trochę "powolnych"), ale przynajmniej jeśli chodzi o Skorpiona, ma on mniej lub bardziej głupawy, ale jednak składny scenariusz. W "Conanie" nie wykorzystano potencjału postaci, z Khalarem Zymem na czele. Szkoda, bo przez cały film nasuwały mi się porównania roli Stephena Langa z jego świetną kreacją w "Avatarze", gdzie jako pułkownik Quaritch zagrał najgorszego skurczybyka w dżunglach Pandory.
OdpowiedzUsuńMnie dodatkowo chyba najbardziej jeszcze irytował chaos scen walk. Tutaj przypominają mi się takie przygodowe filmy jak "Braterstwo wilków" - postmatrixowskie kung-fu w 18-wiecznej Francji może nie każdemu przypadło do gustu, ale nie można było mu odmówić spektakularności choreografii. Inny przykład to "Drużyna Pierścienia" z bardzo klarownie pokazanymi potyczkami na miecze, łuki i topory. Tam każda scena walki to nowy pomysł z idealnie zamykającym film pojedynkiem między przywódcą uruk-hai i Aragornem. W końcu "Conan" przegrywa dla mnie nawet z - uwaga - niedawnym "Zaćmieniem". Pomijając kwestię emo, porównanie nasuwa mi się szczególnie ze względu na to jak oba filmy są fotografowane. "Zaćmienie" nawet jeszcze bardziej operuje niemal wyłącznie bliskimi planami, a jednak w scenach walk można bez problemu odnaleźć ład. Zawsze widać co się dzieje. Na większości scen "Conana" tylko się tego domyślałem.
Jeszcze ciekawostka, żeby zakończyć czymś pozytywnym ;) Ron Perlman podkładał głos Conanowi w całkiem fajnie konsolowej grze sprzed kilku lat.