piątek, 28 października 2011

Marcin Piotrowski: Filmowe przygody Tintina


Recenzja filmu Przygody Tintina, sekret Jednorożca, 2011, reż. Steven Spielberg.

Z niekłamaną obawą zerkałem na plakaty filmu o przygodach Tintina. Raz, że jest to animacja w stylu historii o Indianie Jonesie a do takich rzeczy podchodzę bardzo ostrożnie. Dwa, że widziałem na nich wielki napis „w 3D”. Nazwisko reżysera też nie napawało mnie optymizmem bo Stevena Spielberga kojarzyłem ostatnio z kina rozmieniającego się na drobne. Niestety nic z tego, Tintin to animacja, która przez niespełna 2 godziny nie pozwala oderwać się od ekranu.

Co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy to oczywiście oprawa wizualna – pomijam tu kwestię nieszczęsnego 3D, bez którego chyba nie można już zrobić niczego – która po prostu rzuca na kolana. Szczególnie dobrze wykonano bohaterów, miejscami do złudzenia przypominających żywe postacie a wszystko to jest zasługą podejścia samego reżysera, który zdecydował się na skorzystanie z usług aktorów by nagrać ich ruchy i mimikę. Poważnie, świetny efekt.

Ale co jest kwintesencją, co jest wisienką na torcie, to duch starych, dobrych obrazów Spielberga z lat 80 – tych, bo kto jak kto ale ten pan doskonale wie jak zrobić film przygodowy. Wybór reżysera nie był zresztą przypadkowy, nie chodziło bowiem o kogoś dobrego, ale o kogoś kto zna się na takim kinie, kto dysponuje swoim podejściem do kadrów, swoim pomysłem na poprowadzenie historii. Zresztą w produkcji maczał palce również Peter Jackson więc czy trzeba mówić coś więcej?


Utrzymany w konwencji noir, film, koncentruje się na historii zawartej w jednym z oryginalnych komiksów autorstwa belgijskiego rysownika Herge. Tintin, podróżnik i reporter kupuje na targu model trójmasztowego okrętu o nazwie Jednorożec, który staje się od razu obiektem pożądania przynajmniej kilku ludzi. Trop, który podejmuje młody podróżnik, prowadzi do wielkiej tajemnicy rodu Baryłków, w przeszłości właścicieli prawdziwego Jednorożca. Zagadka w którą Tintin zostaje wplątany okazuje się być walką na śmierć i życie z rządnym zemsty potomkiem chciwego pirata Szkarłatnego Rackhama, którego nota bene wzorowano chyba na postaci naszego rodzimego Pana Kleksa. ;)


Historia niby nie brzmi oryginalnie, ale napięcie dawkowane jest w takich porcjach, że niemalże do ostatnich liter nie wszystkie karty zostają okryte. Ten stary sposób na opowiadanie widać tutaj na każdym kroku. Od razu przychodzą na myśl Goonies czy Powroty do przyszłości albo Kto wrobił Królika Rogera. Trochę z tego stylu widać było we wspomnianym już Indianie Jonesie – tutaj szczególnie w temacie tego co dzieje się na ekranie, a wrażeń nie zabraknie nawet dla najbardziej wymagających. Historia prowadzona jest tak bardzo intensywnie, że nie zdążysz odkręcić butelki ze swoim ulubionym napojem, ani podnieść popcornu do ust. Z ekranu leje się bowiem rzeka historii i historyjek, którymi przepleciony jest główny wątek poszukiwania kolejnych wskazówek dotyczących siedemnastowiecznego okrętu. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów proponuję zasiąść do oglądania.


Długość filmu jest optymalna by pomieścić ogrom akcji, toteż nie grozi nikomu ziewanie albo przypadkowe obudzenie się na kolejnym seansie. Bohaterowie z którymi spędzimy te cenne minuty są, jak na animację, zadziwiająco dobrze nakreśleni. Każdy z nich, nawet łajdaki z paczki złoczyńców, ma swój charakterek. Ciekawski, choć czasami zadający nieco głupawe pytania, Tintin od razu zdobywa sympatię; Kapitan Baryłko, potomek szlachetnego niegdyś rodu a teraz zapijaczony żeglarz nie raz spowoduje że się uśmiechniemy, podobnie zresztą jak dwóch, nieco przygłupich detektywów czyli Tajniak i Jawniak; na koniec zostaje jeszcze wspomniany Kleks, czyli główny czarny bohater nazywany Sacharyną, który jak to arcyłotr musi być dwulicowy i chciwy, ale mimo wszystko ciekawy. To zdecydowanie mocna strona filmu. Postaciom pomaga dobry dubbing, dzięki któremu nie miałem myśli samobójczych związanych z jakością podkładu w ojczystym języku. Nie miałem też tego niemiłego odczucia gdy słysząc bohatera mówię na przykład – o, Cezary Pazura! (spoko, jego akurat nie będzie).


Skoro wspomniałem o uśmiechaniu się to warto zaznaczyć, że w Przygodach Tintina nie uświadczymy głupkowatego humoru. Wszystkie gagi przypominają bardziej stare filmy (zgodnie z ideą w jakiej został zrobiony) tak więc humor jest bardziej sytuacyjny niż werbalny, ale wychodzi to tylko na plus, szczególnie gdy mamy do czynienia z tak ciekawymi bohaterami.

Czy warto? To chyba najbardziej retoryczne pytanie jakie mogłem ostatnio zadać. Oczywiście! Obowiązkowo! Jedna uwaga. Wszystko to co napisałem, docenią miłośnicy starego kina przygodowego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz