czwartek, 13 października 2011

Kamil Bazydło: Stereoskopowe samobójstwo

Tegoroczny festiwal...

Jak co roku w październiku stolica ma swoje małe święto kina w postaci Warsaw Film Festival, który doczekał się już 27. edycji. Wśród filmów, na które postanowiłem się wybrać znalazło się kilka bardzo różnych od siebie produkcji, jednak jedna wyróżniała się wyjątkowo. Przyciągnięty nazwiskiem reżysera Takashi Miike udałem się na wieczorny pokaz "Hara-Kiri: Śmierć samuraja". Film był wcześniej pokazywany w Cannes i wybierając się na projekcję było to w zasadzie wszystko co o nim wiedziałem.

Jak można było przypuszczać zainteresowanie było dosyć duże i warszawska publiczność dopisała pod względem frekwencji. Gdy drzwi sali zostały otwarte, spokojnie przesuwając się w kolejce dotarłem do bramek, okazałem bilet, odebrałem kartę plebiscytu publiczności i z nadzieją ruszyłem na spotkanie ze sztuką. Wspinając się po schodach największej sali kinowej Multikina, coś wzbudziło mój niepokój. Oderwałem się od wypatrywania optymalnego miejsca, odwróciłem się i spojrzałem w dół sali. Widok jaki ujrzałem zmroził mi krew w żyłach. Widzowie przy wejściu, od obsługi kina, odbierali również, o zgrozo, okulary 3D! Godzina wybiła, bilet przedarty, za późno aby się wycofać. Jak owca prowadzona na rzeź bez protestu wróciłem się, chwyciłem parę plastikowych okularów i zająłem miejsce na widowni.

...w 3D?
Miike plus film o samobójstwie plus technologia 3D. Bać się? Cieszyć? Złościć? Gwoli wyjaśnienia "Hara-kiri" okazał się po prostu remake'iem filmu z 1962 roku pod tym samym tytułem. Sam film oglądało mi się dosyć ciężko. Zmęczony całym dniem kilka razy przysnąłem, doskwierała mi wysoka temperatura na sali, a okulary z każdą chwilą stawały się coraz cięższe. Oczywiście wersja Miike posiada kilka naprawdę dobrych scen i jest to film w dużym stopniu wartościowy, ale ja nie o tym.

Trójwymiar, jak to wygląda? Pierwsze ujęcia filmu napawały optymizmem. Dryfujące w pierwszym planie kanji, w tle głębia pomieszczenia. Kilka spokojnych, estetycznych ujęć. Bardzo ładne wrażenie głębi na pełnej szczegółów gapiącej się z ekranu rzeźbie. Pierwszy problem, czyli napisy. Zauważalnie wystając z ekranu już po chwili tracą swoją informacyjną neutralność i zaczynają męczyć oczy. Szybkie podejrzenie jak film wygląda bez okularów prowadzi do spodziewanego wniosku. Patrząc przez okulary obraz jest o kilka tonów ciemniejszy, co jest niepożądaną wadą stereoskopii.  Poza tym, efektów brak. Obraz jest zupełnie płaski. Być może wrażenie zauważalne w pierwszych minutach po prostu znika, gdy oczy zaadaptują się do nowego sposobu patrzenia? Może 3D od początku nie jest zbyt intensywnie aplikowane? Skoro tak, to czemu w ogóle ma służyć?

Oryginał nie był nawet kolorowy.
Doświadczyłem ciekawego wydarzenia. Bojkotowane przeze mnie 3D spotkane na szanowanym festiwalu filmowym. Już nawet w Cannes "Hara-kiri" był prezentowany w 3D, jako pierwszy tego typu film w historii. Czy jest to zdarzenie incydentalne, czy może 3D znajdzie swoje miejsce na światowych ekranach promujących ambitną kinematografię? Czy obecność trójwymiaru, która była dla mnie sporym zaskoczeniem, żeby nie powiedzieć szokiem, przejdzie w ciągu kilku lat do festiwalowego porządku? W ciekawych czasach przyszło mi żyć.

1 komentarz: