Recenzja filmu Fighter.
Walka nie toczy się tylko na ringu i nie tylko w rękawicach, to nie zawsze czyste starcie z zachowaniem reguł. Tu nie ma rund i prawie nigdy nie można rzucić ręcznika. Brakuje lin, o które można się oprzeć, z drugiej strony nie ma też wielkich możliwości ucieczki. To życie na krawędzi z perspektywy Micky`ego Warda, jednego z podrzędnych amerykańskich bokserów pokazane niczym starcie w półdystansie.
Dla filmu Davida Owena Russela ten dystans wydaje się świetnym sposobem na pokazanie niemalże klasycznej historii z cyklu "od zera do bohatera". Historii usadowionej w zapomnianym przez radość i wszystko inne, przemysłowym miasteczku Lowell, gdzie niemłody już bokser Micky zamiata ulice żyjąc w cieniu swojego sławnego niegdyś brata i pod protekcjonalnym okiem matki-menadżerki (skądinąd kiepskiej). Nieco osowiały pięściarz tkwi w zaczarowanym świecie bezsilności i beznadziejnej wiary we własną rodzinę, tak mocno zakorzenionej w świadomości, że uniemożliwiającej jakikolwiek ratunek. Miky potrzebuje silnego kopa, by wybić się z dziejowej nędzy i, jak w każdej takiej historii nadchodzi ktoś, kto wiele zmieni w sposobie postrzegania świata bohatera.
Właściwie poruszając temat Wadra, nie można pisać tylko o nim samym, ale o wszystkim co go otacza, bowiem to co wyróżnia obraz Russella z pola innych, podobnych opowieści, to właśnie tło w którym historia się rozpoczyna. Ów półdystans społeczny, z którego nie tylko Micky próbuje się wyrwać, to dramatyczna walka podupadłej klasy średniej o to by jeszcze wypłynąć na wierzch; to pragnienie nieco zobojętniałej barmanki, by znaleźć faceta i wydostać się z Lowell; to dążenie do trenerskiego spełnienia jednego z miejscowych policjantów i smutna celebracja przeszłości przez byłego pięściarza Dickyego, oraz próba poukładania życiowych puzzli na swoim miejscu i opowieść o tym czym jest i czym nie powinna być rodzina. Co wcisnął z takiej historii Russell? Całkiem sporo. Fighter jest nieźle poprowadzony, dwa główne wątki braci, czyli próba zdobycia bokserskich tytułów przez Mikyego i walka Dickyego z narkotykowym uzależnieniem przeplatają się z mniejszymi historiami, które doskonale je uzupełniają.
Świetne kreacje głównych bohaterów dominuje postać grana przez Bale`a. Christian po prostu wymiata w roli niezbyt bystrego cwaniaczka, który nieźle zapowiadającą się karierę bokserską zamienił na gorzki świat cracku i złudnych marzeń o powrocie na ring. Tak charakterystyczne dla tego aktora, całkowite oddanie roli doskonale sprawdza się i dlatego tym razem na ekranie dostaniemy wychudłego szpenia o świecących oczach, rozczochranej fryzurze i w dresie. Na szczęście nie jest to teatr jednego aktora. Zawodzi natomiast Mark "Dajcie Mi Spokój" Wahlberg, który wygląda jakby wcale nie musiał grać. Można by powiedzieć, że to świetnie, każdy przecież powinien trafić na rolę swojego życia jednak problemem tego chłopaka jest zbytnie podobieństwo do Nicholasa Cage`a - inny film, ta sama twarz. Tak więc Mark bez szczególnych popisów prowadzi nas przez swoją historię, zmęczonego tym co się wokół dzieje (a na szczęście dzieje się dużo), boksera, lubiącego starcia w półdystansie. Szczególnie potraktowano tutaj motyw rodziny Wardów, która bez znieczulenia wykorzystuje twarz Mickyego by zarobić na utrzymanie i jednocześnie nie bez sprzeciwu bierze udział w próbie zmian istniejącego status quo.
Trzeba przyznać, że nie jest to właściwie film o boksie (chociaż sport ten jest jego nieodłącznym elementem) ale o walce w ogóle. Ten szeroki horyzont Russela to dzieło sporego kalibru (i miejmy nadzieję duży krok naprzód w karierze Marka Wahlberga), które za pierwszym podejściem może przejść niezauważone. Zobaczymy tutaj kilku ambitnych ludzi i jednego cwaniaka, który potrafi nieźle namieszać. Dla tych kreacji ucieleśniających różnorodne pragnienia warto ten film zobaczyć, a bokserskie wstawki potraktować jako dodatek do dania głównego. Zdecydowanie polecam.
Fighter, reż. David O. Russel, 2010.




a właśnie się zastanawiałam czy warto ;) dzięki M! ;)
OdpowiedzUsuńPowiedzieć, ze Russel nakręcił współczesnego "Rocky'ego" to może za dużo, ale odwalił kawał dobrej reżyserskiej roboty, bardzo zbliżając się do tego wzorcowego dzieła gatunku. Świetnie wyważone tempo, pomysłowo nakręcone walki i trzy wybijające się role aktorskie sprawiają, że film ogląda się znakomicie.
OdpowiedzUsuńNie ma róży bez kolców. Niestety muszę się zgodzić co do Wahlberga. Marky Mark tym razem niestety nieco zawodzi. Jest tylko kilka scen, w których jego obojętność naprawdę wychodzi filmowi na dobre. Scena jak wchodzą z Amy Adams do kina i Mark rzuca prymitywne "cool" zrzuciła mnie z fotela :D Daleko jednak do elektryzującej roli z "Infiltracji". Zobaczymy jak jego współpraca z Russelem ułoży się przy nadchodzącej ekranizacji gry "Uncharted".
Przynajmniej nie wziął się za kręcenie remaku "Rockyego". ;) Film jest zacny i nie trzeba go porównywać ze starymi hitami. Mi osobiście przypomina Zapaśnika. A w "Infiltracji"? Tam pasował jak ulał.
OdpowiedzUsuńProszę bardzo, Oli. :)