Recenzja filmu Unthinkable, 2010, Peter Woodward.
Będąc szczerym, zabrałem się do tego filmu ze względu na kolegę, który zastanawiał się nad moją opinią. Sam z siebie pewnie nigdy bym nie sięgnął po to co jest „nie do pomyślenia” i czuję, że ominąłby mnie jeden ciekawy film.
Żeby była jasność, nie bardzo przepadam za thrillerami(tutaj w wydaniu psychologicznym), ale od czasu do czasu coś zobaczę (ostatnio seria o Bournie wysoko postawiła poprzeczkę jeśli chodzi o akcję, a klasyczne Siedem, które ma podobną do Unthinkable budowę, wywindowało wymagania co do intrygi i dreszczy na plecach) tak więc nastąpią tu pewne nieuniknione porównania. A jest co porównywać bo do filmu, którego dotyczy ten tekst mam wiele zastrzeżeń, pomimo których, dostrzegam w nim pewną wartość. Mało tego, zaleta ta jest na tyle ważna, że obraz Petera Woodwarda pozostanie w mojej pamięci.
Na początku zastanawiałem się, dlaczego wcześniej nie słyszałem o Unthinkable, ale po seansie wiem już, że przeszedł bez wyraźnego echa głównie ze względu na sztampowość konstrukcji oraz słabe wykonanie techniczne.
Nie ukrywam, że znikome efekty specjalne (nie znikomość jest tu wadą, ale ich wykonanie) wyglądają jakby były zrobione w domu przy wspólnym piwku kilku kumpli, którzy lubią bawić się w programach graficznych. Da się to jednak ominąć. Dla przykładu, we wspomnianym Siedem, Finchera, z 1995 roku nie zastosowano chyba żadnych efektów specjalnych, to nie ten typ kina więc trochę rozumiem posunięcie twórców by nie poświęcać temu tematowi zbyt wiele pracy, jednak nie usprawiedliwia to szmelcu, który dostałem i który budzi we mnie uczucie wstydu.
![]() | |
| Carrie-Anne Moss i Samuel L. Jackson |
Nie mogę nie przyznać, że konstrukcja fabularna, nad którą tak ubolewam, to właściwie fikcja zbudowana na kanwie strachu przed zamachami terrorystycznymi w USA. Pewien amerykański muzułmanin (w tej roli Michael Sheen) podkłada w stanach trzy bomby a ujawnienie ich lokalizacji uzależnia od spełnienia jego postulatów. Terrorysta zostaje schwytany i poddany wyrafinowanemu przesłuchaniu, podczas którego role oprawcy i ofiary odwracają się naprzemiennie. Proste, prawda? Brzmi znajomo? Brzmi trochę jak w Siedem, tylko tam mieliśmy do czynienia z grą psychologiczną na najwyższym poziomie prowadzoną przez doskonałych aktorów, a tutaj reżyser odkrywa przed nami pewien bardzo istotny problem, który nawet pokazany jest dosadnie, ale nic więcej się z tym nie dzieje.
![]() |
| Michael Sheen i Jackson |
Aktorsko grę ratują jedynie Sheen w roli terrorysty i Samuel L. Jackson, który wcielił się w rolę specjalisty od przesłuchań metodą siłową. Specjalisty, o którym wiemy bardzo niewiele, bo próby rozwinięcia jego historii spełzły na niczym. Reżyser jedynie muska temat przekazując kilka enigmatycznych opowiastek o naszym czarnoskórym specu oraz raczy nas „wzruszającą” historią jego żony. Towarzyszy mu Carrie-Anne Moss z wyrazem obrzydzenia, zrezygnowania i zażenowania na twarzy, przypominająca w tej roli agentkę Scully z serialu Archiwum X. Gra rolę specjalnej agentki, która z ramienia FBI zajmuje się całą sprawą. I tu przechodzimy do kolejnego gniotu, który twórcy wyłożyli mi przed oczy. Przyzwyczajony do metod działania detektywów ze wspomnianych przeze mnie wcześniej filmów, na przykład tych z trylogii Bourne`a (gdzie agenci uwijali się w pocie czoła, sprawdzali tony informacji, zmieniali zdanie, robili wszystko to co sprawia, że dochodzenie wygląda na niezwykle dynamiczne), spodziewałem się po agentach federalnych czegoś więcej. Nie koniecznie miałem ochotę poznawać historię jakiegoś żółtodzioba, który przewija się na ekranie właściwie bez celu, ani dowiadywać się od pozostałych członków zespołu z którymi pracuje Moss nic nieznaczących informacji, które mają pokazać zasady działania FBI. Gdyby FBI działało tak jak na tym filmie, to obawiam się, że ten filmowy scenariusz mógłby być bardziej prawdopodobny niż może się wydawać. Agenci sennie przekazują kilka informacji, odbywają parę rozmów i przechodzą do właściwej części filmu, czyli przesłuchania. Z proporcjami wszystko okej, ale wykonanie to jakieś nieporozumienie. Właściwie o kolejnych pojawiających się aktorach wiemy jedynie tyle, że każdy z nich ma więcej uprawnień od poprzedniego i że chyba się trochę wstydzą występować.
Więc co mnie w tym, powtórzę to jeszcze raz, naprawdę kiepsko zrealizowanym filmie tak pozytywnie zaskoczyło, że pomimo niskiego poziomu realizacji wychodzi on na plus? Problem, który tak nieudolnie porusza reżyser, i o którym tak dobrze rozmawia ze swoją ofiarą Jackson. Jest to opowieść o strachu, który czai się za rogiem. O oprawcach, którzy mogą żyć wewnątrz nas oraz o tym, jak ludzie ulegają emocjom i gotowi są na wszystko, gdy nie mają wyjścia. Całkiem dobrze ujmuje to Jackson w swoich monologach. W 1995 roku podobny temat, chociaż na mniejszą skalę, poruszył właśnie Fincher. Wtedy to dowiedzieliśmy się, że grzech może się dokonywać w imieniu prawa, że grzech może istnieć w kręgach pozornie niewinnego społeczeństwa. To wszystko czego nie widać a o czym mówią aktorzy, czyni dla mnie, Unthinkable filmem wyjątkowym. Obraz pokazuje jak ludzka natura dopasowuje się do okoliczności i że każde zło da się uzasadnić większym dobrem, trochę jak w Ręce Boga, Paxtona.
Myślę, że po Unthinkable warto sięgnąć ze względu na mocny przekaz a niekoniecznie patrząc na realizację, która jest po prostu słaba.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz