Po długiej przerwie zapraszam na recenzję filmu Agnieszki Holland, W ciemności, 2011.
Na ten film czekałem z zapartym tchem, tematyka jest trudna, trochę w stylu Wajdy i końcowy efekt też miejscami trąci patosem, ale zastanawiałem się czy Holland udało się stworzyć obraz, który przekona widza, że to co zobaczył na ekranie miało miejsce naprawdę?
W pierwszym kontakcie film Holland odrzuca jako obraz wykonany zbyt starannie, za bardzo dopieszczony, w którym otoczenie, ubrania aktorów i atmosfera przywodzą na myśl estetykę serialu telewizyjnego. Jest to odczucie, które - co prawda nie z tym samym natężeniem ale jednak - pozostaje aż do końca filmu. Dlatego bardzo ciężko było mi przebrnąć przez te pierwsze chwile historii Leopolda Sochy i grupy jego protegowanych żydów. Zapewniam jednak osoby, którym może to przeszkadzać, że warto się przemóc.
Nie jest to film łatwy. Ba, sama historia jest opowieścią książkową (i na kartach książki ostatecznie się pojawiła, pod postacią pamiętników) na miarę bestsellera, którego potęga drzemie w surowej historii o przemianie drobnego cwaniaczka i złodzieja, pracownika lwowskich kanałów, w człowieka dla którego życie ludzkie stanowi wartość najwyższą. Ewolucja moralna Sochy jest zresztą przedstawiona bardzo zgrabnie a grający go Robert Więckiewicz daje popis prawdziwie światowego aktorstwa. Zresztą nie tylko on. Przyznać trzeba, że bohaterowie to ludzie z krwi i kości, uczciwi albo podli, pełni marzeń albo przyziemnych pragnień. Dla nich pewne uczucia stają się czarne albo białe ale są też takie, nad którymi nie raz zmarszczą czoło. To działa.
Nie tylko za bohaterów muszę Holland pochwalić, ale też za dobór scen, które odważnie wkraczają w te najbardziej intymne, ludzkie momenty. Jedną z bardziej poruszających historii jest poród w podziemnej kryjówce uciekinierów z lwowskiego, żydowskiego getta. Jest to obraz tak prawdziwy i tak przerażający, że chwytając się za głowę można tylko soczyście przekląć. Ale Holland nie boi się też pokazać tych rubasznych scen z życia lwowian. Socha w jednej z pierwszych scen ochoczo zabiera się do swojej żony, fest kobiety, i to wszystko w niewiarygodnej ciasnocie w obliczu śpiącego obok dziecka. Te wszystkie "swojskie" widoki niesamowicie budują atmosferę filmu i naprawdę, pod tym względem trudno W ciemności cokolwiek zarzucić. Jest to po części odpowiedź na pytanie postawione we wstępie. Nie czytałem dzienników Krystyny Chiger ale w wywiadzie udzielonym Nesweekowi przyznała, że oglądając film czuła się tak, jakby ponownie zeszła do cuchnących kanałów. Nie wiem czy może być coś bardziej przekonywającego do obejrzenia filmowej adaptacji losów siedmioletniej dziewczynki i ludzi, którzy razem z nią spędzili czternaście miesięcy w kanałach Lwowa.
Jedynym moim zarzutem poza wspomnianą serialowością, może być jeszcze odrobina patosu, ale hej, to w jakiś sposób polska szkoła filmowa. Poza tym, wydaje mi się, że w kinie brakuje nam nieco tych gestów, symbolicznych "wyciągniętych dłoni" oblanych światłem. Ilość takich dodatków jest tu zresztą minimalna więc podnoszą nieco wartość artystyczną obrazu.
Warto poświęcić te prawie dwie i pół godziny (!) na obejrzenie jednej z najciekawszych, heroicznych opowieści ostatnich lat.
fotografie: www.filmweb.pl
czwartek, 31 maja 2012
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Druga Ziemia
Recenzja filmu Druga Ziemia, 2011, reż. Mike Cahill.
Niewiele jest filmów, które uważam za "inne". Słusznie ktoś stwierdził, że pojawiają się tu recenzje głównie kina popularnego, co jednak nie wyklucza bardziej ambitnych projektów na mojej liście obejrzanych czy też "must see". Another Earth jest perełką festiwalu w Sundance, na którym zgarnęła między innymi nagrodę jury dla najlepszego dramatu. Kąsek więc łakomy, tym bardziej, że nie jest to kino, na które wybraliby się głównie miłośnicy coli, popcornu i dobrych efektów specjalnych.
