piątek, 21 października 2011

Nowy film zapowiadający Diablo 3

Jakiś czas temu w sieci debiutował kolejny film zapowiadający wyczekiwaną przez fanów, trzecią część Diablo. Animacja jak zawsze rzuca na kolana, ale kuleje co innego.

Właściwie Blizzard nie bierze jeńców jeśli mowa o animacji. Jak zawsze stoi ona na wysokim poziomie, a co roku spece od tych spraw dają nam coś nowego (zerknijcie na oczy bohaterki, polecam). Znakomite cienie, refleksy, efekt transparencji szkła w klepsydrze... klasa sama w sobie. Jedynym mankamentem jest to, że brakuje mi w tym wszystkim "miodu", tego co zobaczyłem w zwiastunie Starcrafta 2 - po prostu nie rzuca na ziemię. Główna bohaterka poszukuje odpowiedzi na dręczące ją pytanie, czym jest, lub do czego służy tajemniczy kamień. Rozwiązanie przychodzi w przedziwnym śnie, w którym dziewczyna spotyka... ale nie ma co psuć zabawy. Obejrzyjcie sami. Brakuje jedynie klimatu, mocnej pointy, czegoś w stylu "hell, it`s about time!" i mroku.



Ponadto, warto wspomnieć o rozpoczętym dziś BlizzConie 2011. Po szczegóły odsyłamy jak zwykle na strony Blizzarda.

czwartek, 13 października 2011

Kamil Bazydło: Stereoskopowe samobójstwo

Tegoroczny festiwal...

Jak co roku w październiku stolica ma swoje małe święto kina w postaci Warsaw Film Festival, który doczekał się już 27. edycji. Wśród filmów, na które postanowiłem się wybrać znalazło się kilka bardzo różnych od siebie produkcji, jednak jedna wyróżniała się wyjątkowo. Przyciągnięty nazwiskiem reżysera Takashi Miike udałem się na wieczorny pokaz "Hara-Kiri: Śmierć samuraja". Film był wcześniej pokazywany w Cannes i wybierając się na projekcję było to w zasadzie wszystko co o nim wiedziałem.

Jak można było przypuszczać zainteresowanie było dosyć duże i warszawska publiczność dopisała pod względem frekwencji. Gdy drzwi sali zostały otwarte, spokojnie przesuwając się w kolejce dotarłem do bramek, okazałem bilet, odebrałem kartę plebiscytu publiczności i z nadzieją ruszyłem na spotkanie ze sztuką. Wspinając się po schodach największej sali kinowej Multikina, coś wzbudziło mój niepokój. Oderwałem się od wypatrywania optymalnego miejsca, odwróciłem się i spojrzałem w dół sali. Widok jaki ujrzałem zmroził mi krew w żyłach. Widzowie przy wejściu, od obsługi kina, odbierali również, o zgrozo, okulary 3D! Godzina wybiła, bilet przedarty, za późno aby się wycofać. Jak owca prowadzona na rzeź bez protestu wróciłem się, chwyciłem parę plastikowych okularów i zająłem miejsce na widowni.

...w 3D?
Miike plus film o samobójstwie plus technologia 3D. Bać się? Cieszyć? Złościć? Gwoli wyjaśnienia "Hara-kiri" okazał się po prostu remake'iem filmu z 1962 roku pod tym samym tytułem. Sam film oglądało mi się dosyć ciężko. Zmęczony całym dniem kilka razy przysnąłem, doskwierała mi wysoka temperatura na sali, a okulary z każdą chwilą stawały się coraz cięższe. Oczywiście wersja Miike posiada kilka naprawdę dobrych scen i jest to film w dużym stopniu wartościowy, ale ja nie o tym.

