środa, 12 października 2011

Polska gra za 1 dolara? Afterfall InSanity w charytatywnej promocji.

Dość odważne podejście do promocji swojego tytułu zaprezentowali twórcy polskiego Afterfall InSanity. Swoją kopię gry można zdobyć już za jednego dolara.

Właściwie jest tylko jeden warunek do spełnienia, musisz być jednym z 10 milionów ludzi, którzy zamówią pre order tytułu na jego stronie internetowej. Jest to prawdziwie ambitne podejście ale jak zapowiadają twórcy na filmie promocyjnym, chcą zrobić coś wielkiego.

Dodatkowym bodźcem niech będzie informacja, że pieniądze te nie idą w całości do ich kieszeni. Jeśli akcja okaże się sukcesem to 10% z zebranych w ten sposób pieniędzy zostanie przekazana na cele charytatywne, co jednak jeśli promocja nie powiedzie się? W takim przypadku twórcy nie rezygnują z dobroczynności i całą kwotę z zamówień przedpremierowych przekażą wybranym organizacjom potrzebującym pomocy a gracze, nadal będą mogli kupić grę w normalnej cenie, oczywiście niższej o wspomnianego dolara.

Czy taka akcja ma szansę powodzenia? Oczywiście jest to dość odważne działanie i przy tak mało znanym studiu jak Intoxicate, bardzo ryzykowne. Dlaczego jednak nie spróbować? Jeżeli nie dla samej gry to może chociaż z chęci pomocy innym? Jest szansa, że dostaniesz swój egzemplarz Afterfall InSanity za 1$.

Afterfall to gra w konwencji horroru osadzona w post-apokaliptycznej rzeczywistości roku 2035, opowiadająca historię Alberta, członka ekipy medycznej mającej na celu trzymać w ryzach zdrowie psychiczne mieszkańców schronu. Jak się okazuje, podziemny azyl może stać się piekielnie niebezpiecznym miejscem, którego zagadkę będzie chciał rozwiązać nasz bohater.

Adres pod którym znajdziecie więcej szczegółów: http://www.afterfall-universe.com
Poniżej film promocyjny.

Marcin Piotrowski: Mission failed


Recenzja filmu Hanna, 2011, reż.  Joe Wright.

Próbując ogarnąć temat Hanny, nie mogłem się zdecydować czy ten film mnie bardziej obraża swoją zawartością, czy może łechcze poczucie estetyki wcale przyjemnymi obrazami. Ostatecznie zrozumiałem, że Wright zrobił film bardzo nieprzemyślany, który nie robi dobrze ani jednego, ani drugiego.

Trzeba to sobie powiedzieć jasno, Hanna to historia około siedemnastoletniej (!) dziewczynki, która została wytrenowana przez ojca na doskonałego zabójcę (!). Wyszkolona nie byle jak bo w zupełnej dziczy na dalekiej i ośnieżonej Północy. Cel, który przyświeca temu dziwacznemu treningowi, a który odkrywamy w trakcie filmu jest jeden – zemsta. Nie bardzo wiadomo dlaczego, nie bardzo wiadomo za co, wiadomo, że tytułowa bohaterka (17 lat. w tej roli Ronan Saoirse) ma gładko zdjąć łasicę wywiadu (Cate Blanchett), obstawioną dokoła agentami specjalnymi i mniej specjalnymi drabami o wyraźnych, skinheadowskich zapędach. Idzie jej różnie, raz gładko innym razem bardzo ciężko co dodatkowo rodziło we mnie poczucie zażenowania. Raz bowiem, mamy do czynienia z profesjonalną zabójczynią (szczególnie dobrze radzi sobie na początku filmu) rozwalającą wytrenowanych żołnierzy, żeby zaraz zobaczyć na ekranie pannę, która ma poważny problem z załatwieniem trzech ścigających ją Niemców odzianych w glany, charakterystyczne szerokie kurtki albo dresy rodem z NRD.

Zimna agentra Scully... to znaczy Marissa.

Właściwie największym problemem w tym filmie jest niespójność zaczynająca się u podstaw fabuły. Dlaczego aktu zemsty nie dokonuje sam Erik (w tej roli Eric Bana)? Dlaczego wysyła na misję swoją córkę, skoro obydwoje opuszczają bezpieczną kryjówkę? Tego właściwie się nie dowiemy. Tak jak również powodu, dla którego zobaczymy na ekranie kilka ciekawych i totalnie niewykorzystanych postaci. Znajdziemy tu na przykład starszą kobietę, której rola właściwie nie jest jasno określona, która ginie z równie enigmatycznych powodów, dzięki którym się pojawia. Znajdziemy tu lekko dziwacznego mężczyznę mieszkającego w opuszczonym i podniszczonym wesołym miasteczku, który też nie bardzo wiadomo po co się w tym obrazie znalazł. Znajdziemy tu wreszcie postać zimnej Marissy (Blanchett), której motywy działania są kompletnie pozbawione sensu albo opowiedziane zupełnie bez polotu i jest Erik, który robi sobie „wycieczkę” po Europie. Cała galeria dziwnych i źle naszkicowanych postaci mających raczej dalsze niż bliższe relacje ze sobą.

Minusem jest również słabo nakreślone tło fabularne. Pojawia się w nim jakiś tajemniczy projekt związany z modyfikacją ludzkiego DNA, jacyś ludzie z przeszłości, jakieś taśmy, niezamknięte sprawy, ale po wszystkim tym jedynie ślizgamy się pomiędzy jedną sceną ucieczki a drugą. Dziąsła aż bolą gdy widać kolejny, niewyjaśniony do końca motyw. Dużo ziewania a mogło być naprawdę ciekawie. Dodatkową zagadką jest stosunek córki do ojca. Bardzo surowa, bardzo powściągliwa w emocjach relacja. Szczególnie widać to na początku filmu, gdy Bana trenuje Hannę, jak i na końcu, gdy pomimo wielu lat spędzonych razem, dziewczyna wydaje się być mocno obojętna na wydarzenia z udziałem jej ojca.


Wszystko to bardzo kontrastuje z ciekawymi obrazami, z szybką (miejscami) akcją oraz dopasowaną stroną dźwiękową filmu. Technicznie obraz ten wypada bardzo dobrze. Miłą odmianą w stosunku do przeciągłych kadrów z początku filmu, była nieco teledyskowa ucieczka Hanny z podziemnego więzienia. To wszystko naprawdę daje radę. Znajdzie się tu miejsce dla kilku ciekawych scen, jak choćby ta przedstawiająca finałowy pojedynek. Jest w czym przebierać, jest nad czym cmokać. Można na przykład zwrócić uwagę na nieco nostalgiczny charakter otoczenia, przywodzący na myśl lata 90, ubiegłego wieku. Gdyby nie fatalne poprowadzenie fabuły i kompletne niewykorzystanie potencjału aktorskiego, jaki miał do dyspozycji Wright, film byłby naprawdę świetnym oderwaniem od kina ambitnego albo zbyt efekciarskiego. Szkoda, bo mogło być znacznie lepiej. Na razie wyszła z tego ledwie ciepła zupa.

A miało być tak pięknie.


środa, 21 września 2011

Kamil Bazydło: Gears of War 3 Xbox Night - słaba premiera mocnego tytułu



some are born to sweet delight...











W nocy z 19 na 20 września, w kilku miastach Polski zorganizowano premierowe imprezy największego hitu tego roku na Xboxie 360 czyli "Gears of War 3". Eventy pod nazwą Xbox Night odbyły się w Lublinie, Łodzi, Wrocławiu i Warszawie. Ja miałem okazję wybrać się na ten w stolicy, do klubu Lucid.

Wieczór zapowiadał się nieźle. Wyczekiwana niecierpliwie przez fanów finałowa część trylogii była gotowa do przetestowania na kilka godzin przed oficjalną premierą, co było gratką samą w sobie. Do klubu dobiłem nieco po 21:00. Cisza, spokój, gdzie ta impreza? Z niepewnością spróbowałem udać się po schodach na piętro, moża tam coś będzie? Faktycznie coś tam było. Jakieś może z 15 osób, trzy konsole, hostessa, ledwo widoczne materiały marketingowe. Pierwsze wrażenie, jak w polskim filmie: "Nuda. Nic się nie dzieje". Ludzie siedzą przy paru stolikach sącząc napoje i prowadząc towarzyskie gadki. Połowa z nich jakby zupełnie przypadkowo akurat znalazła się w klubie.

...some are born to endless night :(

Nic to, pora jeszcze wczesna, może się rozkręci. Niestety, dopiero dwie godziny później wszedł kolejny (pierwszy? jakikolwiek?) punkt programu, czyli konkurs z nagrodami. Główną nagrodą była kopia gry, a żeby ją zdobyć trzeba było się wykazać dogłębną znajomością serii "Gears of War", a także refleksem w udzielaniu odpowiedzi. Pytania czytała niunia ubrana w xboxowe ciuszki. Dobrze, że sama nie startowała w konkursie, a była po stronie "organizacyjnej" bo z wiedzą o grze było u niej wyraźnie ciężko. Padło kilka rozsądnych pytań, a także niestety kilka zupełnie niedorzecznych i nieprzemyślanych. Grupka nerdów poradziła sobie z pytaniami bez większych problemów, nie licząc tego o imiona dzieci Doma Santiago. Bez wnikliwej znajomości książki "Aspho Fields" odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa.

Aaarrgh! Nawet ja nie wiem jak się nazywały jego dzieci! 
Po tym równie frapującym co frustrującym przerywniku wszyscy powrócili do grania i picia. Dwóch niecierpliwych załączyło główną kampanię, ale spotkało się to z protestami części imprezowiczów, którym wyraźnie zależało na pozbawionym spoilerowania wieczorze. Na konsolach grano głównie w King of the Hill, Beast oraz Hordę 2.0. Po północy atmosfera się już totalnie rozluźniła. Zagrałem kilka fal w tym ostatnim trybie i kosząc kilka fantów (m.in. fajowy plakat) zmyłem się do domu.

Możliwość zagrania w "GoW 3" to na pewno gwóźdź całej imprezy, choć po graniu kilka tygodni w wersję beta, wypróbowanie kolejnego skrawka multiplayera nie było aż tak atrakcyjne. Wieczór nie był zły, ale organizacja raczej rozczarowująca. Chyba więcej radochy mieli fani, którzy wybrali się na nocną sprzedaż najnowszej gry Epic Games. Oni przynajmniej wrócili do domu już z własną kopią gry.

wtorek, 13 września 2011

Marcin Piotrowski: Wasza Wysokość


Wasza Wysokość, 2011, reż. David Gordon Green.

Ostatnio nie uświadczyłem wielu produkcji z gatunku filmowej fantasy a co dopiero komedii w tak dobrze zapowiadającym się kontekście, jak wyprawa w celu uratowania porwanej księżniczki? Może i brzmi jak klepany od zawsze schemat, ale od czego jest komedia, by tego nie obnażać? 

Z całego serca żałuję jednak, że akurat tego obrazu nie przegapiłem. Chociaż zanim wypowiem się negatywnie, muszę zaznaczyć, że są rzeczy, które mnie w nim zaskoczyły bardzo pozytywnie. Zaliczam do nich scenografię, która jak na taką produkcję budzi mój podziw. Część jest zdecydowanie dorobiona cyfrowo ale nie rzuca się to tak bardzo w oczy a momentami wygląda nawet epicko. Świetnie prezentuje się wioska, którą w trakcie podróży odwiedzają bohaterowie czy też widok na wieżę złego czarnoksiężnika. Ogółem rzecz mówiąc, elementy otoczenia prezentują się okazale.

Do pozytywów zaliczam również wpadającą w ucho muzyczkę (chociaż nie jest to nic wielkiego) oraz aktorów, którzy próbują zrobić coś z tej czarnej polewki. Wychodzi im nieźle, biorąc pod uwagę, że profil bohaterów robiony był chyba w drodze na plan filmowy. Tak więc widzimy naturalnego Jamesa Franco w roli uwielbianego przez rodaków, bohaterskiego księcia, Natalie Portman jako bezwzględną mścicielkę swojej rodziny, oraz najlepiej pasującego do tego filmu Danny`ego McBride. Ten gość naprawdę świetnie radzi sobie z rolą zjaranego, nieco zniewieściałego (ale tylko pozornie) księcia, którego ambicją jest pławienie się w luksusie jaki niesie ze sobą władza. Pozostałych bohaterów możemy w zasadzie przemilczeć.



Myślę, że największym mankamentem tej komedii jest brak humoru. A właściwie jego niespotykana specyfika. Być może zjadłem zęby na Monty Pythonie i jego Świętym Graalu, albo na Facetach w rajtuzach, Mela Brooksa i nie rozumiem nowomowy komediowych produkcji ale…. Jeśli komedia to obowiązkowo jakieś gagi, humor sytuacyjny albo po prostu głupie (ale zabawne) teksty. Niestety tego w Waszej Wysokości jak na lekarstwo.

 Fabuła została potraktowana dość luźno. Ot dwaj bracia wyruszają by odbić księżniczkę-dziewicę z rąk złego czarnoksiężnika, który ma co do niej niecne plany. Ze względu na to bohaterowie przypominają raczej szwędających się turystów. Jest słabo. Całość w ogóle nie daje rady, a świńskie dowcipy pojawiające się co chwila są raczej żenujące.



Zdziwiła mnie obsada a raczej jej zaangażowanie w produkcję tego filmu. Warto dodać, że wśród znanych twarzy zobaczymy jeszcze Zooey Deschanel czy Charlesa Dance. Jestem pod wrażeniem, że ludzie tej pozycji w branży zdecydowali się na zagranie w konkretnym gniocie. Z drugiej zaś strony, Danny McBride poradził sobie wcale przyzwoicie. Może więc bolączką tego filmu nie jest brak humoru a jedynie brak obsady zaprawionej w bojach, która mogłaby nadać kolorytu tej historii?

Całość przypomina Stary, gdzie moja bryka, z tą różnicą, że tamtych przygłupów lubiłem a teksty w stylu jednorożca pozostały w pamięci do dziś. Ten film mam nadzieję szybko zapomnieć.

piątek, 9 września 2011

Marcin Piotrowski: Średnio udana Inwazja


Recenzja filmu Inwazja, Bitwa o Los Angeles, 2011, reż. Jonathan Liebesman.

Wiele zależy od tego, czego oczekujesz po takim filmie i z jakim nastawieniem do niego podchodzisz. Należę do tych, którzy lubią się orientować w temacie zanim zobaczą film, a już z całą pewnością lubię znać opinie. To ostatnie sprawiło, że świeżą wciąż płytę dvd włożyłem do napędu z przekonaniem, że przyjdzie mi obejrzeć jeden z najbardziej (jak twierdzą zaufane źródła) krapowych filmów sci-fi ostatnich lat. 

Na początek może krótkie streszczenie:  wprowadzenie, walka, walka, jeszcze trochę walki, masakra, ucieczka, ucieczka, nadzieja, masakra, patos, patos, ucieczka, patos. Czyli historia dzielnych Marines, ewakuujących cywili i siebie z zagrożonego obszaru Los Angeles, przy okazji nie zapominających o żołnierskich ideałach i ofiarnej walce. Miasto zostało zaatakowane przez obcych, którzy przybyli po nasze surowce (chociaż mogłoby to być cokolwiek innego; ekranizacja Duke Nukem mogłaby być interesująca).

Skoro mamy za sobą opis filmu o inwazji obcych na Ziemię, warto przejść do tych przyjemniejszych rzeczy, czyli oceny tego co przyszło mi zobaczyć, a zobaczyłem wiele.

Kryzys 2, Dystrykt 9, Dzień Niepodległości, Transformers…

Skojarzenia nasuwają się same. Przede wszystkim jest to film bardzo podobny do zaanonsowanych produkcji. Po pierwsze powielany jest schemat ataku na ludzkość przez przybyszy z kosmosu. Tym razem w dość nietypowej formie(może pachnie trochę Transformersami) bo pod przykrywką grup meteorytów rozbijających się w okolicach największych miast świata. Nieznajomi wychodzą z wód przybrzeżnych Los Angeles i łup, zaczyna się robić ciepło. I robi się coraz bardziej gorąco, zupełnie jak w Dniu… z tą różnicą, że to nie są żarty i Will Smith nie rozbawi nas swoim aroganckim podejściem do sprawy. Obcy (dźwięki, kształty, postura, ruchy, technologia) do złudzenia przypominają tych z gry komputerowej Crisis 2 czy też Dystryktu 9. Gdy widziałem ich w pełnej krasie po raz pierwszy, dopadła mnie myśl, że gdzieś tutaj musi nad swoim losem krewetki rozpaczać Van De Merwe. Nie wiem na ile stylizacja oparta na innych tworach pop kultury (co ciekawe, gra wideo Crysis 2 wyszła w tym samym miesiącu), może być uznana za dobrą czy złą. Wydaje mi się trafiona. Metoda skojarzeń budziła moje pozytywne reakcje.

Speed.

Akcja prowadzona jest szybko więc i emocji jest sporo (bezpośrednio nie nawiązuję do filmu Niebezpieczna prędkość, chociaż podróż autobusem stanowi istoty zwrot w akcji); atakują, bronią się, szczelają i rzucają granatami, skaczą, giną, krzyczą itp. Jest kozacko, w tym wszystkim pogubiłem się jedynie ze względu na ciągłe skakanie kamery „z ręki”, która wprost wyprowadzała mnie z równowagi. Tutaj jestem zawiedziony, ale niech będzie. Nie brakuje też kadrów bardziej statycznych. Wśród tych w których wali się dosłownie wszystko pod gradem pocisków obcych (tak, pocisków bowiem dysponują oni arsenałem łudząco zbliżonym do ludzkiego, temat na inny czas) dzieje się tyle, że próbowałem doszukać się gdzieś Optimusa Prime`a i jego Autobotów fruwających po kątach ekranu. Swoją drogą jedna ze scen typu „masakra” łudząco przypomina pierwszą ekranizację historii o wielkich robotach w wykonaniu Michaela Bay`a.



Kopie dupę

Istotnie. Moje cztery litery są obolałe z żalu. Z jednej strony fajna obsada, z drugiej kiczowatość i płycizna wykreowanych postaci. Niby można się do nich przywiązać, ale to nie Byliśmy Żołnierzami, że wiemy czego można się spodziewać po naszym bohaterze. Trochę to wszystko w stylu Black Hawk Down, ale dużo gorzej zagrane. Zastanawiałem się czy przypadkiem Aaron Eckhart nie przyniósł tu swoich rozterek z planu ostatniego Batmana. Michelle Rodriguez jest taka sama jak w każdym filmie, bezkompromisowa, ostra laska z gnatem. Pozostali ludzie są w porządku, chociaż do kreacji rodem z Szeregowca Ryana chyba nie dotrą. Nie wiem na ile to wina aktorów, na ile problem scenariuszowy, ale jest faktem, że nie ma co się spodziewać fajerwerków aktorskich. 

Bliskie spotkania...

Jeśli chodzi o wizualną stronę filmu to muszę powiedzieć, że przekonywająco wyglądają żołnierze, mundury, scenografia. Może pod koniec da się zauważyć (to przecież wielka produkcja), niedoróbki komputerowych grafików, sprawiające, że obraz mocno traci na wartości. Niedoróbki te wychodzą szczególnie przy wszelkiego rodzaju wybuchach, dymach itp., które zostały wykonane (a przynajmniej wiele na to wskazuje) całkowicie cyfrowo. Wiem, to już zrzędzenie maniaka oprawy wizualnej. Chociaż miło jest popatrzeć na "prawdziwe" płomienie. To mi nasuwa myśl, że nie poszliśmy znów tak daleko z efektami od pamiętnego roku 1992 i drugiego Terminatora.

Back to the future

Film jest przewidywalny od początku do końca. Brak tu rewolucyjności, ale też po prostu solidnego wykonania. Tak jak napisałem wcześniej, mamy tu do czynienia z grupą uciekinierów, próbujących się wydostać z obszaru objętego planowanym bombardowaniem. I ok., byłoby supcio, gdyby nie to, że w momencie, kiedy nadchodzą najważniejsze sceny, nawet nie musisz czekać w napięciu bo wiesz co się za chwilę stanie. Nie ma w tym obrazie polotu, nie ma nic co fabularnie by przykuło uwagę. Żednych inteligentnych smaczków ani ukłonów w stronę widza. Nic. Czysta akcja wsparta suchym pierdzeniem o różnej maści ideałach. Wszystko może by się jeszcze uratowało, gdyby był to niezły pokaz efektownej ewakuacji, ale nie, dlaczego po drodze nie zniszczyć idiotycznie ukrytej pod ziemią bazy wroga? Wsadźmy tam jeszcze standardową scenę z konfliktem w załodze i polejmy filozoficzną gadką o tym, że Marines nigdy się nie cofają.




This is our Independence Day!

W opisie wspomniałem o patosie. Wylewa się rękawami i kołnierzami z mundurów. Nie tyle, że to amerykańskie mundury, to po prostu amerykańska myśl, którą w kinie wojennym utożsamiam już z honorem, walką o własna ziemię, równowagą płci i tym, że Marines nie zostawiają nikogo, nigdy się nie poddają i walczą do końca i w ogóle nigdy. Znalazłem w filmie jedną z najgorszych scen, w których dowódca przemawia do swoich żołnierzy, albo próbuje pocieszyć  zdruzgotanego chłopca. Czekałem na to z oczami wlepionymi w ekran i nadstawionymi uszami.  Nie zawiodłem się, to było po prostu płytkie. Ostatnia scena filmu odpowiada mniej więcej scenie tryumfu z Dnia Niepodległości. Brakuje tam jedynie amerykańskiej flagi, chociaż można ją znaleźć między wierszami.

To trzymający w napięciu film akcji z kiepskimi efektami i gdyby spece od efektów zajęli się jeszcze grą aktorską to byłoby z nią całkiem nieźle. Dużo zapożyczeń z innych filmów czyli Niebezpiecznie prędki, Black Howk Down w klimatach Dnia Niepodległości z krewetkową wkładką, ale to, o dziwo in plus. Totalny Popcorn Movie.

piątek, 26 sierpnia 2011

Marcin Piotrowski: Mocny, słaby film.

„Powiedz, niewiasto, widziałaś błyski oręża na śniegu albo zbrojnych kroczących wśród lodów? – Widziałam szron łyskający w słońcu (…)”

~ Córa lodowego olbrzyma – Robert E. Howard.

Recenzja filmu Conan Barbarzyńca, 2011, reż, Marcus Nispel.

Nastał dobry czas dla ekranizacji opowieści z gatunku fantasy. Środki techniczne którymi dysponują filmowcy pozwalają na nieograniczoną swobodę w kreowaniu nawet najbardziej wymyślnych światów. Od lżejszych jak Tolkienowskie Śródziemie, przez światy Narnii, Lewisa po te bardziej brutalne w stylu Gry o Tron, Martina czy Howarda i jego najbardziej znanego barbarzyńcy czyli Conana. Ten ostatni jest zresztą moim ulubionym bohaterem, a po współczesnym restarcie jego przygód spodziewałem się prawdziwych kokosów, miodu, mleka i złota tryskającego na mnie z ekranu. Umownie, bo przecież Conan to nieokrzesany brutal urodzony na polu bitwy, wychowany przez ojca wśród plemion barbarzyńskich w górzystych krainach Cymerii.

„And if you do not listen, the Hell with you!”

Ten do którego przyzwyczaił nas Arnold Schwarzenegger był niczym innym jak małomówną górą mięsa. Jego ułomności wynikały nie tyle z przywar kreowanej postaci ale też samego aktora. Mimo wszystko nie da się mu odmówić wyrazistej twarzy „inteligentnego tępaka” oraz niezapomnianych tekstów, stylowych „one-liner`ów”, ale potrafił też śmiać się i łazić pijany tak więc jego kreacja nie była znów tak daleka od książkowego pierwowzoru. Pomimo tego nie była to kreacja kompletna, brakowało mu wspomnianego nieokrzesania i pewnej spontaniczności, którą postaci nadaje Jason Mamoa.

Arnold Schwarzenegger


Nowy Conan, to już typ bardziej medialny. Więcej gada (tak!) i wygląda bardziej cywilizowanie niż pokryty maściami i skórami Arnold. Jest też bardziej Emo. Strosząc się jak kogut i patrząc na wszystko i wszystkich spode łba, ma w poważaniu niebezpieczeństwa i z pełną pogardą traktuje swoich wrogów. Jednocześnie nadaje postaci więcej swobody. Jest bardziej „ludzki”, włóczy się, pije, bawi się z kobietami i kompanami. To wszystko było również kiedyś ale dziś wygląda trochę lepiej.
Różnica nie jest tak wielka, ale jednak obydwaj aktorzy eksponują jedne cechy bohatera by zapomnieć o innych. Gibki Mamoa nie jest znów tak brutalny i prosty jak pierwszy filmowy Conan. Przypominam, że mówimy o postaci barbarzyńcy, który w książkowej wersji jest znacznie mniej przyjemny.

Jason Mamoa


Co jest?

Opowiadania na których opierają się (luźno) ekranizacje właściwie przypominają baśnie, historie niemalże mitycznego bohatera ze skrajnych zakątków fantastycznego świata. Nie jest to świat pełen magicznych stworów chociaż magia jest w nim obecna na tyle, by czynić go nierzeczywistym. Jest tu zdecydowanie mniej efektów niż np. w Królu Skorpionie czy nie tak dawno nakręconym Księciu Persji. Przynajmniej nie są one na tyle widoczne. Wykreowany świat w zupełności mi odpowiada (a jestem wielkim fanem serii opowiadań) i wizualnie wypada nieźle chociaż w przeciwieństwie do pierwszej wersji z 1982 roku nie ma już tej baśniowej otoczki. Szczególnie dobrze pod względem wizualnym wygląda początek filmu i ukazane dzieciństwo Conana (różne w obydwu filmowych adaptacjach). Przekonywająco wyglądają barbarzyńcy, przekonywająco wypadają krew i ucięte głowy.
Nowy Conan jest dość brutalny, czasami miałem wrażenie, że na pokaz. Dużo tu tryskającej krwi i latających kończyn, mało to epickie ale za to bardzo proste i działa na wyobraźnię. Ta przemoc razi trochę, zestawiona z nieco wymuskanymi, i na swój sposób subtelnymi bohaterami (o tym za chwilę).

Ilustracja Earl Norem


Czego zabrakło

Książkowy Conan to nie tylko góra mięśni, to przede wszystkim przebiegły złodziej, postać pełna sprytu, nieugięta ale jednocześnie elastyczna i rozrywkowa. Tak jak już wspomniałem, nie jest to adaptacja kreująca pełną postać cymeryjskiego zbója. A szkoda, bo można się było pokusić o więcej głębi w filmie trwającym prawie dwie godziny.

Czego mi zabrakło to również fabularnej spójności. Scenariusz ma swoje potknięcia i niezrozumiałe zabiegi. W filmie znajdzie się miejsce na zbyt wiele skrótów oraz idiotycznych, sztampowych rozwiązań fabularnych. Pojawia się szczątkowa narracja, co w ogóle nie pasuje do całości. Końcowa walka (bo w takim filmie musi taka być), to fontanna idiotycznych zachowań bohaterów i zbiegów okoliczności, czego kulminacją jest oczywiście totalna rozpierducha. 

Bardzo kuleje gra aktorska tej opowieści. W sumie, gdy główny czarny charakter znów mówił o zostaniu bogiem i zdobyciu świata , myślałem – przecież on w ogóle mnie nie przekonuje. Jedna z ciekawszych postaci w filmie, król-łotr Zym stał się w pewnym momencie zwykłym nudziarzem. W tym momencie wszystko się sypie i dostrzegamy płyciznę w kreacji drugoplanowych bohaterów oraz bezsens tej historii.

Szczególnie słabo wypadają dwie postacie. Pierwszą jest czarnoskóry, postawny kompan Conana, który przypomina bezmózgiego wesołka zgadzającego się na wszystko bez mrugnięcia okiem czy jakiejkolwiek refleksji. Drugą jest kobieca bohaterka po której spodziewałem się więcej subtelności. W zamian dostałem wojowniczą mniszkę siekącą na prawo i lewo tym co jej wpadnie w ręce, udającą trochę nieporadną ofiarę. Jak na osobę stanowiącą oś filmu – bohaterka należy bowiem do elitarnego rodu, którego krew ma służyć mrocznym zaklęciom, a bez mrocznych zaklęć nie było nawet Indiany Jonesa, więc….  – wypada ona bez wyrazu ze swoją ni to wojowniczą, ni to uległą naturą. Bieda i nędza.

Riddle of steel

Na koniec jeszcze słowo o muzyce. Bo nie sposób nie odnieść się do niej w filmie o Conanie. Szczególnie, że do pierwszej ekranizacji oprawę muzyczną przygotował nieżyjący już Basil Poledouris. Wykonał on tak dobry kawałek materiału, że ciężko mi wyobrazić sobie inne dźwięki ilustrujące te opowieści z gatunku dark fantasy. Proste, długie dźwięki, spokojne, pełne nadziei motywy przerywane wartkimi uderzeniami bębnów czy dzwoneczkami i chórkami, to naprawdę robi wrażenie i jest ponadczasowe. Co dostaliśmy od Tylera Bates`a? Nic. I tyle właściwie wystarczy. Jestem zdziwiony bo robił on między innymi oprawę muzyczną do 300, Snydera, gdzie wypadł bardzo klimatycznie.

Słowo na zakończenie

Mimo wszystko jestem w jakiś sposób zadowolony z tej ekranizacji. Jest dużo lepiej wykonana wizualnie od tej sprzed niemalże 30 lat. Conan nadal jest brutalnym dzikusem, chociaż trochę umalowanym i Emo. Nadal dużo się dzieje, są miecze, jest wystarczająca ilość magii i prosty, surowy świat. Tak czy inaczej na koleją odsłonę przygód walecznego Cymeryjczyka przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, chociaż jej pojawienie się jest wielce prawdopodobne gdyż na historię Conana składa się niezliczona ilość opowiadań. Ci z was, którzy oczekują filozoficznego filmu o machaniu mieczem z dzielnym bohaterami i kobiecymi kobietami zawiodą się. Idźcie tylko po to, żeby obejrzeć gołe klaty, miecze, dużo krwi i jak zawsze fajnego Rona Perlmana tym razem w roli Corina, ojca Conana.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Aliens: Colonial Marines - prawdziwy sequel filmu Camerona?

Obcy - decydujące starcie to bez wątpienia klasyk sci-fi. Nakręcony w 1986 przez Jamesa Camerona jako kontynuacja kultowego Obcego, przekształcił to uniwersum w żyłę złota. Niestety był to również ostatni bezspornie dobry film osadzony w kanonie Aliena. O ile dość interesujący Obcy 3 (debiut Davida Finchera) fabularnie kontynuował wydarzenia z dwójki to nie do końca potrafił znaleźć swój idealny język dla ich opowiedzenia, tak jak zrobiły to poprzednie filmy.

Obcy 2 nigdy nie doczekał się "prawdziwego" sequela i tu z pomocą przychodzi Gearbox Software. Firma znana m.in. ze znakomitych dodatków do pierwszego Half-life, serii cenionych shooterów taktycznych Brothers in Arms czy niespodziewanie popularnego Borderlands. Kilka lat temu zabrali się za wskrzeszenie projektu Aliens: Colonial Marines, gry oryginalnie produkowanej na PlayStation 2 z planowaną premierą w 2001 roku. W międzyczasie wpadła w małe piekiełko produkcyjne i - jakby się mogło zdawać - wszelkie nadzieje na ujrzenie przez nią światła dziennego umarły. Ekipa z Gearbox wzięła się jednak do roboty i po dekadzie od pierwszych zapowiedzi w końcu mamy pierwszy konkretny zwiastun. Prezentuje się to bardzo obiecująco, a sam trailer faktycznie oddaje klimat filmu sprzed ćwierćwiecza. Celem Gearbox, jak mówią, jest zrobienie "prawdziwego" sequela filmu Camerona, na jaki fani długo czekali.
"Game over man! Game Over!"
Ja jestem pozytywnie nastawiony, choć istnieje obawa, że grę czeka taki sam los jak bliźniaczo podobną historię wskrzeszenia Duke Nukem Forever. Gra, która przez lata była obiektem żartów, jako projekt będący w niekończącej się produkcji, także została podłapana przez Gearbox i wypuszczona na półki sklepowe tego lata, po czym bardzo słusznie została przez krytykę zmieszana z błotem (żeby nie powiedzieć mocniej). Dodatkowym minusem jest wydawca gry czyli Sega, firma w raczej kiepskiej sytuacji, która w ostatnich latach wyraźnie nie radziła sobie z właściwym inwestowaniem w swoje produkty - klapa finansowa skądinąd świetnego Vanquisha, brak pomysłów na prowadzenie serii Sonic czy porażka rebootu Aliens versus Predator to tylko niektóre z serii niefortunnych zdarzeń.

Aliens: Colonial Marines (prawdopodobnie) w przyszłym roku.