czwartek, 17 listopada 2011

Lustereczko powiedz przecie...

W przyszłym roku do kin trafią aż dwie filmowe adaptacje "Królewny Śnieżki". Obie w dosyć luźny sposób interpretują oryginalną baśń, obie wyróżniają się uderzającym stylem wizualnym i obie są wypełnione gwiazdami w obsadzie.

W jednym narożniku mamy "Snow White and the Huntsman". Film debiutanta Ruperta Sandersa, który wyrobił sobie nazwisko na reżyserii kilku interesujących reklam. W tytułowych rolach gwiazda sagi "Zmierzch" Kirsten Stewart i znany z "Thora" Chris Hemsworth. Wygląda to na widowisko, za którym swoją przyzwoite pieniądze, które mają potencjał być nieźle wykorzystane. Mroczny, poważny, nieco brudny, a z drugiej strony opleciony fantazyjnymi efektami komputerowymi.



Film będzie walczył o widzów przeciwko "Mirror, Mirror". Jest to kolejny obraz indyjskiego reżysera Tarsema Singha. Znakiem rozpoznawczym tego twórcy jest na pewno wielkie przywiązanie do bogactwa wizualnego swoich filmów. Kostiumy, dekoracje, zestawianie ze sobą kolorów, kształtów, faktur, uchwycone niebanalnymi zdjęciami. "Królewna Śnieżka" daje mu na pewno duże pole do popisu. Lekkim zaskoczeniem jest komediowe potraktowanie historii, gatunku z którym Tarsem jeszcze nie miał zbyt wiele do czynienia.



Szczególnie ciekawe w zestawieniu obu produkcji są dwie rzeczy. Po pierwsze właśnie przynależność gatunkowa. Jak widać tą samą historię można opowiedzieć na dwa zupełnie inne sposoby. Po drugie wygląda na to, że kinowy pojedynek najbardziej zażarty nie będzie między samymi filmami, a dwiema aktorkami wcielającymi się w role Złej Królowej. Można powiedzieć autoironiczna Julia Roberts kontra perfekcyjna Charlize Theron, której urodzie w filmie złość najwyraźniej służy.

Która z tych wizji przemawia do was bardziej?

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kamil Bazydło: Cyfrowa miłość lepsza od prawdziwej?

Odpręż się, zaczniemy za chwilę.
W filmie "Człowiek demolka" obudzony po latach z hibernacji Sly Stallone nagle odnajduje się w świecie dalekiej przyszłości. Choć bardziej trafne byłoby określenie gubi się w świecie przyszłości. Zafascynowana nim Sandra Bullock - w jej oczach żyjącym, nieokrzesanym reliktem XX wieku - zaprasza go do swojego domu i na przywitanie bardzo bezpośrednio proponuje mu seks. Kto by odmówił? Już na pewno nie człowiek demolka. Niestety szybko okazuje się, że jakimś sposobem najbardziej intymne kontakty międzyludzkie zostały w świecie przyszłości zastąpione wirtualną symulacją. Ludzie nawet się nie dotykają, a wszystko rozgrywa się tylko w ich umysłach przy pomocy elektronicznego systemu. Stallone'a to nie bawi.

Co z dzisiejszymi ludźmi w dzisiejszym świecie? Czy perspektywa cyfrowego seksu jest dla współczesnych atrakcyjna? Połączenie się z osobą z drugiego zakątka świata z poziomu przeglądarki własnego laptopa. Przypomina się także trochę film "Gamer" sprzed kilku lat. Tam genialny programista opracował swojego rodzaju grę wideo podzieloną na dwa odłamy. Tryb Slayer to shooter, w którym gracze kierują wzajemnie zabijającymi się żołnierzami. Tryb Society przypomina bardziej zabawę w "Simsy", gdzie przejmujesz kontrolę nad swoim avatarem i "żyjesz" nim z wielką swobodą. W "Gamer" grupa graczy nie kontrolowała wirtualnych projekcji, wytworów komputera, a żywych ludzi podłączonych do systemu.

Zrób ze mną co chcesz.
O ile tryb Slayer mówi sam za siebie, to w Society, jak można się domyślić, niewielu graczy zainteresowanych było dekorowaniem domu czy wyprowadzaniem psa na spacer. Gra została zdominowana przez realizację seksualnych fantazji jej użytkowników. Była ujściem wszystkich odchyleń, skrzywień i dewiacji. Co ciekawe gracze nie odczuwali tego co ich avatary i szybko wytworzył się podział całego społeczeństwa na kontrolujących i kontrolowanych. Futuryści zawsze widzieli w nowych technologiach jakieś zagrożenie, tak jak np. jeszcze w "eXistenZ", kolejnym filmie mieszającym wirtualną rzeczywistość ze światem naturalnym, grę z życiem. Taka wizja przyszłości może kiedyś jeszcze nas dopadnie, tymczasem pojawiają się pomysły w bardziej stonowanej formie.



Projekt DIGITAL LOVE już dziś oferuje swoim użytkownikom cyfrowy seks z prawdziwymi doznaniami. Wystarczy odwiedzić stronę digital-love.org i kierować się instrukcjami na ekranie. Dla pełniejszego doświadczenia dla obu stron zalecane jest wykorzystanie kamery internetowej. Za darmo, bez zobowiązań i przede wszystkim w 100% bezpiecznie. Czy technologia może zastąpić, wyeliminować obcowanie z drugą osobą? Czy pornografia internetowa z dnia na dzień straci zainteresowanie milionów odbiorców? Niestety, przynajmniej na razie serwis internetowy nie podaje żadnych statystyk co do popularności strony, ale jestem bardzo ciekaw ilu ludzi na świecie już wypróbowało tę nowatorską technologię. Zainteresowani?


DIGITAL LOVE przez digitallovecorp

piątek, 28 października 2011

Marcin Piotrowski: Filmowe przygody Tintina


Recenzja filmu Przygody Tintina, sekret Jednorożca, 2011, reż. Steven Spielberg.

Z niekłamaną obawą zerkałem na plakaty filmu o przygodach Tintina. Raz, że jest to animacja w stylu historii o Indianie Jonesie a do takich rzeczy podchodzę bardzo ostrożnie. Dwa, że widziałem na nich wielki napis „w 3D”. Nazwisko reżysera też nie napawało mnie optymizmem bo Stevena Spielberga kojarzyłem ostatnio z kina rozmieniającego się na drobne. Niestety nic z tego, Tintin to animacja, która przez niespełna 2 godziny nie pozwala oderwać się od ekranu.

Co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy to oczywiście oprawa wizualna – pomijam tu kwestię nieszczęsnego 3D, bez którego chyba nie można już zrobić niczego – która po prostu rzuca na kolana. Szczególnie dobrze wykonano bohaterów, miejscami do złudzenia przypominających żywe postacie a wszystko to jest zasługą podejścia samego reżysera, który zdecydował się na skorzystanie z usług aktorów by nagrać ich ruchy i mimikę. Poważnie, świetny efekt.

Ale co jest kwintesencją, co jest wisienką na torcie, to duch starych, dobrych obrazów Spielberga z lat 80 – tych, bo kto jak kto ale ten pan doskonale wie jak zrobić film przygodowy. Wybór reżysera nie był zresztą przypadkowy, nie chodziło bowiem o kogoś dobrego, ale o kogoś kto zna się na takim kinie, kto dysponuje swoim podejściem do kadrów, swoim pomysłem na poprowadzenie historii. Zresztą w produkcji maczał palce również Peter Jackson więc czy trzeba mówić coś więcej?


Utrzymany w konwencji noir, film, koncentruje się na historii zawartej w jednym z oryginalnych komiksów autorstwa belgijskiego rysownika Herge. Tintin, podróżnik i reporter kupuje na targu model trójmasztowego okrętu o nazwie Jednorożec, który staje się od razu obiektem pożądania przynajmniej kilku ludzi. Trop, który podejmuje młody podróżnik, prowadzi do wielkiej tajemnicy rodu Baryłków, w przeszłości właścicieli prawdziwego Jednorożca. Zagadka w którą Tintin zostaje wplątany okazuje się być walką na śmierć i życie z rządnym zemsty potomkiem chciwego pirata Szkarłatnego Rackhama, którego nota bene wzorowano chyba na postaci naszego rodzimego Pana Kleksa. ;)


Historia niby nie brzmi oryginalnie, ale napięcie dawkowane jest w takich porcjach, że niemalże do ostatnich liter nie wszystkie karty zostają okryte. Ten stary sposób na opowiadanie widać tutaj na każdym kroku. Od razu przychodzą na myśl Goonies czy Powroty do przyszłości albo Kto wrobił Królika Rogera. Trochę z tego stylu widać było we wspomnianym już Indianie Jonesie – tutaj szczególnie w temacie tego co dzieje się na ekranie, a wrażeń nie zabraknie nawet dla najbardziej wymagających. Historia prowadzona jest tak bardzo intensywnie, że nie zdążysz odkręcić butelki ze swoim ulubionym napojem, ani podnieść popcornu do ust. Z ekranu leje się bowiem rzeka historii i historyjek, którymi przepleciony jest główny wątek poszukiwania kolejnych wskazówek dotyczących siedemnastowiecznego okrętu. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów proponuję zasiąść do oglądania.


Długość filmu jest optymalna by pomieścić ogrom akcji, toteż nie grozi nikomu ziewanie albo przypadkowe obudzenie się na kolejnym seansie. Bohaterowie z którymi spędzimy te cenne minuty są, jak na animację, zadziwiająco dobrze nakreśleni. Każdy z nich, nawet łajdaki z paczki złoczyńców, ma swój charakterek. Ciekawski, choć czasami zadający nieco głupawe pytania, Tintin od razu zdobywa sympatię; Kapitan Baryłko, potomek szlachetnego niegdyś rodu a teraz zapijaczony żeglarz nie raz spowoduje że się uśmiechniemy, podobnie zresztą jak dwóch, nieco przygłupich detektywów czyli Tajniak i Jawniak; na koniec zostaje jeszcze wspomniany Kleks, czyli główny czarny bohater nazywany Sacharyną, który jak to arcyłotr musi być dwulicowy i chciwy, ale mimo wszystko ciekawy. To zdecydowanie mocna strona filmu. Postaciom pomaga dobry dubbing, dzięki któremu nie miałem myśli samobójczych związanych z jakością podkładu w ojczystym języku. Nie miałem też tego niemiłego odczucia gdy słysząc bohatera mówię na przykład – o, Cezary Pazura! (spoko, jego akurat nie będzie).


Skoro wspomniałem o uśmiechaniu się to warto zaznaczyć, że w Przygodach Tintina nie uświadczymy głupkowatego humoru. Wszystkie gagi przypominają bardziej stare filmy (zgodnie z ideą w jakiej został zrobiony) tak więc humor jest bardziej sytuacyjny niż werbalny, ale wychodzi to tylko na plus, szczególnie gdy mamy do czynienia z tak ciekawymi bohaterami.

Czy warto? To chyba najbardziej retoryczne pytanie jakie mogłem ostatnio zadać. Oczywiście! Obowiązkowo! Jedna uwaga. Wszystko to co napisałem, docenią miłośnicy starego kina przygodowego.

środa, 26 października 2011

Kulisy życia wg Kaufmana.


Recenzja filmu "Synekdocha, Nowy Jork", 2008, reż. Charlie Kaufman.

To naprawdę wielki obraz. Nie tyle przez konstrukcję surrealistycznego świata największego na świecie teatru, ale przez umiejętne połączenie go z rzeczywistością i ukazanie widzowi, że tak naprawdę życie, jak je widzimy na co dzień, niewiele się od sztuki teatralnej różni.

Ale od początku. Obraz reżyseruje Charlie Kaufman, człowiek odpowiedzialny wcześniej między innymi za scenariusz do „Być jak John Malkovich” z 1999 roku a ostatnio za „Zakochanego bez pamięci” , za co zresztą został uhonorowany Oscarem, i słusznie. Tym razem poszedł jednak na całość i zajął się nie tylko scenariuszem, ale też produkcją i reżyserią. Dzięki temu mamy do czynienia z bardzo dopracowanym (choć nieco długim – 2h i 4 min.) i kompletnym obrazem, konstrukcyjnie przypominającym teatralną scenę.

To historia Cadena Cotarda (Philip Seymour Hoffman), reżysera teatralnego, który wyraźnie pragnie zaznaczyć swoją obecność nim uda się w zaświaty. Przekonany o kruchości swojego życia podupada na zdrowiu i podejmuje się próby zmierzenia z tematem życia i śmierci w swoim największym i jak się okazuje, ostatnim dziele. Produkcja, której podjął się Caden osiąga z czasem prawdziwie epickie rozmiary przy zachowaniu bardzo intymnego i dramatycznego charakteru. Diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach toteż rozrastająca się scena pochłania coraz więcej aktorów a całość do złudzenia zaczyna przypominać sceny wyjęte z ich życia. Na domiar złego, mijają lata a sztuka wciąż nie jest gotowa do próby generalnej.



Kaufman daje nam postacie zaczerpnięte ze scenariusza pierwszorzędnej, groteskowej opowieści, by oddać właściwy realizm przedstawienia. Dla przykładu, Caden obsadza w swoim dziele sobowtórów ludzi ze swojego otoczenia, a gdy wszystko nabiera rozpędu, tamci tworzą sztukę w sztuce obsadzając swoich dublerów. Cottard wydaje się zagubiony i niezdecydowany w tym co robi i taka też jest jego produkcja. Wymyka się spod kontroli i zaczyna żyć swoim życiem w którym przypadek zaczyna odgrywać ważną rolę - jak w życiu, bowiem aktorzy pracujący dla swojego reżysera przychodzą i odchodzą w ważnych dla niego momentach. Caden pomiędzy tworzeniem kolejnych scen stara się poukładać osobiste sprawy, po to tylko by dowiedzieć się, jak bardzo obie rzeczywistości zaczynają się uzupełniać.

Podoba mi się myśl zawarta, że życie jest wielkim teatrem a my, aktorami dla których przypisano stosowne role. W trakcie seansu dowiedziałem się też, że rola nie do końca ma znaczenie, gdyż w ludziach leży potencjał do każdej z nich. Nie liczy się wiek ani płeć aktora, liczą się jego zaangażowanie oraz znajomość tematu. Dlatego na ekranie widziałem zmiany aktorów. Kobiety grały role męskie, mężczyźni role żeńskie a w całym tym zwariowanym świecie dublerzy zastępowali prawdziwych aktorów nie tylko na scenie ale i w ich realnym życiu.

To bardzo pokręcony, ale jednocześnie starannie przemyślany film. Zgodnie z ideą podaną przez Cadena – „tak czuje się facet, kiedy dostanie w ryj. Miłość, chaos”. Wszystkiego jest tu pod dostatkiem. Życiowe problemy ludzi, na których wzorują się aktorzy nabierają teatralnego charakteru a jedna ze scen (gdy Caden odnajduje w szpitalu swoją córkę) przypomina wręcz telenowelę. Miks prawdziwie pobudzający to co pod czaszką.

Nie mogę się przyczepić do strony technicznej. Obrazy są dobre, scenografia robi dla tego filmu naprawdę wiele. Niektórzy z aktorów doczekali się nawet własnej, charakterystycznej scenerii (Hazel i jej płonący domek).  Również muzyka, za którą odpowiada Jon Brion, („Zakochany bez pamięci”) brzmi przyzwoicie i klimatem lekkich kawałków pasuje do smutnego, skądinąd, obrazu Kaufmana. Dużo pracy wykonali dźwiękowcy (jak to w przedstawieniu ;)) i to również mi się spodobało, szczególnie przeniesienie dźwięków charakterystycznych scenie teatralnej w świat rzeczywisty (vide magnetofon odtwarzający głosy otoczenia).

Pytanie czy Kaufman stworzył film smutny jest jak najbardziej na miejscu. Bo tak można go w pierwszej chwili odebrać. Otóż - tak i nie, bowiem niewiele różni się od tego co zobaczymy we własnym życiu. Jest to jego groteskowy obraz. Jakby spod lupy, jak w przypadku Koterskiego, ale zdecydowanie bardziej poważny. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że przez to bardziej prawdziwy.

piątek, 21 października 2011

Nowy film zapowiadający Diablo 3

Jakiś czas temu w sieci debiutował kolejny film zapowiadający wyczekiwaną przez fanów, trzecią część Diablo. Animacja jak zawsze rzuca na kolana, ale kuleje co innego.

Właściwie Blizzard nie bierze jeńców jeśli mowa o animacji. Jak zawsze stoi ona na wysokim poziomie, a co roku spece od tych spraw dają nam coś nowego (zerknijcie na oczy bohaterki, polecam). Znakomite cienie, refleksy, efekt transparencji szkła w klepsydrze... klasa sama w sobie. Jedynym mankamentem jest to, że brakuje mi w tym wszystkim "miodu", tego co zobaczyłem w zwiastunie Starcrafta 2 - po prostu nie rzuca na ziemię. Główna bohaterka poszukuje odpowiedzi na dręczące ją pytanie, czym jest, lub do czego służy tajemniczy kamień. Rozwiązanie przychodzi w przedziwnym śnie, w którym dziewczyna spotyka... ale nie ma co psuć zabawy. Obejrzyjcie sami. Brakuje jedynie klimatu, mocnej pointy, czegoś w stylu "hell, it`s about time!" i mroku.



Ponadto, warto wspomnieć o rozpoczętym dziś BlizzConie 2011. Po szczegóły odsyłamy jak zwykle na strony Blizzarda.

czwartek, 13 października 2011

Kamil Bazydło: Stereoskopowe samobójstwo

Tegoroczny festiwal...

Jak co roku w październiku stolica ma swoje małe święto kina w postaci Warsaw Film Festival, który doczekał się już 27. edycji. Wśród filmów, na które postanowiłem się wybrać znalazło się kilka bardzo różnych od siebie produkcji, jednak jedna wyróżniała się wyjątkowo. Przyciągnięty nazwiskiem reżysera Takashi Miike udałem się na wieczorny pokaz "Hara-Kiri: Śmierć samuraja". Film był wcześniej pokazywany w Cannes i wybierając się na projekcję było to w zasadzie wszystko co o nim wiedziałem.

Jak można było przypuszczać zainteresowanie było dosyć duże i warszawska publiczność dopisała pod względem frekwencji. Gdy drzwi sali zostały otwarte, spokojnie przesuwając się w kolejce dotarłem do bramek, okazałem bilet, odebrałem kartę plebiscytu publiczności i z nadzieją ruszyłem na spotkanie ze sztuką. Wspinając się po schodach największej sali kinowej Multikina, coś wzbudziło mój niepokój. Oderwałem się od wypatrywania optymalnego miejsca, odwróciłem się i spojrzałem w dół sali. Widok jaki ujrzałem zmroził mi krew w żyłach. Widzowie przy wejściu, od obsługi kina, odbierali również, o zgrozo, okulary 3D! Godzina wybiła, bilet przedarty, za późno aby się wycofać. Jak owca prowadzona na rzeź bez protestu wróciłem się, chwyciłem parę plastikowych okularów i zająłem miejsce na widowni.

...w 3D?
Miike plus film o samobójstwie plus technologia 3D. Bać się? Cieszyć? Złościć? Gwoli wyjaśnienia "Hara-kiri" okazał się po prostu remake'iem filmu z 1962 roku pod tym samym tytułem. Sam film oglądało mi się dosyć ciężko. Zmęczony całym dniem kilka razy przysnąłem, doskwierała mi wysoka temperatura na sali, a okulary z każdą chwilą stawały się coraz cięższe. Oczywiście wersja Miike posiada kilka naprawdę dobrych scen i jest to film w dużym stopniu wartościowy, ale ja nie o tym.

Trójwymiar, jak to wygląda? Pierwsze ujęcia filmu napawały optymizmem. Dryfujące w pierwszym planie kanji, w tle głębia pomieszczenia. Kilka spokojnych, estetycznych ujęć. Bardzo ładne wrażenie głębi na pełnej szczegółów gapiącej się z ekranu rzeźbie. Pierwszy problem, czyli napisy. Zauważalnie wystając z ekranu już po chwili tracą swoją informacyjną neutralność i zaczynają męczyć oczy. Szybkie podejrzenie jak film wygląda bez okularów prowadzi do spodziewanego wniosku. Patrząc przez okulary obraz jest o kilka tonów ciemniejszy, co jest niepożądaną wadą stereoskopii.  Poza tym, efektów brak. Obraz jest zupełnie płaski. Być może wrażenie zauważalne w pierwszych minutach po prostu znika, gdy oczy zaadaptują się do nowego sposobu patrzenia? Może 3D od początku nie jest zbyt intensywnie aplikowane? Skoro tak, to czemu w ogóle ma służyć?

Oryginał nie był nawet kolorowy.
Doświadczyłem ciekawego wydarzenia. Bojkotowane przeze mnie 3D spotkane na szanowanym festiwalu filmowym. Już nawet w Cannes "Hara-kiri" był prezentowany w 3D, jako pierwszy tego typu film w historii. Czy jest to zdarzenie incydentalne, czy może 3D znajdzie swoje miejsce na światowych ekranach promujących ambitną kinematografię? Czy obecność trójwymiaru, która była dla mnie sporym zaskoczeniem, żeby nie powiedzieć szokiem, przejdzie w ciągu kilku lat do festiwalowego porządku? W ciekawych czasach przyszło mi żyć.

środa, 12 października 2011

Polska gra za 1 dolara? Afterfall InSanity w charytatywnej promocji.

Dość odważne podejście do promocji swojego tytułu zaprezentowali twórcy polskiego Afterfall InSanity. Swoją kopię gry można zdobyć już za jednego dolara.

Właściwie jest tylko jeden warunek do spełnienia, musisz być jednym z 10 milionów ludzi, którzy zamówią pre order tytułu na jego stronie internetowej. Jest to prawdziwie ambitne podejście ale jak zapowiadają twórcy na filmie promocyjnym, chcą zrobić coś wielkiego.

Dodatkowym bodźcem niech będzie informacja, że pieniądze te nie idą w całości do ich kieszeni. Jeśli akcja okaże się sukcesem to 10% z zebranych w ten sposób pieniędzy zostanie przekazana na cele charytatywne, co jednak jeśli promocja nie powiedzie się? W takim przypadku twórcy nie rezygnują z dobroczynności i całą kwotę z zamówień przedpremierowych przekażą wybranym organizacjom potrzebującym pomocy a gracze, nadal będą mogli kupić grę w normalnej cenie, oczywiście niższej o wspomnianego dolara.

Czy taka akcja ma szansę powodzenia? Oczywiście jest to dość odważne działanie i przy tak mało znanym studiu jak Intoxicate, bardzo ryzykowne. Dlaczego jednak nie spróbować? Jeżeli nie dla samej gry to może chociaż z chęci pomocy innym? Jest szansa, że dostaniesz swój egzemplarz Afterfall InSanity za 1$.

Afterfall to gra w konwencji horroru osadzona w post-apokaliptycznej rzeczywistości roku 2035, opowiadająca historię Alberta, członka ekipy medycznej mającej na celu trzymać w ryzach zdrowie psychiczne mieszkańców schronu. Jak się okazuje, podziemny azyl może stać się piekielnie niebezpiecznym miejscem, którego zagadkę będzie chciał rozwiązać nasz bohater.

Adres pod którym znajdziecie więcej szczegółów: http://www.afterfall-universe.com
Poniżej film promocyjny.