Trójwymiar, jak to wygląda? Pierwsze ujęcia filmu napawały optymizmem. Dryfujące w pierwszym planie kanji, w tle głębia pomieszczenia. Kilka spokojnych, estetycznych ujęć. Bardzo ładne wrażenie głębi na pełnej szczegółów gapiącej się z ekranu rzeźbie. Pierwszy problem, czyli napisy. Zauważalnie wystając z ekranu już po chwili tracą swoją informacyjną neutralność i zaczynają męczyć oczy. Szybkie podejrzenie jak film wygląda bez okularów prowadzi do spodziewanego wniosku. Patrząc przez okulary obraz jest o kilka tonów ciemniejszy, co jest niepożądaną wadą stereoskopii.  Poza tym, efektów brak. Obraz jest zupełnie płaski. Być może wrażenie zauważalne w pierwszych minutach po prostu znika, gdy oczy zaadaptują się do nowego sposobu patrzenia? Może 3D od początku nie jest zbyt intensywnie aplikowane? Skoro tak, to czemu w ogóle ma służyć?

Oryginał nie był nawet kolorowy.
Doświadczyłem ciekawego wydarzenia. Bojkotowane przeze mnie 3D spotkane na szanowanym festiwalu filmowym. Już nawet w Cannes "Hara-kiri" był prezentowany w 3D, jako pierwszy tego typu film w historii. Czy jest to zdarzenie incydentalne, czy może 3D znajdzie swoje miejsce na światowych ekranach promujących ambitną kinematografię? Czy obecność trójwymiaru, która była dla mnie sporym zaskoczeniem, żeby nie powiedzieć szokiem, przejdzie w ciągu kilku lat do festiwalowego porządku? W ciekawych czasach przyszło mi żyć.

środa, 12 października 2011

Polska gra za 1 dolara? Afterfall InSanity w charytatywnej promocji.

Dość odważne podejście do promocji swojego tytułu zaprezentowali twórcy polskiego Afterfall InSanity. Swoją kopię gry można zdobyć już za jednego dolara.

Właściwie jest tylko jeden warunek do spełnienia, musisz być jednym z 10 milionów ludzi, którzy zamówią pre order tytułu na jego stronie internetowej. Jest to prawdziwie ambitne podejście ale jak zapowiadają twórcy na filmie promocyjnym, chcą zrobić coś wielkiego.

Dodatkowym bodźcem niech będzie informacja, że pieniądze te nie idą w całości do ich kieszeni. Jeśli akcja okaże się sukcesem to 10% z zebranych w ten sposób pieniędzy zostanie przekazana na cele charytatywne, co jednak jeśli promocja nie powiedzie się? W takim przypadku twórcy nie rezygnują z dobroczynności i całą kwotę z zamówień przedpremierowych przekażą wybranym organizacjom potrzebującym pomocy a gracze, nadal będą mogli kupić grę w normalnej cenie, oczywiście niższej o wspomnianego dolara.

Czy taka akcja ma szansę powodzenia? Oczywiście jest to dość odważne działanie i przy tak mało znanym studiu jak Intoxicate, bardzo ryzykowne. Dlaczego jednak nie spróbować? Jeżeli nie dla samej gry to może chociaż z chęci pomocy innym? Jest szansa, że dostaniesz swój egzemplarz Afterfall InSanity za 1$.

Afterfall to gra w konwencji horroru osadzona w post-apokaliptycznej rzeczywistości roku 2035, opowiadająca historię Alberta, członka ekipy medycznej mającej na celu trzymać w ryzach zdrowie psychiczne mieszkańców schronu. Jak się okazuje, podziemny azyl może stać się piekielnie niebezpiecznym miejscem, którego zagadkę będzie chciał rozwiązać nasz bohater.

Adres pod którym znajdziecie więcej szczegółów: http://www.afterfall-universe.com
Poniżej film promocyjny.

Marcin Piotrowski: Mission failed


Recenzja filmu Hanna, 2011, reż.  Joe Wright.

Próbując ogarnąć temat Hanny, nie mogłem się zdecydować czy ten film mnie bardziej obraża swoją zawartością, czy może łechcze poczucie estetyki wcale przyjemnymi obrazami. Ostatecznie zrozumiałem, że Wright zrobił film bardzo nieprzemyślany, który nie robi dobrze ani jednego, ani drugiego.

Trzeba to sobie powiedzieć jasno, Hanna to historia około siedemnastoletniej (!) dziewczynki, która została wytrenowana przez ojca na doskonałego zabójcę (!). Wyszkolona nie byle jak bo w zupełnej dziczy na dalekiej i ośnieżonej Północy. Cel, który przyświeca temu dziwacznemu treningowi, a który odkrywamy w trakcie filmu jest jeden – zemsta. Nie bardzo wiadomo dlaczego, nie bardzo wiadomo za co, wiadomo, że tytułowa bohaterka (17 lat. w tej roli Ronan Saoirse) ma gładko zdjąć łasicę wywiadu (Cate Blanchett), obstawioną dokoła agentami specjalnymi i mniej specjalnymi drabami o wyraźnych, skinheadowskich zapędach. Idzie jej różnie, raz gładko innym razem bardzo ciężko co dodatkowo rodziło we mnie poczucie zażenowania. Raz bowiem, mamy do czynienia z profesjonalną zabójczynią (szczególnie dobrze radzi sobie na początku filmu) rozwalającą wytrenowanych żołnierzy, żeby zaraz zobaczyć na ekranie pannę, która ma poważny problem z załatwieniem trzech ścigających ją Niemców odzianych w glany, charakterystyczne szerokie kurtki albo dresy rodem z NRD.

Zimna agentra Scully... to znaczy Marissa.

Właściwie największym problemem w tym filmie jest niespójność zaczynająca się u podstaw fabuły. Dlaczego aktu zemsty nie dokonuje sam Erik (w tej roli Eric Bana)? Dlaczego wysyła na misję swoją córkę, skoro obydwoje opuszczają bezpieczną kryjówkę? Tego właściwie się nie dowiemy. Tak jak również powodu, dla którego zobaczymy na ekranie kilka ciekawych i totalnie niewykorzystanych postaci. Znajdziemy tu na przykład starszą kobietę, której rola właściwie nie jest jasno określona, która ginie z równie enigmatycznych powodów, dzięki którym się pojawia. Znajdziemy tu lekko dziwacznego mężczyznę mieszkającego w opuszczonym i podniszczonym wesołym miasteczku, który też nie bardzo wiadomo po co się w tym obrazie znalazł. Znajdziemy tu wreszcie postać zimnej Marissy (Blanchett), której motywy działania są kompletnie pozbawione sensu albo opowiedziane zupełnie bez polotu i jest Erik, który robi sobie „wycieczkę” po Europie. Cała galeria dziwnych i źle naszkicowanych postaci mających raczej dalsze niż bliższe relacje ze sobą.

Minusem jest również słabo nakreślone tło fabularne. Pojawia się w nim jakiś tajemniczy projekt związany z modyfikacją ludzkiego DNA, jacyś ludzie z przeszłości, jakieś taśmy, niezamknięte sprawy, ale po wszystkim tym jedynie ślizgamy się pomiędzy jedną sceną ucieczki a drugą. Dziąsła aż bolą gdy widać kolejny, niewyjaśniony do końca motyw. Dużo ziewania a mogło być naprawdę ciekawie. Dodatkową zagadką jest stosunek córki do ojca. Bardzo surowa, bardzo powściągliwa w emocjach relacja. Szczególnie widać to na początku filmu, gdy Bana trenuje Hannę, jak i na końcu, gdy pomimo wielu lat spędzonych razem, dziewczyna wydaje się być mocno obojętna na wydarzenia z udziałem jej ojca.


Wszystko to bardzo kontrastuje z ciekawymi obrazami, z szybką (miejscami) akcją oraz dopasowaną stroną dźwiękową filmu. Technicznie obraz ten wypada bardzo dobrze. Miłą odmianą w stosunku do przeciągłych kadrów z początku filmu, była nieco teledyskowa ucieczka Hanny z podziemnego więzienia. To wszystko naprawdę daje radę. Znajdzie się tu miejsce dla kilku ciekawych scen, jak choćby ta przedstawiająca finałowy pojedynek. Jest w czym przebierać, jest nad czym cmokać. Można na przykład zwrócić uwagę na nieco nostalgiczny charakter otoczenia, przywodzący na myśl lata 90, ubiegłego wieku. Gdyby nie fatalne poprowadzenie fabuły i kompletne niewykorzystanie potencjału aktorskiego, jaki miał do dyspozycji Wright, film byłby naprawdę świetnym oderwaniem od kina ambitnego albo zbyt efekciarskiego. Szkoda, bo mogło być znacznie lepiej. Na razie wyszła z tego ledwie ciepła zupa.

