Niedawno w sieci zadebiutował zwiastun nowego filmu z udziałem Taylora Lautnera (młodej gwiazdy serii Zmierzch), wprowadzający nas w historię chłopaka, który prawdopodobnie nie jest tym, za kogo się uważał.
Nathan, nastolatek jakich wielu żyje spokojnie u boku swojej rodziny, chodzi do szkoły, spotyka się ze znajomymi, uprawia zapasy, coś jednak sprawia, że czuje się w tym świecie niekomfortowo. Pewnego dnia, na internetowej stronie ze zdjęciami uprowadzonych dzieci, odkrywa swoje zdjęcie z młodości a cały jego dotychczasowy świat przewraca się do góry nogami. Dzieciak będzie chciał dowiedzieć się kim jest.
Abduction przypomina nieco serię filmów o Jasonie Bourn`nie. Stoi przed nami chłopak, którego prawdziwa tożsamość wciąż czeka na odkrycie; bohater musi zmierzyć się z tajemniczą (na razie) organizacją, która za wszelką cenę próbuje go wyeliminować; pościgi, strzelaniny, walka o życie, wątek miłosny a wszystko bardzo szybko i bardzo intensywnie. Będzie się działo w okolicach 23 września 2011.
Zwiastun poniżej:
sobota, 16 kwietnia 2011
Marcin Piotrowski: Dlaczego Krzyk 4 to dobry film
...pomimo przyjętej przez Cravena, a przez niektórych bardzo nielubianej, konwencji horroru okraszonego dozą czarnego humoru? Głównie dlatego, że zdaje egzamin z rozrywki na medal. W kinie zapadłem się w fotel, podskakiwałem i śmiałem się. Czy można śmiać się gdy na ekranie giną ludzie? Craven sprawia, że staje się to możliwe.
Oczywiście pod warunkiem, że przyjmiemy przedstawiany nam świat za fikcję. Ułudę stworzoną dla przedstawienia historii, mocno wystylizowaną zresztą. Więc co dostaliśmy w najnowszej odsłonie horroru? Emocje i strach we właściwych proporcjach. Zaczyna się od filmu w filmie, powraca seria Stab, którą bohaterowie Krzyku uwielbiają oglądać. Powraca też Sidney a wraz z nią zamaskowany morderca, który lubi zadawać trudne pytania z zakresu filmów grozy. Minęło 10 lat od spotkania Prescott z psychopatą. Niby wiadomo o co chodzi, niby wiadomo, że zaraz coś się stanie, ale Wes potrafi uśpić czujność na tę małą chwilkę by jeszcze raz nas zaskoczyć.
Film sprawia wrażenie kolejnego obrazka o kretyńskich amerykańskich nastolatkach, chłopakach-pierdołach i dziewczynach-modelkach, do czasu w którym zorientujemy się, że twórca obrazu doskonale bawi się konwencją analizując jednocześnie potrzeby młodego pokolenia, oraz trend nasilającego się ubożenia umysłowego nastolatków i uzależnienia od telefonów czy internetu. Technologia staje w służbie terroru, wszechobecne komórki i łatwość porozumiewania się oznaczają dla mordercy milowy krok w dziedzinie zbrodni. Dzięki nowinkom technicznym możne stać się sławny, pokazać swoje "osiągnięcia" w sieci, mieć ofiary w zasięgu ręki. To daje do myślenia, nawet pomimo, jak stwierdził jeden z widzów, łopatologicznej wykładni.
Nie da się ukryć, że film staje się przewidywalny, ale reżyser ma dla nas kilka skutecznych trików i zwrotów fabularnych, które cieszą oko i przyprawią o zimny pot. Kontrowersyjna wydaje się wspomniana przeze mnie forma serii, czyli okraszenie makabrycznej zbrodni (na ekranie widać flaki) porcją dowcipu sytuacyjnego. Na szczęście twórca zna umiar i jego humor jest bardzo, bardzo dobrze wpleciony w krwawe sceny. Można się śmiać, ale zapewniam, że nie zabraknie poruszenia, gdy nóż dosięgnie kolejną ofiarę. I wydaje mi się, że to jest najciekawszą stroną nowego Krzyku. W przypadku śmierci niektórych bohaterów, serce aż huczy z bezsilności i to są prawdziwe emocje, które ten film budzi i które stają się jego siłą napędową. Zupełnie jak w świetnej scenie quizu, gdzie jedna z bohaterek desperacko wymienia pokaźną ilość horrorów by tylko trafić we właściwą odpowiedź na zadane pytanie. Idealnie.
Na ekranie nie ma chaosu chociaż aktorzy popełniają standardowe błędy podobnych produkcji - och nie, nie idź tam! No po co ona tam poszła?! To wszystko działa jednak na korzyć bo chociaż Krzyk jest przewidywalny to zapewniam, że nadrabia drobiazgami.
Nie zaskakuje oprawa wizualna i muzyczna, wszystko jest tak jak powinno być. Cukierkowo aż się rzygać chce i tak miało być. Żywe kolory, dziewczyny wyglądające jak z okładek czasopism, wszyscy skrajnie idealni albo skrajnie niedorobieni. Totalnie fajnie, bo z premedytacją. Szczerze polecam.
Oczywiście pod warunkiem, że przyjmiemy przedstawiany nam świat za fikcję. Ułudę stworzoną dla przedstawienia historii, mocno wystylizowaną zresztą. Więc co dostaliśmy w najnowszej odsłonie horroru? Emocje i strach we właściwych proporcjach. Zaczyna się od filmu w filmie, powraca seria Stab, którą bohaterowie Krzyku uwielbiają oglądać. Powraca też Sidney a wraz z nią zamaskowany morderca, który lubi zadawać trudne pytania z zakresu filmów grozy. Minęło 10 lat od spotkania Prescott z psychopatą. Niby wiadomo o co chodzi, niby wiadomo, że zaraz coś się stanie, ale Wes potrafi uśpić czujność na tę małą chwilkę by jeszcze raz nas zaskoczyć.
Film sprawia wrażenie kolejnego obrazka o kretyńskich amerykańskich nastolatkach, chłopakach-pierdołach i dziewczynach-modelkach, do czasu w którym zorientujemy się, że twórca obrazu doskonale bawi się konwencją analizując jednocześnie potrzeby młodego pokolenia, oraz trend nasilającego się ubożenia umysłowego nastolatków i uzależnienia od telefonów czy internetu. Technologia staje w służbie terroru, wszechobecne komórki i łatwość porozumiewania się oznaczają dla mordercy milowy krok w dziedzinie zbrodni. Dzięki nowinkom technicznym możne stać się sławny, pokazać swoje "osiągnięcia" w sieci, mieć ofiary w zasięgu ręki. To daje do myślenia, nawet pomimo, jak stwierdził jeden z widzów, łopatologicznej wykładni.
Nie da się ukryć, że film staje się przewidywalny, ale reżyser ma dla nas kilka skutecznych trików i zwrotów fabularnych, które cieszą oko i przyprawią o zimny pot. Kontrowersyjna wydaje się wspomniana przeze mnie forma serii, czyli okraszenie makabrycznej zbrodni (na ekranie widać flaki) porcją dowcipu sytuacyjnego. Na szczęście twórca zna umiar i jego humor jest bardzo, bardzo dobrze wpleciony w krwawe sceny. Można się śmiać, ale zapewniam, że nie zabraknie poruszenia, gdy nóż dosięgnie kolejną ofiarę. I wydaje mi się, że to jest najciekawszą stroną nowego Krzyku. W przypadku śmierci niektórych bohaterów, serce aż huczy z bezsilności i to są prawdziwe emocje, które ten film budzi i które stają się jego siłą napędową. Zupełnie jak w świetnej scenie quizu, gdzie jedna z bohaterek desperacko wymienia pokaźną ilość horrorów by tylko trafić we właściwą odpowiedź na zadane pytanie. Idealnie.
Na ekranie nie ma chaosu chociaż aktorzy popełniają standardowe błędy podobnych produkcji - och nie, nie idź tam! No po co ona tam poszła?! To wszystko działa jednak na korzyć bo chociaż Krzyk jest przewidywalny to zapewniam, że nadrabia drobiazgami.
Nie zaskakuje oprawa wizualna i muzyczna, wszystko jest tak jak powinno być. Cukierkowo aż się rzygać chce i tak miało być. Żywe kolory, dziewczyny wyglądające jak z okładek czasopism, wszyscy skrajnie idealni albo skrajnie niedorobieni. Totalnie fajnie, bo z premedytacją. Szczerze polecam.
czwartek, 14 kwietnia 2011
Wes Craven w dobrej formie.
Dla tych, którzy lubią się bać, podskakiwać na "niespodziewajkach", które wielokrotnie już widzieliśmy i które niby nie robią na nas wrażania, dla tych właśnie widzów Wes Craven powraca ze swoim Krzykiem 4.
Jak na film nakręcony w pośpiechu (zdjęcia trwały 4 miesiące ubiegłego roku) mamy przed sobą całkiem sprawnie zrealizowane widowisko grozy powracające w nowym wykonaniu, pijące ku ludziom ery internetu. Trochę moralizatorsko, na szczęście również z wysmakowanym humorem (czy to słowo może pasować do filmu grozy?), Craven daje nam do zrozumienia w jakim świecie żyjemy. Przy okazji przyjdzie nam zobaczyć sporo krwi, a na miejscach kolejnych zbrodni najeść się wiele strachu.
To powrót Cravena do serii Krzyk i wszystkie znaki wskazują na to, że mistrz horroru, twórca nieśmiertelnego Freddy`ego jest w nastroju by skopać nam tyłki. Oczywiście pozytywnie.
Seria debiutowała w 1996 za sprawą tegoż samego człowieka. Wtedy po raz pierwszy na ekranach kin pojawił się morderca w fantazyjnie zdeformowanej masce, lubujący się w quizach z zakresu horrorów. Pierwszy Krzyk należy obecnie do kultowych obrazów gatunku. Motyw zamaskowanego zabójcy był parodiowany między innymi w Strasznym Filmie.
Jak na film nakręcony w pośpiechu (zdjęcia trwały 4 miesiące ubiegłego roku) mamy przed sobą całkiem sprawnie zrealizowane widowisko grozy powracające w nowym wykonaniu, pijące ku ludziom ery internetu. Trochę moralizatorsko, na szczęście również z wysmakowanym humorem (czy to słowo może pasować do filmu grozy?), Craven daje nam do zrozumienia w jakim świecie żyjemy. Przy okazji przyjdzie nam zobaczyć sporo krwi, a na miejscach kolejnych zbrodni najeść się wiele strachu.
To powrót Cravena do serii Krzyk i wszystkie znaki wskazują na to, że mistrz horroru, twórca nieśmiertelnego Freddy`ego jest w nastroju by skopać nam tyłki. Oczywiście pozytywnie.
Seria debiutowała w 1996 za sprawą tegoż samego człowieka. Wtedy po raz pierwszy na ekranach kin pojawił się morderca w fantazyjnie zdeformowanej masce, lubujący się w quizach z zakresu horrorów. Pierwszy Krzyk należy obecnie do kultowych obrazów gatunku. Motyw zamaskowanego zabójcy był parodiowany między innymi w Strasznym Filmie.
niedziela, 3 kwietnia 2011
Możliwa kontynuacja Łowcy androidów
Trwają spekulacje odnośnie ewentualnej drugiej części kultowego w pewnych kręgach thrillera science-fiction, Łowca androidów, którego pierwotną wersję wyreżyserował w 1982 roku Ridley Scott. Prawa do marki wykupiło niedawno studio Alcon Entertainment, odpowiedzialne do tej pory za realizację znanych ale niezbyt ambitnych projektów. Wyjątkami były jedynie Księga ocalenia z 2010 roku oraz Wielki Mike z 2009 roku.
Najbardziej prawdopodobnym reżyserem kontynuacji wydaje się naturalnie Scott, który aktualnie zajmuje się prequelem Obcego. Jak podaje serwis Filmweb.pl, reżyser pierwowzoru wydaje się być zadowolony z pomysłu.
Odmienne zdanie ma w tej sprawie Rutger Hauer, występujący w filmie z 1982 r. Sądzi on, że jedyną osobą zdolną dziś udźwignąć wymagania widowni wobec kontynuacji, jest Christopher Nolan (Incepcja). Biorąc pod uwagę fakt, że Scott przygotowuje się również do kręcenia filmu o Gertrudzie Bell, szanse Nolana wzrastają.
Zapewne niedługo, studio odpowiedzialne za produkcję ujawni swoje plany co do marki Blade Runner.
Najbardziej prawdopodobnym reżyserem kontynuacji wydaje się naturalnie Scott, który aktualnie zajmuje się prequelem Obcego. Jak podaje serwis Filmweb.pl, reżyser pierwowzoru wydaje się być zadowolony z pomysłu.
Odmienne zdanie ma w tej sprawie Rutger Hauer, występujący w filmie z 1982 r. Sądzi on, że jedyną osobą zdolną dziś udźwignąć wymagania widowni wobec kontynuacji, jest Christopher Nolan (Incepcja). Biorąc pod uwagę fakt, że Scott przygotowuje się również do kręcenia filmu o Gertrudzie Bell, szanse Nolana wzrastają.
Zapewne niedługo, studio odpowiedzialne za produkcję ujawni swoje plany co do marki Blade Runner.
środa, 30 marca 2011
Kamil Bazydło: Archaiczna walka o wolność przyszłości.
Recenzja trybu singleplayer gry Homefront, 2011, THQ (PC, PlayStation 3, Xbox 360)
Ludzie na wojnie są niczym, jeden człowiek jest wszystkim.
— Napoleon Bonaparte
W 2012 roku Kim Jong-un, po śmierci swojego ojca, przejmuje władzę w Korei Północnej. Rok później dostaje pokojową nagrodę Nobla za doprowadzenie do zjednoczenia się obu Korei. Wkrótce potem następuje ekonomiczny upadek Stanów Zjednoczonych. Koreańskie wpływy rozprzestrzeniają się, wraz z dramatycznym osłabnięciem Ameryki. W końcu dochodzi do koreańskiego ataku na USA, który kompletnie rozbija ich siły wojskowe. Ostatnią nadzieją na przerwanie koreańskiej ofensywy jest ruch oporu.
W taki sposób lądujemy w rzeczywistości roku 2027, według gry "Homefront". W tym pierwszoosobowym shooterze gracz przejmuje kontrolę nad Robertem Jacobsem, byłym Marine wdrożonym do ruchu oporu.
Co ciekawe, za scenariusz odpowiedzialny jest nikt inny jak John Milius, przed laty nominowany do Oscara za "Czas apokalipsy", który napisał wraz z F.F. Coppolą. Widać przyłożenie się do wykreowania wyraźnego tła wydarzeń ukazanych w grze, z zachowaniem prawdopodobieństwa przedstawianej wizji. Może jest ono równie wysokie, co inwazja Ziemi przez obcych z Xen, ale jednak. Nie bez powodu nawiązałem do wydarzeń gry "Half-Life", jako że "Homefront" jest nim silnie inspirowany.
![]() |
| Jeszcze raz, jak miałeś na imię? |
W zasadzie cała gra jest skrzyżowaniem "Half-Life 2" z "Call of Duty". Nie będę ukrywał, że właśnie "HL2" wciąż cenię sobie jako szczytowe osiągnięcie FPS-ów, oraz gier w ogóle. "Homefront", pomimo prób, nie daje rady zbliżyć się poziomem do tego klasyka. Specyficzna narracja zastosowana w "HL2" nie do końca sprawdza się w aktualnej produkcji THQ. Bieżąca historia bohaterów nie wciąga, a nimi samymi ciężko się przejąć. Tempo akcji jest słabo wyważone, a postacie które nam towarzyszą są zwyczajnie nieinteresujące. Wzorem "Half-Life'a" wcielamy się w cichego protagonistę, co biorąc pod uwagę rozczarowującą otaczającą go obsadę, przeszkadza w stworzeniu jakiejkolwiek więzi ze sterowaną przez gracza postacią. Wyspekulowany świat niedalekiej przyszłości sam w sobie nie wystarcza, żeby skłonić nas do uważnego śledzenia postępów w fabule. Całkiem niegłupiemu tłu historycznemu brakuje fascynujących elementów pokroju Siedmio-godzinnej Wojny z uniwersum "HL". W rezultacie, historia staje się tylko pretekstem do postrzelania.
Jak na shooter przystało, strzelanie jest tym co będziemy robić przez większość gry. Nie należy się jednak spodziewać spędzenia przy niej długich wieczorów. Kampania zamyka się w nieprzyzwoicie krótkich (niecałych) pięciu godzinach. Rozgrywka znów przypomina "HL2". Podążamy głównie za kilkoma towarzyszami z ruchu oporu, którzy cały czas podpowiadają co mamy robić. Gra nie pozostawia swobody wyboru, a poziomy są nastawione na jedną wyznaczoną ścieżkę. W sekwencjach snajperskich nie mamy nawet złudzenia wyboru naszych celów. Poruszanie się pojazdami jest natomiast ograniczone do konkretnej przestrzeni. Akcja posuwa się od punktu A do B, od skryptu do skryptu. Tak samo jak w ostatnim "Medal of Honor" ewidentne są niewidzialne ściany. W wielu miejscach musiałem czekać na koniec dialogu między bohaterami lub jakąś ich reakcję, żeby móc kontynuować grę. Nie wejdziesz na drabinkę dopóki nie zrobi tego twój komputerowy towarzysz; nie przeciśniesz się przez dziurę w płocie, nie puszczając kogoś przodem. Po kilku przegadanych scenach gra znów przyspiesza, racząc gracza dynamiką i efekciarstwem "Call of Duty". Przynajmniej w teorii, ponieważ egzekucja już nie jest tak spektakularna, jak w którymkolwiek "CoDzie" z ostatnich czterech lat. Finałowy poziom, rozgrywający się na Golden Gate, trochę ratuje sytuację, ale słabego wrażenia nie zaciera zupełnie.
Audiowizualną stroną też ciężko się zachwycać. Muzyka Matthew Harwooda jeszcze spełnia swoje zadanie, choć szybko da się o niej zapomnieć. Nie jest specjalnie zła, ale daleko jej do ścieżek dźwiękowych innych współczesnych wojennych shooterów jak "BF: Bad Company 2" czy miażdżącego soundtracku Zimmera do "CoD: Modern Warfare 2". Głosy aktorów brzmią w porządku, choć może ze względu na mało emocjonujący scenariusz, nie porywają tak jak w zeszłorocznych hitach pokroju "CoD: Black Ops", "Mass Effect 2" i "Red Dead Redemption". Reszta dźwięków także uplasowuje się gdzieś pośrodku. Wystrzały, wybuchy, praca silników i cała reszta to standard sprawnie dający poczucie iluzji prawdziwego świata. Czego nie ma, to charakter. "Homefornt" nie ma swojej tożsamości. Nic go nie odróżnia od reszty gier.
No i w końcu najsłabszy element całej prezentacji. Grafika. Po tak krótkiej kampanii można by spodziewać się kilku pokazowych lokacji, tymczasem niemal wszystko wygląda jak slumsy z "Dystryktu 9". Przeciwnicy są mało zróżnicowani a modele postaci wzięte z szablonu. Technicznie jest jeszcze gorzej. Rozmyte, pozbawione kolorystycznej głębi tekstury rażą widokiem na modelach broni. Brakuje im porządnego normal mappingu, przez co wyglądają jak puste pukawki z aluminium. Nienaturalne efekty słońca i wszechobecna pikseloza pozbawiają grafikę perfekcyjnej czytelności. Efekty eksplozji są równie żałosne co we wspomnianym "MoH". A to wszystko na Unreal Engine 3, który przecież był wielokrotnie tak znakomicie wykorzystywany, choćby w deklasującym "Homefronta" wizualnym cukiereczku jak "Gears of War 2"... już jakieś trzy lata temu. Graficznie gra jest na poziomie "HL2" z większą ilością polygonów, ale słabszymi teksturami i okropnym aliasingiem. Tak, porównuję ją do tytułu z 2004 roku.
Kampania dla pojedynczego gracza nie ma możliwości rozwinąć skrzydeł, gdyż kończy się zanim się na dobre zaczyna. Silne inspiracje dwiema bestsellerowymi seriami shooterów nie pomagają grze, a prowadzą do nieustających porównań. Na każdym polu "Homefront" te porównania przegrywa. Pominięty przeze mnie tryb sieciowy obiecuje trochę więcej zabawy, ale dla zainteresowanych samą kampanią, zdecydowanie odradzam.
wtorek, 29 marca 2011
Słaby, mocny film
Recenzja filmu Unthinkable, 2010, Peter Woodward.
Będąc szczerym, zabrałem się do tego filmu ze względu na kolegę, który zastanawiał się nad moją opinią. Sam z siebie pewnie nigdy bym nie sięgnął po to co jest „nie do pomyślenia” i czuję, że ominąłby mnie jeden ciekawy film.
Żeby była jasność, nie bardzo przepadam za thrillerami(tutaj w wydaniu psychologicznym), ale od czasu do czasu coś zobaczę (ostatnio seria o Bournie wysoko postawiła poprzeczkę jeśli chodzi o akcję, a klasyczne Siedem, które ma podobną do Unthinkable budowę, wywindowało wymagania co do intrygi i dreszczy na plecach) tak więc nastąpią tu pewne nieuniknione porównania. A jest co porównywać bo do filmu, którego dotyczy ten tekst mam wiele zastrzeżeń, pomimo których, dostrzegam w nim pewną wartość. Mało tego, zaleta ta jest na tyle ważna, że obraz Petera Woodwarda pozostanie w mojej pamięci.
Na początku zastanawiałem się, dlaczego wcześniej nie słyszałem o Unthinkable, ale po seansie wiem już, że przeszedł bez wyraźnego echa głównie ze względu na sztampowość konstrukcji oraz słabe wykonanie techniczne.
Nie ukrywam, że znikome efekty specjalne (nie znikomość jest tu wadą, ale ich wykonanie) wyglądają jakby były zrobione w domu przy wspólnym piwku kilku kumpli, którzy lubią bawić się w programach graficznych. Da się to jednak ominąć. Dla przykładu, we wspomnianym Siedem, Finchera, z 1995 roku nie zastosowano chyba żadnych efektów specjalnych, to nie ten typ kina więc trochę rozumiem posunięcie twórców by nie poświęcać temu tematowi zbyt wiele pracy, jednak nie usprawiedliwia to szmelcu, który dostałem i który budzi we mnie uczucie wstydu.
![]() | |
| Carrie-Anne Moss i Samuel L. Jackson |
Nie mogę nie przyznać, że konstrukcja fabularna, nad którą tak ubolewam, to właściwie fikcja zbudowana na kanwie strachu przed zamachami terrorystycznymi w USA. Pewien amerykański muzułmanin (w tej roli Michael Sheen) podkłada w stanach trzy bomby a ujawnienie ich lokalizacji uzależnia od spełnienia jego postulatów. Terrorysta zostaje schwytany i poddany wyrafinowanemu przesłuchaniu, podczas którego role oprawcy i ofiary odwracają się naprzemiennie. Proste, prawda? Brzmi znajomo? Brzmi trochę jak w Siedem, tylko tam mieliśmy do czynienia z grą psychologiczną na najwyższym poziomie prowadzoną przez doskonałych aktorów, a tutaj reżyser odkrywa przed nami pewien bardzo istotny problem, który nawet pokazany jest dosadnie, ale nic więcej się z tym nie dzieje.
![]() |
| Michael Sheen i Jackson |
Aktorsko grę ratują jedynie Sheen w roli terrorysty i Samuel L. Jackson, który wcielił się w rolę specjalisty od przesłuchań metodą siłową. Specjalisty, o którym wiemy bardzo niewiele, bo próby rozwinięcia jego historii spełzły na niczym. Reżyser jedynie muska temat przekazując kilka enigmatycznych opowiastek o naszym czarnoskórym specu oraz raczy nas „wzruszającą” historią jego żony. Towarzyszy mu Carrie-Anne Moss z wyrazem obrzydzenia, zrezygnowania i zażenowania na twarzy, przypominająca w tej roli agentkę Scully z serialu Archiwum X. Gra rolę specjalnej agentki, która z ramienia FBI zajmuje się całą sprawą. I tu przechodzimy do kolejnego gniotu, który twórcy wyłożyli mi przed oczy. Przyzwyczajony do metod działania detektywów ze wspomnianych przeze mnie wcześniej filmów, na przykład tych z trylogii Bourne`a (gdzie agenci uwijali się w pocie czoła, sprawdzali tony informacji, zmieniali zdanie, robili wszystko to co sprawia, że dochodzenie wygląda na niezwykle dynamiczne), spodziewałem się po agentach federalnych czegoś więcej. Nie koniecznie miałem ochotę poznawać historię jakiegoś żółtodzioba, który przewija się na ekranie właściwie bez celu, ani dowiadywać się od pozostałych członków zespołu z którymi pracuje Moss nic nieznaczących informacji, które mają pokazać zasady działania FBI. Gdyby FBI działało tak jak na tym filmie, to obawiam się, że ten filmowy scenariusz mógłby być bardziej prawdopodobny niż może się wydawać. Agenci sennie przekazują kilka informacji, odbywają parę rozmów i przechodzą do właściwej części filmu, czyli przesłuchania. Z proporcjami wszystko okej, ale wykonanie to jakieś nieporozumienie. Właściwie o kolejnych pojawiających się aktorach wiemy jedynie tyle, że każdy z nich ma więcej uprawnień od poprzedniego i że chyba się trochę wstydzą występować.
Więc co mnie w tym, powtórzę to jeszcze raz, naprawdę kiepsko zrealizowanym filmie tak pozytywnie zaskoczyło, że pomimo niskiego poziomu realizacji wychodzi on na plus? Problem, który tak nieudolnie porusza reżyser, i o którym tak dobrze rozmawia ze swoją ofiarą Jackson. Jest to opowieść o strachu, który czai się za rogiem. O oprawcach, którzy mogą żyć wewnątrz nas oraz o tym, jak ludzie ulegają emocjom i gotowi są na wszystko, gdy nie mają wyjścia. Całkiem dobrze ujmuje to Jackson w swoich monologach. W 1995 roku podobny temat, chociaż na mniejszą skalę, poruszył właśnie Fincher. Wtedy to dowiedzieliśmy się, że grzech może się dokonywać w imieniu prawa, że grzech może istnieć w kręgach pozornie niewinnego społeczeństwa. To wszystko czego nie widać a o czym mówią aktorzy, czyni dla mnie, Unthinkable filmem wyjątkowym. Obraz pokazuje jak ludzka natura dopasowuje się do okoliczności i że każde zło da się uzasadnić większym dobrem, trochę jak w Ręce Boga, Paxtona.
Myślę, że po Unthinkable warto sięgnąć ze względu na mocny przekaz a niekoniecznie patrząc na realizację, która jest po prostu słaba.
czwartek, 24 marca 2011
Długi zwiastun dla ikony wolności
Mocne uderzenie nastąpi 22 lipca. Na ekranach kin pojawi się pierwszy Avenger czyli doskonale znany wszystkim zainteresowanym, Kapitan Ameryka. Dłuższy zwiastun z tej superprodukcji znajdziecie poniżej (krótszy prezentowaliśmy jakiś czas temu). Dodano nowe sceny prezentujące głównego bohatera jeszcze zanim zdecydował się wystąpić w rządowym projekcie stworzenia nadnaturalnie silnego żołnierza. Wygląda na to, że Steve Rogers (pierwotne wcielenie Kapitana) to niezłe chuchro ale z dużymi ambicjami do bycia dobrem ucieleśnionym. Wszystko wskazuje na to, że kolejne amerykańskie show o wolności zrealizowane będzie z właściwym rozmachem i doborową obsadą (w roli czarnego charakteru wystąpi Hugo Weaving znany niektórym z roli Erlonda we Władcy Pierścieni, albo agenta Smitha w Matrixie).
Robi wrażenie.
Robi wrażenie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