Właśnie, to co wyróżnia Another Earth to specyficzny nastrój, panujący w tej filmowej próbie zmierzenia się z pytaniem obecnym w życiu każdego, kto spogląda w niebo - czy jesteśmy sami? To spokój kadrów i nieśpieszne prowadzenie akcji, to wreszcie kamera z ręki i refleksyjne, czasem pełne winy spojrzenia bohaterów, których los postawił po jednej, niezbyt przyjemnej stronie barierki.
Dziewczyna, która zapowiadała się na dobrą studentkę Massachusetts Institute of Technology (MIT) spędza 4 lata swojego młodego życia w więzieniu za spowodowanie wypadku samochodowego. Mężczyzna, który w tym samym wypadku traci całą rodzinę stacza się na dno moralnej drabiny, przysypiając w domu pełnym śmieci, korzystając z usług prostytutek. Ta połączona jednym losem para odkryje się na nowo na starej dobrej Ziemi, ale posiądą też perspektywę sprawdzenia alternatywnej dla siebie historii.
Motyw science-fiction jakim jest w filmie pojawienie się drugiej Ziemi (będącej lustrzanym odbiciem naszej planety) to szansa dla bohaterów na złapanie w życiu kolejnych możliwości. To w pewnym sensie furtka dająca ludziom postawionym w dramatycznej sytuacji nowy kierunek, w którym mogą podążać. Chociaż akcja rozwija się tu powoli, to jednak warto czekać te półtorej godziny by sprawdzić czy i w jaki sposób z owej furtki skorzystali. Próżno czekać tutaj na efekty przygotowań do wielkiej wyprawy w nieznane. Motyw podróży w kosmos stanowi jedynie tło dla przemyśleń o wszystkich, czekających tam możliwościach.
Przez część filmu doświadczamy narracji. Dzięki niej naświetlone zostają wszelkie pytania i wątpliwości związane z pojawieniem się w naszej przestrzeni planety podobnej do Ziemi. Narracja kreuje atmosferę tej opowieści, nadając miejscami formę dokumentu, ale na niepowtarzalny klimat pracuje również muzyka. Poruszające połączenie klasycznych dźwięków instrumentów z elektroniką sprawdza się znakomicie, ale uwaga, nie oczekujcie żwawych elektronicznych kawałków. To współgra z ogólnym nastrojem obrazu Cahilla, w którym więcej jest zadumy niż akcji. Poza dramatem znajdziemy tu też momenty piękne i zabawne. Idealny miks dla kogoś, kto chce odetchnąć od kina głównego nurtu, pełnego scenariuszowych śmieci albo przeładowanego efektami.
Pisząc o tym filmie, że jest "inny" miałem na myśli tę mieszankę nieprzewidywalności, sci-fi z dramatem w chłodnych barwach podnieconych nieco doskonałym backgroundem muzycznym. Ciekawy temat i skromna forma obrazu działają zdecydowanie na jego korzyść. Chciałbym, aby to zapoczątkowało falę lekkiego sci-fi nastawionego raczej na dobrą narrację niż przesadnie upstrzonego świecidełkami.
Zdecydowanie polecam.
Niewiele jest filmów, które uważam za "inne". Słusznie ktoś stwierdził, że pojawiają się tu recenzje głównie kina popularnego, co jednak nie wyklucza bardziej ambitnych projektów na mojej liście obejrzanych czy też "must see". Another Earth jest perełką festiwalu w Sundance, na którym zgarnęła między innymi nagrodę jury dla najlepszego dramatu. Kąsek więc łakomy, tym bardziej, że nie jest to kino, na które wybraliby się głównie miłośnicy coli, popcornu i dobrych efektów specjalnych.
Właśnie, to co wyróżnia Another Earth to specyficzny nastrój, panujący w tej filmowej próbie zmierzenia się z pytaniem obecnym w życiu każdego, kto spogląda w niebo - czy jesteśmy sami? To spokój kadrów i nieśpieszne prowadzenie akcji, to wreszcie kamera z ręki i refleksyjne, czasem pełne winy spojrzenia bohaterów, których los postawił po jednej, niezbyt przyjemnej stronie barierki.
Dziewczyna, która zapowiadała się na dobrą studentkę Massachusetts Institute of Technology (MIT) spędza 4 lata swojego młodego życia w więzieniu za spowodowanie wypadku samochodowego. Mężczyzna, który w tym samym wypadku traci całą rodzinę stacza się na dno moralnej drabiny, przysypiając w domu pełnym śmieci, korzystając z usług prostytutek. Ta połączona jednym losem para odkryje się na nowo na starej dobrej Ziemi, ale posiądą też perspektywę sprawdzenia alternatywnej dla siebie historii.
Motyw science-fiction jakim jest w filmie pojawienie się drugiej Ziemi (będącej lustrzanym odbiciem naszej planety) to szansa dla bohaterów na złapanie w życiu kolejnych możliwości. To w pewnym sensie furtka dająca ludziom postawionym w dramatycznej sytuacji nowy kierunek, w którym mogą podążać. Chociaż akcja rozwija się tu powoli, to jednak warto czekać te półtorej godziny by sprawdzić czy i w jaki sposób z owej furtki skorzystali. Próżno czekać tutaj na efekty przygotowań do wielkiej wyprawy w nieznane. Motyw podróży w kosmos stanowi jedynie tło dla przemyśleń o wszystkich, czekających tam możliwościach.
Przez część filmu doświadczamy narracji. Dzięki niej naświetlone zostają wszelkie pytania i wątpliwości związane z pojawieniem się w naszej przestrzeni planety podobnej do Ziemi. Narracja kreuje atmosferę tej opowieści, nadając miejscami formę dokumentu, ale na niepowtarzalny klimat pracuje również muzyka. Poruszające połączenie klasycznych dźwięków instrumentów z elektroniką sprawdza się znakomicie, ale uwaga, nie oczekujcie żwawych elektronicznych kawałków. To współgra z ogólnym nastrojem obrazu Cahilla, w którym więcej jest zadumy niż akcji. Poza dramatem znajdziemy tu też momenty piękne i zabawne. Idealny miks dla kogoś, kto chce odetchnąć od kina głównego nurtu, pełnego scenariuszowych śmieci albo przeładowanego efektami.
Pisząc o tym filmie, że jest "inny" miałem na myśli tę mieszankę nieprzewidywalności, sci-fi z dramatem w chłodnych barwach podnieconych nieco doskonałym backgroundem muzycznym. Ciekawy temat i skromna forma obrazu działają zdecydowanie na jego korzyść. Chciałbym, aby to zapoczątkowało falę lekkiego sci-fi nastawionego raczej na dobrą narrację niż przesadnie upstrzonego świecidełkami.
Zdecydowanie polecam.
sobota, 31 marca 2012
Giganci ze stali
Recenzja filmu Giganci ze stali, 2011, reż. Shawn Levy.
Panie i panowie! Zapraszamy wszystkich miłośników robotów
małych i dużych na galę boksu zawodowego w wykonaniu bohatera dnia, Atoma i
wszystkich przeciwników, których uda się przeciw niemu poskładać! Owszem! Będą
musieli ich składać!
Właściwie nie będę ściemniał i napiszę od razu, że jestem
miłośnikiem wszystkich robotów obdarzonych przez swoich twórców emocjami dobrymi czy złymi. Absolutnie uwielbiam
wszelkiej maści filmowe twory z metalu i tworzyw wykonane przez człowieka i
przez niego prowadzone z dobrymi i złymi zamiarami. Nie będę sięgał do
przeszłości zbyt często bo czas na to nie pozwala (runda ma przecież swoje trzy
minuty), ale warto przywołać takie klasyki jak Sędzia Dredd czy Robot Jox
dochodząc do animowanych Transformersów i kończąc na tych filmowych
(zdecydowanie mniej udanych). Z tym większym zapałem siadłem do najnowszej
produkcji z maszynami w tle czyli do Real Steel.
I srogo się zawiodłem. Na początku.
Oto mamy niedaleką przyszłość gdzie tradycyjny boks został
zastąpiony przez ten bardziej brutalny w wykonaniu wielkich maszyn. Byli
mistrzowie tradycyjnych walk na pięści stali się teraz trenerami swoich
mechanicznych pupili. Taki właśnie los spotkał Charliego Kentona (Hugh
Jackman), który próbując spłacić długi tuła się po podrzędnych ringach
zabawiając tłum walkami z udziałem zwierząt na dorocznych wiejskich festynach.
Nie jest on też bohaterem pierwszej próby, masa długów i szemrana przeszłość
drobnego cwaniaczka pozwala mu z czystym sumieniem sprzedać swojego dopiero co
odnalezionego syna, Maxa (Dakota Goyo) rodzinie zastępczej. Gdy jednak musi się zaopiekować chłopcem
jeszcze przez jakiś czas, razem z życiową partnerką Bailey (Evangeline Lilly)
mają szansę stanąć na nogi w bokserskim światku, wrócić na szczyt i zacząć
wszystko od nowa. I będzie to przygoda z wybojami, tym bardziej, że chłopak
wdał się w ojca.
Zasadniczo filmy o zdobywaniu uznania i chwały na ringu
wiele się od siebie nie różnią, podobnie jest z Gigantami, w których próżno
szukać fabularnych fajerwerków i należy się nastawić na akcję totalnie przewidywalną.
Co jednak na pewno znajdziecie to masa dobrej zabawy i najwięcej metalu na metr
kwadratowy od czasu ostatnich Transformersów. Mówię szczerze. Jest to bowiem
historia Charliego, Maxa i znalezionego na złomie robota o imieniu Atom, z
którym bohaterowie sięgną po mistrzostwo stając przeciwko niepokonanemu
dotychczas Zeusowi. Ależ to brzmi! W dodatku, tradycyjnie, Atoma nie da się nie
lubić.
Skoro jest tak super to dlaczego jest tak źle na początku?
Otóż film ma start bardzo słaby, rozkręca się powoli, nudno i sztampowo a do
tego bohater grany przez Jackmana nie grzeszy głębią. Na szczęście z czasem
obraz zyskuje na dynamice i z nudnawego zrzędzenia o nieudolnym, byłym bokserze
robi się prawdziwie rodzinne kino wyładowane pierwszorzędnymi emocjami. Taki
trochę Rocky w wersji dla wszystkich. I to trzeba temu filmowi oddać, że nie
udaje czegoś czym nie jest. Byłem absolutnie kontent z podejścia do tematu tak
od strony fabularnej jak i technicznej.
A jeśli już o tym mowa to warto wspomnieć, że muzyką zajął się Danny Elfman. Tak, tak, ten sam, stary, dobry Danny. Zresztą muzyka jest tu oliwą dolaną do ognia. Piosenki, Miksy i utwory muzyczne idealnie pasują do zmagań na ringu a do tego podnoszą ciśnienie tam gdzie powinny. Skoczne, lekkie rytmy, trochę hip hopu i rockowego pazura dodaje pieprzu!
A jeśli już o tym mowa to warto wspomnieć, że muzyką zajął się Danny Elfman. Tak, tak, ten sam, stary, dobry Danny. Zresztą muzyka jest tu oliwą dolaną do ognia. Piosenki, Miksy i utwory muzyczne idealnie pasują do zmagań na ringu a do tego podnoszą ciśnienie tam gdzie powinny. Skoczne, lekkie rytmy, trochę hip hopu i rockowego pazura dodaje pieprzu!
W kategorii film rozrywkowy z przymrużeniem oka Real Steel
zajmuje u mnie aktualnie pierwszą pozycję. Dla dzieciaków i dorosłych. ;)
sobota, 24 marca 2012
Walt Gosling
Niestety nie potwierdzą się informacje o filmie zatytułowanym WALT, biograficznej produkcji dotyczącej słynnego Walta Disneya.
W sieci zadebiutował niedawno poster przedstawiający Ryana Goslinga jako ojca disneyowskiego imperium. Już zacierałem dłonie gdy okazało się, że plakat jest niestety fałszywy. Do tej oryginalnej próby stworzenia nieistniejącego filmu przyznaje się Francuz Pascal Witaszek.
Wspomniany artysta stworzył jeszcze kilka plakatów do produkcji filmowych, które nie miały miejsca. Więcej znajdziecie pod adresem: www.joblo.com
A mogło być tak pięknie.
W sieci zadebiutował niedawno poster przedstawiający Ryana Goslinga jako ojca disneyowskiego imperium. Już zacierałem dłonie gdy okazało się, że plakat jest niestety fałszywy. Do tej oryginalnej próby stworzenia nieistniejącego filmu przyznaje się Francuz Pascal Witaszek.
Wspomniany artysta stworzył jeszcze kilka plakatów do produkcji filmowych, które nie miały miejsca. Więcej znajdziecie pod adresem: www.joblo.com
A mogło być tak pięknie.
czwartek, 22 marca 2012
Nieobiektywny przegląd
Czas na niewielki, nieobiektywny przegląd tego, co interesującego może pojawić się w tym roku w kinach. Na co warto poczekać lub czego warto unikać w nadchodzących miesiącach. Oczywiście totalnie subiektywnie. Zaczynajmy.
Pirania 3DD
Czy trzeba więcej Piranii? Oczywiście! Przynajmniej tym razem twórcy poszli na całość i pokazali o co chodzi w tym filmie. Poprzednio mieliśmy do czynienia z ukłonem w stronę miłośników pastiszu, tym razem nikt się nikomu nie kłania i dobrze, bo to nie ten rodzaj filmu. Kiedy na ekranie pojawia się David Hasselhoff w roli ratownika to twórcy musieli to zrobić z premedytacją.
Premiera: 1 czerwca 2012.
Królewna Śnieżka i Łowca
Nie znudziła wam się baśniowa opowieść o pewnej Królewnie zwanej Śnieżką? Jeśli tak, to być może czas zobaczyć coś mniej grzecznego? A jeśli nie, to zawsze warto zobaczyć nieco odmienną od stereotypu zbudowanego przez Disneya, wersję. Rupert Sanders debiutuje jako reżyser, obsadzając w tym epickim filmie między innymi Kirsten Stewart (dobry wybór in my opinion), Chrisa Hemswortha oraz Charlize Theron. Ciekawa obsada oraz duża dawka akcji i bajkowego klimatu.
Premiera: 1 czerwca 2012.
Prometeusz
Nic dodać nic ując. Dla miłośników Ridleya Scotta i pewnej medialnej rasy obcych jest to pozycja obowiązkowa. Ale nawet dla tych, którzy nie znają kanonu warto rzucić okiem na historię, która zapowiada się na prawdziwie dramatyczne widowisko na odległych rubieżach wszechświata. Fabularnie zapowiada się zjawiskowo a wizualnie z całą pewnością się nie rozczarujemy. Będzie to, prawdopodobnie, ciekawa alternatywa dla współczesnego, przeładowanego światełkami kina akcji.
Premiera: 20 lipca 2012.
Resident Evil: Retrybucja
Nie regulujcie odbiorników, to naprawdę zwiastun kolejnej odsłony serii Resident Evil. Chyba tylko dla prawdziwych miłośników, pomijając już żenującą ingerencję Sony w całość. Podejrzewam, że skończy się jak z serią Piła, którą od części trzeciej oglądałem już tylko na plakatach. Anderson zdecydowanie rozmienia się na drobne, podobnie jak Milla Jovovich, która ponownie wcieliła się w postać Alice. Tym razem zaangażowany jest ruch oporu i korporacja Umbrella (czyżby Sony starało się przebrandować?).
Premiera 14 września 2012.
Mroczne cienie
Barnabas Collins jest dość ... specyficznym wampirem o bogatej przeszłości i jak się okazuje, nietuzinkowej teraźniejszości. Po latach uśpienia, budzi się z grobu by ponownie wynieść nazwisko swojej rodziny na wyżyny społeczne. Problem w tym, że pojawia się również czarownica, która przeklęła go by stał się szkaradną postacią, którą obecnie jest. To połączenie Rodziny Adamsów z Burtonowskimi produkcjami pokroju Edwarda Nożycorękiego, przywraca mi wiarę w Burtona i jego pojebaną głowę. Oby tak dalej. Zapowiada się miodnie i z doborową obsadą.
Premiera: 18 maja 2012.
Cosmopolis
Robert Pattinson chce więcej. Przynajmniej tak twierdzi na zwiastunie nowego filmu Cosmopolis. Pachnie brudną prawdą o zachodniej cywilizacji rozkładu z jej imperialistycznym dążeniem do destrukcyjnego konsumpcjonizmu i hedonistycznego uwielbienia ciała. Brzmi zawile nawet jak dla mnie. Na szczęście film, chociaż pokazuje część tych filozoficznych wynurzeń, może okazać się ciekawy. Kino trudnych tematów ostatnio staje się modne. Tutaj, bez wielkiego halo spotkamy fajnych aktorów i jak na międzynarodowy film, być może trochę przekazu. A na poważnie, w końcu to Cronenberg ze swoją analizą postaci. Tym razem osaczonym będzie milioner z limuzyną próbujący zmierzyć się z przepychem i dekadencją Manhattanu.
Premiera: 12 grudnia 2012.
Dobre? Czekajmy na więcej!
Pirania 3DD
Czy trzeba więcej Piranii? Oczywiście! Przynajmniej tym razem twórcy poszli na całość i pokazali o co chodzi w tym filmie. Poprzednio mieliśmy do czynienia z ukłonem w stronę miłośników pastiszu, tym razem nikt się nikomu nie kłania i dobrze, bo to nie ten rodzaj filmu. Kiedy na ekranie pojawia się David Hasselhoff w roli ratownika to twórcy musieli to zrobić z premedytacją.
Premiera: 1 czerwca 2012.
Królewna Śnieżka i Łowca
Nie znudziła wam się baśniowa opowieść o pewnej Królewnie zwanej Śnieżką? Jeśli tak, to być może czas zobaczyć coś mniej grzecznego? A jeśli nie, to zawsze warto zobaczyć nieco odmienną od stereotypu zbudowanego przez Disneya, wersję. Rupert Sanders debiutuje jako reżyser, obsadzając w tym epickim filmie między innymi Kirsten Stewart (dobry wybór in my opinion), Chrisa Hemswortha oraz Charlize Theron. Ciekawa obsada oraz duża dawka akcji i bajkowego klimatu.
Premiera: 1 czerwca 2012.
Prometeusz
Nic dodać nic ując. Dla miłośników Ridleya Scotta i pewnej medialnej rasy obcych jest to pozycja obowiązkowa. Ale nawet dla tych, którzy nie znają kanonu warto rzucić okiem na historię, która zapowiada się na prawdziwie dramatyczne widowisko na odległych rubieżach wszechświata. Fabularnie zapowiada się zjawiskowo a wizualnie z całą pewnością się nie rozczarujemy. Będzie to, prawdopodobnie, ciekawa alternatywa dla współczesnego, przeładowanego światełkami kina akcji.
Premiera: 20 lipca 2012.
Resident Evil: Retrybucja
Nie regulujcie odbiorników, to naprawdę zwiastun kolejnej odsłony serii Resident Evil. Chyba tylko dla prawdziwych miłośników, pomijając już żenującą ingerencję Sony w całość. Podejrzewam, że skończy się jak z serią Piła, którą od części trzeciej oglądałem już tylko na plakatach. Anderson zdecydowanie rozmienia się na drobne, podobnie jak Milla Jovovich, która ponownie wcieliła się w postać Alice. Tym razem zaangażowany jest ruch oporu i korporacja Umbrella (czyżby Sony starało się przebrandować?).
Premiera 14 września 2012.
Mroczne cienie
Barnabas Collins jest dość ... specyficznym wampirem o bogatej przeszłości i jak się okazuje, nietuzinkowej teraźniejszości. Po latach uśpienia, budzi się z grobu by ponownie wynieść nazwisko swojej rodziny na wyżyny społeczne. Problem w tym, że pojawia się również czarownica, która przeklęła go by stał się szkaradną postacią, którą obecnie jest. To połączenie Rodziny Adamsów z Burtonowskimi produkcjami pokroju Edwarda Nożycorękiego, przywraca mi wiarę w Burtona i jego pojebaną głowę. Oby tak dalej. Zapowiada się miodnie i z doborową obsadą.
Premiera: 18 maja 2012.
Cosmopolis
Robert Pattinson chce więcej. Przynajmniej tak twierdzi na zwiastunie nowego filmu Cosmopolis. Pachnie brudną prawdą o zachodniej cywilizacji rozkładu z jej imperialistycznym dążeniem do destrukcyjnego konsumpcjonizmu i hedonistycznego uwielbienia ciała. Brzmi zawile nawet jak dla mnie. Na szczęście film, chociaż pokazuje część tych filozoficznych wynurzeń, może okazać się ciekawy. Kino trudnych tematów ostatnio staje się modne. Tutaj, bez wielkiego halo spotkamy fajnych aktorów i jak na międzynarodowy film, być może trochę przekazu. A na poważnie, w końcu to Cronenberg ze swoją analizą postaci. Tym razem osaczonym będzie milioner z limuzyną próbujący zmierzyć się z przepychem i dekadencją Manhattanu.
Premiera: 12 grudnia 2012.
Dobre? Czekajmy na więcej!
niedziela, 26 lutego 2012
Brave coraz bliżej!
Niedawno w sieci ukazał się rozszerzony zwiastun nadchodzącej produkcji Pixara. Disneyowski Brave, robi wrażenie.
Wspominałem już o tym filmie, ale warto przypomnieć, że bohaterką nowej opowieści ze studia Walta Disneya będzie księżniczka Merida, która chcąc zmierzyć się z własnym losem spróbuje przezwyciężyć pewną klątwę.
Ja czekam z niecierpliwością!
Razem ze zwiastunem zadebiutował też plakat promujący tę produkcję.
Wspominałem już o tym filmie, ale warto przypomnieć, że bohaterką nowej opowieści ze studia Walta Disneya będzie księżniczka Merida, która chcąc zmierzyć się z własnym losem spróbuje przezwyciężyć pewną klątwę.
Ja czekam z niecierpliwością!
Razem ze zwiastunem zadebiutował też plakat promujący tę produkcję.
sobota, 21 stycznia 2012
Kultowy Drive?
Recenzja filmu Drive, 2011, reż. Nicolas Winding Refn.
Usłyszałem opinię o tym filmie, że gdyby wyszedł jeszcze kilka lat temu, stałby się kultowy, że nie jest to grzeczne kino, ale akcja w starym dobrym stylu. Teraz, gdy już seans za mną trudno mi nie zgodzić się z tym wszystkim. Próbuję znaleźć dla niego dobrą alternatywę i w ostatnim czasie pod względem akcji przychodzi mi na myśl jedynie Miasto złodziei, chociaż pewnie dałoby się zdecydowanie podnieść poprzeczkę i konstrukcyjnie porównać film do leciwego już Leona zawodowca. W każdym razie ludzie, którzy wzięli się za Drive, doskonale wiedzą jak się robi kino.
Historia chłopaka pracującego w warsztacie samochodowym, który nocami siada za kierownicą i przewozi przestępców, może nie wygląda na szczególnie oryginalną ani ciekawą, ale nie w tym tkwi magia tego kina. Gosling tworzy niezwykle cichego bohatera (a przez niezwykle mam na myśli naprawdę dziwnie), do którego idealnie pasuje powiedzenie – strzeż się gniewu człowieka spokojnego. To w rzeczywistości bomba zegarowa i na nieszczęście, ktoś źle ocenił swoje możliwości próbując ją rozbroić.
Akcja zaczyna się klasyczną ucieczką z miejsca napadu. Kilka manewrów, trochę napięcia i dobrze zrealizowane zdjęcia zapewniły mnie, że nie będę oglądał czegoś kiepskiego. Niby spokojnie, niby leniwie ale po scenie w barze pryska, jak mydlana bańka obrazek miłego i czarującego Drivera, który lekko się uśmiechając sprawia wrażenie gościa pływającego we własnych snach. I nie mówię tu po prostu o wybuchu agresji, to świetnie narastające napięcie w trakcie filmu i dokładnie wymierzony policzek, który otrzymujemy w tamtej chwili zapowiadają zmianę tonacji dla całej historii. Najlepsze jest to, że nikt się tu z gangsterską nie obnosi. Widziałem po prostu gości w dresach, trochę gołych kobiet i to co właściwie stawia ludzi na nogi – przemoc.
Film jest miejscami naprawdę brutalny co podkreśla jego surowa budowa. Bezpośredniość spektakularnej przemocy przypomina swoją surowością Wschodnie obietnice, co nie pozostaje jednak bez znaczenia. Widz rozumie, że w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie nie będzie wyjść pośrednich i tak naprawdę nigdzie nie można uciec. Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy jest chociażby postać Standarda (Isaac Oscar). Nie powiem, jak dla mnie zbudowano atmosferę zamknięcia, braku jakichkolwiek alternatyw jak gdyby ludzie rodzili się w mafijnym bagnie i nigdy go nie opuszczali. Wydaje mi się jednak, że niektórych, zbyt brutalnych ujęć można było uniknąć a straciłbym naprawdę niewiele.
Aktorzy w tym filmie przyciągają. Gosling jest cichy, jego kumpel rozgadany, podstarzały marzyciel siedzący w gangsterskiej dłoni no i cała plejada grubych ryb i płotek, którzy po prostu dobrze wyglądają. Nie znajdziemy tu kreacji rodem z Ojca chrzestnego, ale nic nie zastąpi widoku Goslinga zaraz po scenie w windzie. Stojący w bezruchu, milczący i spocony psychopata o chłopięcym wyglądzie, ogarnięty amokiem, to już poważna sprawa. Ten film ma styl. W dodatku główna postać doskonale koreluje z tym co nosi na plecach swojej kurtki.
Całość przypomina stare, dobre kino. Goście, odpowiedzialni za Drive wiedzą dokładnie jak ma wyglądać narracja i jak budować napięcie. Wiedzą bardzo dobrze jakie sceny trzeba podać, żeby przywalić między oczy. Czyżbym trochę fantazjował? Być może to wszystko czysty przypadek, lecz pisząc o stylu, mam na myśli wspomniane wyżej filmy i tak jak one, Drive dał mi mocnego kopa.
Usłyszałem opinię o tym filmie, że gdyby wyszedł jeszcze kilka lat temu, stałby się kultowy, że nie jest to grzeczne kino, ale akcja w starym dobrym stylu. Teraz, gdy już seans za mną trudno mi nie zgodzić się z tym wszystkim. Próbuję znaleźć dla niego dobrą alternatywę i w ostatnim czasie pod względem akcji przychodzi mi na myśl jedynie Miasto złodziei, chociaż pewnie dałoby się zdecydowanie podnieść poprzeczkę i konstrukcyjnie porównać film do leciwego już Leona zawodowca. W każdym razie ludzie, którzy wzięli się za Drive, doskonale wiedzą jak się robi kino.
Historia chłopaka pracującego w warsztacie samochodowym, który nocami siada za kierownicą i przewozi przestępców, może nie wygląda na szczególnie oryginalną ani ciekawą, ale nie w tym tkwi magia tego kina. Gosling tworzy niezwykle cichego bohatera (a przez niezwykle mam na myśli naprawdę dziwnie), do którego idealnie pasuje powiedzenie – strzeż się gniewu człowieka spokojnego. To w rzeczywistości bomba zegarowa i na nieszczęście, ktoś źle ocenił swoje możliwości próbując ją rozbroić.
Akcja zaczyna się klasyczną ucieczką z miejsca napadu. Kilka manewrów, trochę napięcia i dobrze zrealizowane zdjęcia zapewniły mnie, że nie będę oglądał czegoś kiepskiego. Niby spokojnie, niby leniwie ale po scenie w barze pryska, jak mydlana bańka obrazek miłego i czarującego Drivera, który lekko się uśmiechając sprawia wrażenie gościa pływającego we własnych snach. I nie mówię tu po prostu o wybuchu agresji, to świetnie narastające napięcie w trakcie filmu i dokładnie wymierzony policzek, który otrzymujemy w tamtej chwili zapowiadają zmianę tonacji dla całej historii. Najlepsze jest to, że nikt się tu z gangsterską nie obnosi. Widziałem po prostu gości w dresach, trochę gołych kobiet i to co właściwie stawia ludzi na nogi – przemoc.
Film jest miejscami naprawdę brutalny co podkreśla jego surowa budowa. Bezpośredniość spektakularnej przemocy przypomina swoją surowością Wschodnie obietnice, co nie pozostaje jednak bez znaczenia. Widz rozumie, że w świecie, w którym znaleźli się bohaterowie nie będzie wyjść pośrednich i tak naprawdę nigdzie nie można uciec. Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy jest chociażby postać Standarda (Isaac Oscar). Nie powiem, jak dla mnie zbudowano atmosferę zamknięcia, braku jakichkolwiek alternatyw jak gdyby ludzie rodzili się w mafijnym bagnie i nigdy go nie opuszczali. Wydaje mi się jednak, że niektórych, zbyt brutalnych ujęć można było uniknąć a straciłbym naprawdę niewiele.
Aktorzy w tym filmie przyciągają. Gosling jest cichy, jego kumpel rozgadany, podstarzały marzyciel siedzący w gangsterskiej dłoni no i cała plejada grubych ryb i płotek, którzy po prostu dobrze wyglądają. Nie znajdziemy tu kreacji rodem z Ojca chrzestnego, ale nic nie zastąpi widoku Goslinga zaraz po scenie w windzie. Stojący w bezruchu, milczący i spocony psychopata o chłopięcym wyglądzie, ogarnięty amokiem, to już poważna sprawa. Ten film ma styl. W dodatku główna postać doskonale koreluje z tym co nosi na plecach swojej kurtki.
Całość przypomina stare, dobre kino. Goście, odpowiedzialni za Drive wiedzą dokładnie jak ma wyglądać narracja i jak budować napięcie. Wiedzą bardzo dobrze jakie sceny trzeba podać, żeby przywalić między oczy. Czyżbym trochę fantazjował? Być może to wszystko czysty przypadek, lecz pisząc o stylu, mam na myśli wspomniane wyżej filmy i tak jak one, Drive dał mi mocnego kopa.
~ ludzie, którzy wzięli się za Drive, doskonale wiedzą jak się robi kino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