A miało być tak pięknie.


środa, 21 września 2011

Kamil Bazydło: Gears of War 3 Xbox Night - słaba premiera mocnego tytułu



some are born to sweet delight...











W nocy z 19 na 20 września, w kilku miastach Polski zorganizowano premierowe imprezy największego hitu tego roku na Xboxie 360 czyli "Gears of War 3". Eventy pod nazwą Xbox Night odbyły się w Lublinie, Łodzi, Wrocławiu i Warszawie. Ja miałem okazję wybrać się na ten w stolicy, do klubu Lucid.

Wieczór zapowiadał się nieźle. Wyczekiwana niecierpliwie przez fanów finałowa część trylogii była gotowa do przetestowania na kilka godzin przed oficjalną premierą, co było gratką samą w sobie. Do klubu dobiłem nieco po 21:00. Cisza, spokój, gdzie ta impreza? Z niepewnością spróbowałem udać się po schodach na piętro, moża tam coś będzie? Faktycznie coś tam było. Jakieś może z 15 osób, trzy konsole, hostessa, ledwo widoczne materiały marketingowe. Pierwsze wrażenie, jak w polskim filmie: "Nuda. Nic się nie dzieje". Ludzie siedzą przy paru stolikach sącząc napoje i prowadząc towarzyskie gadki. Połowa z nich jakby zupełnie przypadkowo akurat znalazła się w klubie.

...some are born to endless night :(

Nic to, pora jeszcze wczesna, może się rozkręci. Niestety, dopiero dwie godziny później wszedł kolejny (pierwszy? jakikolwiek?) punkt programu, czyli konkurs z nagrodami. Główną nagrodą była kopia gry, a żeby ją zdobyć trzeba było się wykazać dogłębną znajomością serii "Gears of War", a także refleksem w udzielaniu odpowiedzi. Pytania czytała niunia ubrana w xboxowe ciuszki. Dobrze, że sama nie startowała w konkursie, a była po stronie "organizacyjnej" bo z wiedzą o grze było u niej wyraźnie ciężko. Padło kilka rozsądnych pytań, a także niestety kilka zupełnie niedorzecznych i nieprzemyślanych. Grupka nerdów poradziła sobie z pytaniami bez większych problemów, nie licząc tego o imiona dzieci Doma Santiago. Bez wnikliwej znajomości książki "Aspho Fields" odpowiedź na to pytanie jest niemożliwa.

Aaarrgh! Nawet ja nie wiem jak się nazywały jego dzieci! 
Po tym równie frapującym co frustrującym przerywniku wszyscy powrócili do grania i picia. Dwóch niecierpliwych załączyło główną kampanię, ale spotkało się to z protestami części imprezowiczów, którym wyraźnie zależało na pozbawionym spoilerowania wieczorze. Na konsolach grano głównie w King of the Hill, Beast oraz Hordę 2.0. Po północy atmosfera się już totalnie rozluźniła. Zagrałem kilka fal w tym ostatnim trybie i kosząc kilka fantów (m.in. fajowy plakat) zmyłem się do domu.

Możliwość zagrania w "GoW 3" to na pewno gwóźdź całej imprezy, choć po graniu kilka tygodni w wersję beta, wypróbowanie kolejnego skrawka multiplayera nie było aż tak atrakcyjne. Wieczór nie był zły, ale organizacja raczej rozczarowująca. Chyba więcej radochy mieli fani, którzy wybrali się na nocną sprzedaż najnowszej gry Epic Games. Oni przynajmniej wrócili do domu już z własną kopią gry.

wtorek, 13 września 2011

Marcin Piotrowski: Wasza Wysokość


Wasza Wysokość, 2011, reż. David Gordon Green.

Ostatnio nie uświadczyłem wielu produkcji z gatunku filmowej fantasy a co dopiero komedii w tak dobrze zapowiadającym się kontekście, jak wyprawa w celu uratowania porwanej księżniczki? Może i brzmi jak klepany od zawsze schemat, ale od czego jest komedia, by tego nie obnażać? 

Z całego serca żałuję jednak, że akurat tego obrazu nie przegapiłem. Chociaż zanim wypowiem się negatywnie, muszę zaznaczyć, że są rzeczy, które mnie w nim zaskoczyły bardzo pozytywnie. Zaliczam do nich scenografię, która jak na taką produkcję budzi mój podziw. Część jest zdecydowanie dorobiona cyfrowo ale nie rzuca się to tak bardzo w oczy a momentami wygląda nawet epicko. Świetnie prezentuje się wioska, którą w trakcie podróży odwiedzają bohaterowie czy też widok na wieżę złego czarnoksiężnika. Ogółem rzecz mówiąc, elementy otoczenia prezentują się okazale.

Do pozytywów zaliczam również wpadającą w ucho muzyczkę (chociaż nie jest to nic wielkiego) oraz aktorów, którzy próbują zrobić coś z tej czarnej polewki. Wychodzi im nieźle, biorąc pod uwagę, że profil bohaterów robiony był chyba w drodze na plan filmowy. Tak więc widzimy naturalnego Jamesa Franco w roli uwielbianego przez rodaków, bohaterskiego księcia, Natalie Portman jako bezwzględną mścicielkę swojej rodziny, oraz najlepiej pasującego do tego filmu Danny`ego McBride. Ten gość naprawdę świetnie radzi sobie z rolą zjaranego, nieco zniewieściałego (ale tylko pozornie) księcia, którego ambicją jest pławienie się w luksusie jaki niesie ze sobą władza. Pozostałych bohaterów możemy w zasadzie przemilczeć.



Myślę, że największym mankamentem tej komedii jest brak humoru. A właściwie jego niespotykana specyfika. Być może zjadłem zęby na Monty Pythonie i jego Świętym Graalu, albo na Facetach w rajtuzach, Mela Brooksa i nie rozumiem nowomowy komediowych produkcji ale…. Jeśli komedia to obowiązkowo jakieś gagi, humor sytuacyjny albo po prostu głupie (ale zabawne) teksty. Niestety tego w Waszej Wysokości jak na lekarstwo.

 Fabuła została potraktowana dość luźno. Ot dwaj bracia wyruszają by odbić księżniczkę-dziewicę z rąk złego czarnoksiężnika, który ma co do niej niecne plany. Ze względu na to bohaterowie przypominają raczej szwędających się turystów. Jest słabo. Całość w ogóle nie daje rady, a świńskie dowcipy pojawiające się co chwila są raczej żenujące.



Zdziwiła mnie obsada a raczej jej zaangażowanie w produkcję tego filmu. Warto dodać, że wśród znanych twarzy zobaczymy jeszcze Zooey Deschanel czy Charlesa Dance. Jestem pod wrażeniem, że ludzie tej pozycji w branży zdecydowali się na zagranie w konkretnym gniocie. Z drugiej zaś strony, Danny McBride poradził sobie wcale przyzwoicie. Może więc bolączką tego filmu nie jest brak humoru a jedynie brak obsady zaprawionej w bojach, która mogłaby nadać kolorytu tej historii?

Całość przypomina Stary, gdzie moja bryka, z tą różnicą, że tamtych przygłupów lubiłem a teksty w stylu jednorożca pozostały w pamięci do dziś. Ten film mam nadzieję szybko zapomnieć.

piątek, 9 września 2011

Marcin Piotrowski: Średnio udana Inwazja


Recenzja filmu Inwazja, Bitwa o Los Angeles, 2011, reż. Jonathan Liebesman.

Wiele zależy od tego, czego oczekujesz po takim filmie i z jakim nastawieniem do niego podchodzisz. Należę do tych, którzy lubią się orientować w temacie zanim zobaczą film, a już z całą pewnością lubię znać opinie. To ostatnie sprawiło, że świeżą wciąż płytę dvd włożyłem do napędu z przekonaniem, że przyjdzie mi obejrzeć jeden z najbardziej (jak twierdzą zaufane źródła) krapowych filmów sci-fi ostatnich lat. 

Na początek może krótkie streszczenie:  wprowadzenie, walka, walka, jeszcze trochę walki, masakra, ucieczka, ucieczka, nadzieja, masakra, patos, patos, ucieczka, patos. Czyli historia dzielnych Marines, ewakuujących cywili i siebie z zagrożonego obszaru Los Angeles, przy okazji nie zapominających o żołnierskich ideałach i ofiarnej walce. Miasto zostało zaatakowane przez obcych, którzy przybyli po nasze surowce (chociaż mogłoby to być cokolwiek innego; ekranizacja Duke Nukem mogłaby być interesująca).

Skoro mamy za sobą opis filmu o inwazji obcych na Ziemię, warto przejść do tych przyjemniejszych rzeczy, czyli oceny tego co przyszło mi zobaczyć, a zobaczyłem wiele.

Kryzys 2, Dystrykt 9, Dzień Niepodległości, Transformers…

Skojarzenia nasuwają się same. Przede wszystkim jest to film bardzo podobny do zaanonsowanych produkcji. Po pierwsze powielany jest schemat ataku na ludzkość przez przybyszy z kosmosu. Tym razem w dość nietypowej formie(może pachnie trochę Transformersami) bo pod przykrywką grup meteorytów rozbijających się w okolicach największych miast świata. Nieznajomi wychodzą z wód przybrzeżnych Los Angeles i łup, zaczyna się robić ciepło. I robi się coraz bardziej gorąco, zupełnie jak w Dniu… z tą różnicą, że to nie są żarty i Will Smith nie rozbawi nas swoim aroganckim podejściem do sprawy. Obcy (dźwięki, kształty, postura, ruchy, technologia) do złudzenia przypominają tych z gry komputerowej Crisis 2 czy też Dystryktu 9. Gdy widziałem ich w pełnej krasie po raz pierwszy, dopadła mnie myśl, że gdzieś tutaj musi nad swoim losem krewetki rozpaczać Van De Merwe. Nie wiem na ile stylizacja oparta na innych tworach pop kultury (co ciekawe, gra wideo Crysis 2 wyszła w tym samym miesiącu), może być uznana za dobrą czy złą. Wydaje mi się trafiona. Metoda skojarzeń budziła moje pozytywne reakcje.

Speed.

Akcja prowadzona jest szybko więc i emocji jest sporo (bezpośrednio nie nawiązuję do filmu Niebezpieczna prędkość, chociaż podróż autobusem stanowi istoty zwrot w akcji); atakują, bronią się, szczelają i rzucają granatami, skaczą, giną, krzyczą itp. Jest kozacko, w tym wszystkim pogubiłem się jedynie ze względu na ciągłe skakanie kamery „z ręki”, która wprost wyprowadzała mnie z równowagi. Tutaj jestem zawiedziony, ale niech będzie. Nie brakuje też kadrów bardziej statycznych. Wśród tych w których wali się dosłownie wszystko pod gradem pocisków obcych (tak, pocisków bowiem dysponują oni arsenałem łudząco zbliżonym do ludzkiego, temat na inny czas) dzieje się tyle, że próbowałem doszukać się gdzieś Optimusa Prime`a i jego Autobotów fruwających po kątach ekranu. Swoją drogą jedna ze scen typu „masakra” łudząco przypomina pierwszą ekranizację historii o wielkich robotach w wykonaniu Michaela Bay`a.



Kopie dupę

Istotnie. Moje cztery litery są obolałe z żalu. Z jednej strony fajna obsada, z drugiej kiczowatość i płycizna wykreowanych postaci. Niby można się do nich przywiązać, ale to nie Byliśmy Żołnierzami, że wiemy czego można się spodziewać po naszym bohaterze. Trochę to wszystko w stylu Black Hawk Down, ale dużo gorzej zagrane. Zastanawiałem się czy przypadkiem Aaron Eckhart nie przyniósł tu swoich rozterek z planu ostatniego Batmana. Michelle Rodriguez jest taka sama jak w każdym filmie, bezkompromisowa, ostra laska z gnatem. Pozostali ludzie są w porządku, chociaż do kreacji rodem z Szeregowca Ryana chyba nie dotrą. Nie wiem na ile to wina aktorów, na ile problem scenariuszowy, ale jest faktem, że nie ma co się spodziewać fajerwerków aktorskich. 

Bliskie spotkania...

Jeśli chodzi o wizualną stronę filmu to muszę powiedzieć, że przekonywająco wyglądają żołnierze, mundury, scenografia. Może pod koniec da się zauważyć (to przecież wielka produkcja), niedoróbki komputerowych grafików, sprawiające, że obraz mocno traci na wartości. Niedoróbki te wychodzą szczególnie przy wszelkiego rodzaju wybuchach, dymach itp., które zostały wykonane (a przynajmniej wiele na to wskazuje) całkowicie cyfrowo. Wiem, to już zrzędzenie maniaka oprawy wizualnej. Chociaż miło jest popatrzeć na "prawdziwe" płomienie. To mi nasuwa myśl, że nie poszliśmy znów tak daleko z efektami od pamiętnego roku 1992 i drugiego Terminatora.

Back to the future

Film jest przewidywalny od początku do końca. Brak tu rewolucyjności, ale też po prostu solidnego wykonania. Tak jak napisałem wcześniej, mamy tu do czynienia z grupą uciekinierów, próbujących się wydostać z obszaru objętego planowanym bombardowaniem. I ok., byłoby supcio, gdyby nie to, że w momencie, kiedy nadchodzą najważniejsze sceny, nawet nie musisz czekać w napięciu bo wiesz co się za chwilę stanie. Nie ma w tym obrazie polotu, nie ma nic co fabularnie by przykuło uwagę. Żednych inteligentnych smaczków ani ukłonów w stronę widza. Nic. Czysta akcja wsparta suchym pierdzeniem o różnej maści ideałach. Wszystko może by się jeszcze uratowało, gdyby był to niezły pokaz efektownej ewakuacji, ale nie, dlaczego po drodze nie zniszczyć idiotycznie ukrytej pod ziemią bazy wroga? Wsadźmy tam jeszcze standardową scenę z konfliktem w załodze i polejmy filozoficzną gadką o tym, że Marines nigdy się nie cofają.




This is our Independence Day!

W opisie wspomniałem o patosie. Wylewa się rękawami i kołnierzami z mundurów. Nie tyle, że to amerykańskie mundury, to po prostu amerykańska myśl, którą w kinie wojennym utożsamiam już z honorem, walką o własna ziemię, równowagą płci i tym, że Marines nie zostawiają nikogo, nigdy się nie poddają i walczą do końca i w ogóle nigdy. Znalazłem w filmie jedną z najgorszych scen, w których dowódca przemawia do swoich żołnierzy, albo próbuje pocieszyć  zdruzgotanego chłopca. Czekałem na to z oczami wlepionymi w ekran i nadstawionymi uszami.  Nie zawiodłem się, to było po prostu płytkie. Ostatnia scena filmu odpowiada mniej więcej scenie tryumfu z Dnia Niepodległości. Brakuje tam jedynie amerykańskiej flagi, chociaż można ją znaleźć między wierszami.

To trzymający w napięciu film akcji z kiepskimi efektami i gdyby spece od efektów zajęli się jeszcze grą aktorską to byłoby z nią całkiem nieźle. Dużo zapożyczeń z innych filmów czyli Niebezpiecznie prędki, Black Howk Down w klimatach Dnia Niepodległości z krewetkową wkładką, ale to, o dziwo in plus. Totalny Popcorn Movie.