Recenzja filmu Przygody Tintina, sekret Jednorożca, 2011, reż. Steven Spielberg.
Z niekłamaną obawą zerkałem na plakaty filmu o przygodach
Tintina. Raz, że jest to animacja w stylu historii o Indianie Jonesie a do
takich rzeczy podchodzę bardzo ostrożnie. Dwa, że widziałem na nich wielki
napis „w 3D”. Nazwisko reżysera też nie napawało mnie optymizmem bo Stevena
Spielberga kojarzyłem ostatnio z kina rozmieniającego się na drobne. Niestety
nic z tego, Tintin to animacja, która przez niespełna 2 godziny nie pozwala
oderwać się od ekranu.
Co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy to oczywiście oprawa
wizualna – pomijam tu kwestię nieszczęsnego 3D, bez którego chyba nie można już
zrobić niczego – która po prostu rzuca na kolana. Szczególnie dobrze wykonano bohaterów,
miejscami do złudzenia przypominających żywe postacie a wszystko to jest
zasługą podejścia samego reżysera, który zdecydował się na skorzystanie z usług
aktorów by nagrać ich ruchy i mimikę. Poważnie, świetny efekt.
Ale co jest kwintesencją, co jest wisienką na torcie, to
duch starych, dobrych obrazów Spielberga z lat 80 – tych, bo kto jak kto ale ten
pan doskonale wie jak zrobić film przygodowy. Wybór reżysera nie był zresztą
przypadkowy, nie chodziło bowiem o kogoś dobrego, ale o kogoś kto zna się na
takim kinie, kto dysponuje swoim podejściem do kadrów, swoim pomysłem na
poprowadzenie historii. Zresztą w produkcji maczał palce również Peter Jackson
więc czy trzeba mówić coś więcej?
Utrzymany w konwencji noir, film, koncentruje się na
historii zawartej w jednym z oryginalnych komiksów autorstwa belgijskiego
rysownika Herge. Tintin, podróżnik i reporter kupuje na targu model
trójmasztowego okrętu o nazwie Jednorożec, który staje się od razu obiektem pożądania
przynajmniej kilku ludzi. Trop, który podejmuje młody podróżnik, prowadzi do
wielkiej tajemnicy rodu Baryłków, w przeszłości właścicieli prawdziwego Jednorożca.
Zagadka w którą Tintin zostaje wplątany okazuje się być walką na śmierć i życie
z rządnym zemsty potomkiem chciwego pirata Szkarłatnego Rackhama, którego nota
bene wzorowano chyba na postaci naszego rodzimego Pana Kleksa. ;)
Historia niby nie brzmi oryginalnie, ale napięcie dawkowane
jest w takich porcjach, że niemalże do ostatnich liter nie wszystkie karty
zostają okryte. Ten stary sposób na opowiadanie widać tutaj na każdym kroku. Od
razu przychodzą na myśl Goonies czy Powroty do przyszłości albo Kto wrobił
Królika Rogera. Trochę z tego stylu widać było we wspomnianym już Indianie
Jonesie – tutaj szczególnie w temacie tego co dzieje się na ekranie, a wrażeń
nie zabraknie nawet dla najbardziej wymagających. Historia prowadzona jest tak
bardzo intensywnie, że nie zdążysz odkręcić butelki ze swoim ulubionym napojem,
ani podnieść popcornu do ust. Z ekranu leje się bowiem rzeka historii i
historyjek, którymi przepleciony jest główny wątek poszukiwania kolejnych
wskazówek dotyczących siedemnastowiecznego okrętu. Nie zdradzając zbyt wielu
szczegółów proponuję zasiąść do oglądania.
Długość filmu jest optymalna by pomieścić ogrom akcji, toteż
nie grozi nikomu ziewanie albo przypadkowe obudzenie się na kolejnym seansie.
Bohaterowie z którymi spędzimy te cenne minuty są, jak na animację,
zadziwiająco dobrze nakreśleni. Każdy z nich, nawet łajdaki z paczki
złoczyńców, ma swój charakterek. Ciekawski, choć czasami zadający nieco głupawe
pytania, Tintin od razu zdobywa sympatię; Kapitan Baryłko, potomek szlachetnego
niegdyś rodu a teraz zapijaczony żeglarz nie raz spowoduje że się uśmiechniemy,
podobnie zresztą jak dwóch, nieco przygłupich detektywów czyli Tajniak i
Jawniak; na koniec zostaje jeszcze wspomniany Kleks, czyli główny czarny
bohater nazywany Sacharyną, który jak to arcyłotr musi być dwulicowy i chciwy,
ale mimo wszystko ciekawy. To zdecydowanie mocna strona filmu. Postaciom pomaga
dobry dubbing, dzięki któremu nie miałem myśli samobójczych związanych z jakością
podkładu w ojczystym języku. Nie miałem też tego niemiłego odczucia gdy słysząc
bohatera mówię na przykład – o, Cezary Pazura! (spoko, jego akurat nie będzie).
Skoro wspomniałem o uśmiechaniu się to warto zaznaczyć, że w
Przygodach Tintina nie uświadczymy głupkowatego humoru. Wszystkie gagi
przypominają bardziej stare filmy (zgodnie z ideą w jakiej został zrobiony) tak
więc humor jest bardziej sytuacyjny niż werbalny, ale wychodzi to tylko na
plus, szczególnie gdy mamy do czynienia z tak ciekawymi bohaterami.
Czy warto? To chyba najbardziej retoryczne pytanie jakie
mogłem ostatnio zadać. Oczywiście! Obowiązkowo! Jedna uwaga. Wszystko to co napisałem,
docenią miłośnicy starego kina przygodowego.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz